02.12.2025, 01:30 ✶
Nie mogła mieć pewności, czy Alexander znalazł w jej słowach dokładnie to, czego szukał, lecz mogła ją mieć w tym, że czuł się w przestrzeni jej odpowiedzi komfortowo. Widziała to w tym rozluźnieniu ramion, w ułagodzonym spojrzeniu i uśmiechu.
— Co jeśli nie żartowałam z tym kosturem? — zapytała, patrząc na znkającego za kielichem miodu Mulcibera. — Słyszałeś o kwitnących laskach? Atrybut arcykapłanów, boskich wybrańców. — Helloise utrzymywała rozmowę w swobodnym tonie, lecz było w jej głosie coś nowego, odległe echo pasji; w oczach Alexandra czarownica zaczęła zaś wypatrywać ukradkiem reakcji. — Wiesz, nie mam zimą wielu zajęć. Rzadko śnię, lecz we śnie dużo czytam. Legendy, baśnie. — Wzruszyła ramionami, jakby obniżając wagę swoich zainteresowań. — O tym berle, co więcej nie odrośnie w liście, bo kiedy je raz na pniu ostry topór przytnie, żywne straciwszy soki, więcej nie zakwitnie — zacytowała gładko z Iliady. — A jednak krążą legendy o zakwitających różdżkach, o kosturach wbitych w ziemię puszczających liście i pączki. Czasem myślę, że przeżywają tylko te mity, w których człowiek przez wieki intuicyjnie czuł… coś właściwego. Szczególnie gdy ta sama legenda powtarza się w wielu różnych szatach. — Czarownica wyciągnęła własną różdżkę i wyeksponowała ją jak poprzeczkę tworzącą pomost między dwoma swoimi palcami. — Myślałeś kiedyś, co by się stało, gdyby różdżkę bądź kostur z wprawionym rdzeniem ukorzenić z powrotem w glebie? Jak w legendach. — Obróciła gałązkę czubkiem ku ziemi. — Zmusić ją, aby pompowała w nowe pędy życie przez ten magiczny filtr, dzięki któremu i przez nas magia może przepływać? Pędy zdrewniałe są mniej delikatne od zielonych, da się w nie wprawiać rdzenie, hipotetycznie może nawet dokonać tego i bez uśmiercania ich. Z wystarczającą precyzją. Chirurgiczną. Zdrewniałe sadzonki wolniej puszczają korzenie, wymagają więcej cierpliwości, lecz da się ukorzeniać gałązki pozyskane porą bezlistną, gdy drzewa zasypiają, zrzucają liście, całą swoją energię kierują do wewnątrz, wolniej krążą w nich soki, zwalnia metabolizm. Łatwiej przeżywają. To już wkrótce. Wkrótce wszystkie liście opadną. — Odwróciła głowę; powiodła wzrokiem po obrastających miejsce wesela drzewach, na których złociły się wciąż jeszcze jesienne kolory. Odnalazła pod palcem wzory roślinnych nierówności na kołnierzu swojej sukni. — Jaką magią może zakwitnąć czarodziejski kostur połączony z energią drzemiącą w ziemi? A może rdzeń wprowadzony w system gleby staje się ujściem zamkniętych w niej mocy. Pozwala z niej czerpać… bez rozrywania czegokolwiek w delikatnej materii. — I mógł widzieć, że nie na cudach magicznego drzewka jej zależy. I mógł słyszeć tę nadzieję, że być może jest droga do wielkiej mocy, która nie naruszy nigdy więcej przemocą równowagi miejsc świętych.
Projekt tyleż samo wspólnego miał z legendami, co z nauką, lecz w blasku ognisk rozpraszających aksamitny mrok wieczora przypominał baśń więcej niż cokolwiek innego. W oczach narratorki odbijały się iskry, pasja szalonego naukowca wyrwanego pierwszy raz od dawna ze swojego laboratorium. Pioniera, który marzył, by swoim dziełem przekraczać granice chroniące to, co teoretyczne, lecz jednocześnie nie burzyć tego, co boskie.
Pomylona wizjonerka zamknęła swoją bajkę bez żalu, wręcz przeciwnie: wydawała się zdrowo zdystansowana od tego szaleństwa, ubawiona samą jego ewentualnością, wizją sprawdzenia teorii. W równym stopniu entuzjastyczna jej obaleniu, co potwierdzeniu.
Podobne zainteresowanie żywiła w tamtej chwili wobec głowy Alexandra, szczególnie gdy pojawiło się w niej coś, na czym czarownica się znała: chwasty.
— Chwast nie jest ściśle naukowy — poprawiła Mulcibera, gdy zadeklarował, że nie odróżnia chwastu od kwiatu. — Nie ma żadnej klasyfikacji. Sama filozofia. Istotą chwastu jest złośliwa natarczywość w plenieniu się tam, gdzie nie jest potrzebny. Lecz jeśli spojrzysz odpowiednio… wszystko może być potrzebne. — Uśmiechnęła się, nie przestając go prowokować do kontynowania gry. — Chwastu na łące nic nie chce zjeść, bo truje lub trudno się trawi. Bywa pasożytem, inkubatorem zarazy, mordercą. — Z każdym słowem figlarny ton czarownicy ciemniał, nie wytracając przy tym nic z żartobliwości. — Myślisz, że chciałabym być jako i te chwasty? — Cóż, z pewnością patrzyła wprost na niego z tą chwaścistą natarczywością, która rozpłynęła się, gdy Alexander sięgnął po jej rękę.
Zaciekawiona, czy będzie w stanie dojrzeć w liniach swoich dłoni to samo, co potrafił wyczytać z nich wróżbita, zmapowała od nowa dobrze znane ścieżki. I jak zawsze — milczały, nawet gdy wiódł po nich wprawiony przewodnik. Więcej Helloise wyczytać potrafiła ze smug czerwonego zacieku ciągnącego się w dół jej palców nurzanych przed paru dni w miksturze, z drobnych skaleczeń i otarć, z pojedynczego odcisku pod palcem serdecznym. Na ścieżki przeznaczenia pozostawała mimo starań głucha.
— Mam nadzieję, że nie będziesz próbował ich wymazywać. Pozbywanie się chwastów bywa destrukcyjne również dla tego, co wokół nich pożyteczne. — Słuchała jego wywodu z uwagą, choć nie potrafiła w pełni go przyjąć. Różdżką sunęła w zamyśleniu po krawędzi własnego kielichu, a spod jej czubka co jakiś czas leciały nieszkodliwe świetliste iskierki, bezużyteczne okruszki magii puszczanej bez celu w przestrzeń. — Odcinasz granice tak ostro — powiedziała w końcu, gdy Alexander skończył. — Wyrzucasz wspomnienie. Odmawiasz ucieczce prawa do bycia częścią życia. A uciekając, też żyłeś. Może i dopiero tu po powrocie znalazłeś siebie… jakieś dopasowanie, powołanie. Jakkolwiek zechcesz to nazwać. Nie wiem, co dokładnie robiłeś — leciutki podmuch z różdżki Helloise uniósł obie wizytówki, które zaczęły krążyć wokół siebie, raz ukazując znajdujące się tam imiona, raz chowając je — ale to też było życie. Tak samo realnie może po ciebie wrócić, jak wróciło po ciebie dziedzictwo. Zostanie w tobie. Nie tnij granicy. Nie zamykaj na nie oczu. — Wir porwał wizytówki nieco wyżej, odprowadzone przez leniwe spojrzenie czarownicy. — Zatem dobrze się składa, że słyszę piosenki. — Uśmiechnęła się do czarodzieja, pozwalając karteczkom swobodnie podryfować w dół. Jakkolwiek zapragnęłyby powrócić na ziemię.
— Co jeśli nie żartowałam z tym kosturem? — zapytała, patrząc na znkającego za kielichem miodu Mulcibera. — Słyszałeś o kwitnących laskach? Atrybut arcykapłanów, boskich wybrańców. — Helloise utrzymywała rozmowę w swobodnym tonie, lecz było w jej głosie coś nowego, odległe echo pasji; w oczach Alexandra czarownica zaczęła zaś wypatrywać ukradkiem reakcji. — Wiesz, nie mam zimą wielu zajęć. Rzadko śnię, lecz we śnie dużo czytam. Legendy, baśnie. — Wzruszyła ramionami, jakby obniżając wagę swoich zainteresowań. — O tym berle, co więcej nie odrośnie w liście, bo kiedy je raz na pniu ostry topór przytnie, żywne straciwszy soki, więcej nie zakwitnie — zacytowała gładko z Iliady. — A jednak krążą legendy o zakwitających różdżkach, o kosturach wbitych w ziemię puszczających liście i pączki. Czasem myślę, że przeżywają tylko te mity, w których człowiek przez wieki intuicyjnie czuł… coś właściwego. Szczególnie gdy ta sama legenda powtarza się w wielu różnych szatach. — Czarownica wyciągnęła własną różdżkę i wyeksponowała ją jak poprzeczkę tworzącą pomost między dwoma swoimi palcami. — Myślałeś kiedyś, co by się stało, gdyby różdżkę bądź kostur z wprawionym rdzeniem ukorzenić z powrotem w glebie? Jak w legendach. — Obróciła gałązkę czubkiem ku ziemi. — Zmusić ją, aby pompowała w nowe pędy życie przez ten magiczny filtr, dzięki któremu i przez nas magia może przepływać? Pędy zdrewniałe są mniej delikatne od zielonych, da się w nie wprawiać rdzenie, hipotetycznie może nawet dokonać tego i bez uśmiercania ich. Z wystarczającą precyzją. Chirurgiczną. Zdrewniałe sadzonki wolniej puszczają korzenie, wymagają więcej cierpliwości, lecz da się ukorzeniać gałązki pozyskane porą bezlistną, gdy drzewa zasypiają, zrzucają liście, całą swoją energię kierują do wewnątrz, wolniej krążą w nich soki, zwalnia metabolizm. Łatwiej przeżywają. To już wkrótce. Wkrótce wszystkie liście opadną. — Odwróciła głowę; powiodła wzrokiem po obrastających miejsce wesela drzewach, na których złociły się wciąż jeszcze jesienne kolory. Odnalazła pod palcem wzory roślinnych nierówności na kołnierzu swojej sukni. — Jaką magią może zakwitnąć czarodziejski kostur połączony z energią drzemiącą w ziemi? A może rdzeń wprowadzony w system gleby staje się ujściem zamkniętych w niej mocy. Pozwala z niej czerpać… bez rozrywania czegokolwiek w delikatnej materii. — I mógł widzieć, że nie na cudach magicznego drzewka jej zależy. I mógł słyszeć tę nadzieję, że być może jest droga do wielkiej mocy, która nie naruszy nigdy więcej przemocą równowagi miejsc świętych.
Projekt tyleż samo wspólnego miał z legendami, co z nauką, lecz w blasku ognisk rozpraszających aksamitny mrok wieczora przypominał baśń więcej niż cokolwiek innego. W oczach narratorki odbijały się iskry, pasja szalonego naukowca wyrwanego pierwszy raz od dawna ze swojego laboratorium. Pioniera, który marzył, by swoim dziełem przekraczać granice chroniące to, co teoretyczne, lecz jednocześnie nie burzyć tego, co boskie.
Pomylona wizjonerka zamknęła swoją bajkę bez żalu, wręcz przeciwnie: wydawała się zdrowo zdystansowana od tego szaleństwa, ubawiona samą jego ewentualnością, wizją sprawdzenia teorii. W równym stopniu entuzjastyczna jej obaleniu, co potwierdzeniu.
Podobne zainteresowanie żywiła w tamtej chwili wobec głowy Alexandra, szczególnie gdy pojawiło się w niej coś, na czym czarownica się znała: chwasty.
— Chwast nie jest ściśle naukowy — poprawiła Mulcibera, gdy zadeklarował, że nie odróżnia chwastu od kwiatu. — Nie ma żadnej klasyfikacji. Sama filozofia. Istotą chwastu jest złośliwa natarczywość w plenieniu się tam, gdzie nie jest potrzebny. Lecz jeśli spojrzysz odpowiednio… wszystko może być potrzebne. — Uśmiechnęła się, nie przestając go prowokować do kontynowania gry. — Chwastu na łące nic nie chce zjeść, bo truje lub trudno się trawi. Bywa pasożytem, inkubatorem zarazy, mordercą. — Z każdym słowem figlarny ton czarownicy ciemniał, nie wytracając przy tym nic z żartobliwości. — Myślisz, że chciałabym być jako i te chwasty? — Cóż, z pewnością patrzyła wprost na niego z tą chwaścistą natarczywością, która rozpłynęła się, gdy Alexander sięgnął po jej rękę.
Zaciekawiona, czy będzie w stanie dojrzeć w liniach swoich dłoni to samo, co potrafił wyczytać z nich wróżbita, zmapowała od nowa dobrze znane ścieżki. I jak zawsze — milczały, nawet gdy wiódł po nich wprawiony przewodnik. Więcej Helloise wyczytać potrafiła ze smug czerwonego zacieku ciągnącego się w dół jej palców nurzanych przed paru dni w miksturze, z drobnych skaleczeń i otarć, z pojedynczego odcisku pod palcem serdecznym. Na ścieżki przeznaczenia pozostawała mimo starań głucha.
— Mam nadzieję, że nie będziesz próbował ich wymazywać. Pozbywanie się chwastów bywa destrukcyjne również dla tego, co wokół nich pożyteczne. — Słuchała jego wywodu z uwagą, choć nie potrafiła w pełni go przyjąć. Różdżką sunęła w zamyśleniu po krawędzi własnego kielichu, a spod jej czubka co jakiś czas leciały nieszkodliwe świetliste iskierki, bezużyteczne okruszki magii puszczanej bez celu w przestrzeń. — Odcinasz granice tak ostro — powiedziała w końcu, gdy Alexander skończył. — Wyrzucasz wspomnienie. Odmawiasz ucieczce prawa do bycia częścią życia. A uciekając, też żyłeś. Może i dopiero tu po powrocie znalazłeś siebie… jakieś dopasowanie, powołanie. Jakkolwiek zechcesz to nazwać. Nie wiem, co dokładnie robiłeś — leciutki podmuch z różdżki Helloise uniósł obie wizytówki, które zaczęły krążyć wokół siebie, raz ukazując znajdujące się tam imiona, raz chowając je — ale to też było życie. Tak samo realnie może po ciebie wrócić, jak wróciło po ciebie dziedzictwo. Zostanie w tobie. Nie tnij granicy. Nie zamykaj na nie oczu. — Wir porwał wizytówki nieco wyżej, odprowadzone przez leniwe spojrzenie czarownicy. — Zatem dobrze się składa, że słyszę piosenki. — Uśmiechnęła się do czarodzieja, pozwalając karteczkom swobodnie podryfować w dół. Jakkolwiek zapragnęłyby powrócić na ziemię.
dotknij trawy