02.12.2025, 10:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 10:26 przez Brenna Longbottom.)
– Dobra, to faktycznie sprawdźmy w jednym z pomieszczeń szkoleniowych… – powiedziała Brenna, skręcając w odpowiednim kierunku. Szczerze wątpiła, aby ktokolwiek był tam o tej porze: było tak późno, że na ich piętrze zostali głównie dyżurujący na nagłe przypadki czy ci, którzy tłukli nadgodziny, bo wyszło przy sprawie, że trzeba coś pilnie sprawdzić. Jak one.
Na wszelki wypadek sięgnęła po różdżkę, zanim otworzyła drzwi pomieszczenia, rzeczywiście pustego i tonącego w mroku. Poprzednio rączka wprawdzie złapała ją po prostu za rękę, jakby sama bała się ciemności, ale Brenna była istotą nieufną, jeśli nie z natury, to z wpływów otoczenia, i nie zdziwiłaby się, gdyby tym razem ręka rzuciła się którejś z nich do gardła.
Zostawiła rękę na samym środku i jeszcze nawet wydobyła z kieszeni ołówek, by zostawić ślad w pobliżu – tak oznaczając, gdzie ta wylądowała. A potem cofnęła się z powrotem do wejścia.
– Gasimy światło, wychodzimy i sprawdzamy, czy się ruszyła… – mruknęła, zamykając rzeczone drzwi, ustawiając się odruchowo w taki sposób, żeby zablokować rękę, gdyby ta im próbowała zwiać i ganiać się po korytarzach ministerstwa. Miała tu doświadczenie, bo nie raz musiała powstrzymywać przed wejściem do pomieszczenia psy.
- Hm... - mruknęła Brenna z pewnym zastanowieniem, zamierając na moment z dłonią (własną, nie tą pożyczoną) na klamce, jakby rozważała, jak się bawiła.
Nie puściła pary z ust o rytuale do nikogo, aż do kłótni na Nokturnie, a potem też milczała o nim uparcie przed wszystkimi, gdy trwał i gdy został złamany. Brenna, przy całym swoim rozgadaniu, umiała w niektórych sprawach być niezwykle skryta. Ale ani nie miała zamiaru okłamywać w żywe oczy Victorii, ani zachowywać się, jakby to, że poszła gdzieś z Atreusem było brudnym sekretem. To byłoby nie fair wobec całej ich trójki.
Czy domyślała się, że Victorię to zdziwiło? Pewnie. Brenna zazwyczaj pojawiała się wszędzie z bratem. Włóczyła się też z Vincentem, ale nie przy oficjalnych okazjach - zawsze chciał trzymać ją z dala od swojej rodziny, poza tym była jego kumplem, nie dziewczyną. A jakby z Atreusem oscylowali dotąd bardzo daleko od siebie, za to w biurze aurorów pewnie doskonale znali różne ploteczki na jego temat, a te o Ludovice to już stały się legendą. Samo pytanie nie stanowiło niczego zaskakującego.
Czy była tym zakłopotana? Chyba nie. To zdarzało się jej zresztą bardzo rzadko. Większym problemem było znalezienie odpowiedzi, bo wesele Yaxleyów niby przebiegało zgodnie z tradycjami i było udane, a z drugiej wydarzyło się tam trochę... dziwnych rzeczy.
- Drink bezalkoholowy, którym chciałam wznieść toast, okazał się specjalnym, doprawionym bimbrem Geralda Yaxleya, kelner przypadkiem zamienił szklanki. Tak naprawdę więc sporo rzeczy jest trochę mglistych i najlepiej pamiętam rolnika, krzyczącego na mnie, że przestraszyłam mu świnie. Nie pytaj, jak trafiłam z Walii do jego chlewu, bo nie wiem - przyznała, jak gdyby nigdy nic. - I krwiożerczą wiewiórkę. Ją też dobrze zapamiętałam. Pogryzła go. Atreusa, nie rolnika.
Na wszelki wypadek sięgnęła po różdżkę, zanim otworzyła drzwi pomieszczenia, rzeczywiście pustego i tonącego w mroku. Poprzednio rączka wprawdzie złapała ją po prostu za rękę, jakby sama bała się ciemności, ale Brenna była istotą nieufną, jeśli nie z natury, to z wpływów otoczenia, i nie zdziwiłaby się, gdyby tym razem ręka rzuciła się którejś z nich do gardła.
Zostawiła rękę na samym środku i jeszcze nawet wydobyła z kieszeni ołówek, by zostawić ślad w pobliżu – tak oznaczając, gdzie ta wylądowała. A potem cofnęła się z powrotem do wejścia.
– Gasimy światło, wychodzimy i sprawdzamy, czy się ruszyła… – mruknęła, zamykając rzeczone drzwi, ustawiając się odruchowo w taki sposób, żeby zablokować rękę, gdyby ta im próbowała zwiać i ganiać się po korytarzach ministerstwa. Miała tu doświadczenie, bo nie raz musiała powstrzymywać przed wejściem do pomieszczenia psy.
- Hm... - mruknęła Brenna z pewnym zastanowieniem, zamierając na moment z dłonią (własną, nie tą pożyczoną) na klamce, jakby rozważała, jak się bawiła.
Nie puściła pary z ust o rytuale do nikogo, aż do kłótni na Nokturnie, a potem też milczała o nim uparcie przed wszystkimi, gdy trwał i gdy został złamany. Brenna, przy całym swoim rozgadaniu, umiała w niektórych sprawach być niezwykle skryta. Ale ani nie miała zamiaru okłamywać w żywe oczy Victorii, ani zachowywać się, jakby to, że poszła gdzieś z Atreusem było brudnym sekretem. To byłoby nie fair wobec całej ich trójki.
Czy domyślała się, że Victorię to zdziwiło? Pewnie. Brenna zazwyczaj pojawiała się wszędzie z bratem. Włóczyła się też z Vincentem, ale nie przy oficjalnych okazjach - zawsze chciał trzymać ją z dala od swojej rodziny, poza tym była jego kumplem, nie dziewczyną. A jakby z Atreusem oscylowali dotąd bardzo daleko od siebie, za to w biurze aurorów pewnie doskonale znali różne ploteczki na jego temat, a te o Ludovice to już stały się legendą. Samo pytanie nie stanowiło niczego zaskakującego.
Czy była tym zakłopotana? Chyba nie. To zdarzało się jej zresztą bardzo rzadko. Większym problemem było znalezienie odpowiedzi, bo wesele Yaxleyów niby przebiegało zgodnie z tradycjami i było udane, a z drugiej wydarzyło się tam trochę... dziwnych rzeczy.
- Drink bezalkoholowy, którym chciałam wznieść toast, okazał się specjalnym, doprawionym bimbrem Geralda Yaxleya, kelner przypadkiem zamienił szklanki. Tak naprawdę więc sporo rzeczy jest trochę mglistych i najlepiej pamiętam rolnika, krzyczącego na mnie, że przestraszyłam mu świnie. Nie pytaj, jak trafiłam z Walii do jego chlewu, bo nie wiem - przyznała, jak gdyby nigdy nic. - I krwiożerczą wiewiórkę. Ją też dobrze zapamiętałam. Pogryzła go. Atreusa, nie rolnika.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.