02.12.2025, 10:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 10:40 przez Aaron Andrew Moody.)
Z Lorien i Morpheusem na obrzeżach parkietu.
Gdy ogłoszono koniec tańców, Aaron krótko podziękował Geraldine, po czym odwrócił się w stronę Lorien i Morpheusa. Przemaszerował w ich stronę niemal natychmiast, nie dając nikomu czasu na wymianę towarzyskich grzeczności. Takowe zwyczajnie zignorował, bo maniery miał przystające do poligonu, nie do parkietu. W tym był przecież najlepszy. W byciu aurorem. Przyszedł tutaj dzisiaj dla Lorien wyłącznie, i nie ukrywał tego choćby przez chwilę, prezentując się w aurorskim mundurze jak gdyby był królewskim gwardzistą, nie ochroniarzem z odgórnego nadania. Jak zwał, tak zwał, Aaron nie był na tyle dumny, żeby zastanawiać się nad właściwą tytulaturą. Więcej czasu poświęcił na zastanawianie się, czy powinien mówić, że przyszedł tutaj "dla Lorien", czy też porzucić ton służbisty na rzecz bardziej neutralnej maniery: "z Lorien". Nie musiał dbać o poprawność, polegał bowiem na powadze swej funkcji, nie na języku, a jednak...
– Pani Mulciber. – Lorien, chciał powiedzieć, Lorien, zacisnął jednak zęby na jej imieniu, jak gdyby nie zamierzał choćby przypadkiem pozwolić sobie na niestosowną poufałość. Wystarczająco zdradzieckim było to, że się do niej mimowolnie uśmiechnął, z czego zdał sobie sprawę dopiero po dłuższej chwili. Może to zapach jaśminu uderzył mu tak do głowy. – Przeprosiłbym, ale Morpheus pewnie uprzedził zawczasu, że przeszkodzę w rozmowie. Halte, młody – rzucił na pół poważnie, na pół żartobliwie w stronę Morpheusa, dźgając go lekko paluchem w ramię. Chociaż nie uśmiechnął się do mężczyzny, użył szermierczej komendy oznaczającej "stój", wykorzystywanej w celu przerwania wykonywanej akcji, po to zwykle, aby przyznać punkt... Albo zwrócić uwagę na naruszenie przepisów. Była w tym pewna nieoczekiwana familiaryjność, której nie dało się pokryć ani profesjonalizmem, ani wyraźną niechęcią, jaka gościła przez chwilę na twarzy Moody'ego. Może i nie znał się wielkopańskich kurtuazjach, a jednak znał Morpheusa. Patrzył za dzieciaka, jak Longbottomowie trenują szermierkę, co teraz nosiło w jego oczach znamiona fanaberii, ale wtedy – stanowiło powód do zazdrości. Bo czy może być coś fajniejszego od szermierki?, myślał Aaron, wywijąc z kolegą z osiedla patykiem, jak najwierniej starając się odtworzyć ruchy pokazane przez Clemensa.
Zazdrość. Przedziwnym było to uczucie. Nie było jednak w Aaronie zawiści. Nie to czuł wobec Morpheusa. Gdy stał twarzą w twarz z bratem człowieka, którego sam bratem nazywał, nie życzył mu przecież źle.
Jak mógłby życzyć mu źle?
A jednak było coś nienaturalnie obcesowego w sposobie, w jakim sprowadził obdarzonego darem widzenia Morpheusa do roli lokaja, wykorzystującego swe trzecie oko, po to tylko aby zaanonsować jego przybycie. "Morpheus pewnie uprzedził zawczasu, że przeszkodzę w rozmowie". Jak gdyby był majordomusem zapowiadającym gościa. Pogardliwy był niemal utylitaryzm Aarona Moody'ego wobec absolutu proroka. Może dlatego wydawał się tak... Obcym.
Nigdy przedtem Aaron Moody nie zakpił bowiem z jasnowidza.
– Czy wszystko... – Aaron obrzucił Lorien bacznym spojrzeniem, skupiając na kobiecie pełnię swej uwagi. Przysunął się, oferując jej w razie czego swoje ramię, niespecjalnie przejęty, czy przyjmie je, czy nie, jak gdyby nie wiązało się z tym nic więcej ponad szarmackość gestu. Bo chyba właśnie tak było, tak przynajmniej sugerował zdroworozsądkowy głos w jego głowie. Serce wiedziało jednak lepiej. – ...W porządku?
Gdy ogłoszono koniec tańców, Aaron krótko podziękował Geraldine, po czym odwrócił się w stronę Lorien i Morpheusa. Przemaszerował w ich stronę niemal natychmiast, nie dając nikomu czasu na wymianę towarzyskich grzeczności. Takowe zwyczajnie zignorował, bo maniery miał przystające do poligonu, nie do parkietu. W tym był przecież najlepszy. W byciu aurorem. Przyszedł tutaj dzisiaj dla Lorien wyłącznie, i nie ukrywał tego choćby przez chwilę, prezentując się w aurorskim mundurze jak gdyby był królewskim gwardzistą, nie ochroniarzem z odgórnego nadania. Jak zwał, tak zwał, Aaron nie był na tyle dumny, żeby zastanawiać się nad właściwą tytulaturą. Więcej czasu poświęcił na zastanawianie się, czy powinien mówić, że przyszedł tutaj "dla Lorien", czy też porzucić ton służbisty na rzecz bardziej neutralnej maniery: "z Lorien". Nie musiał dbać o poprawność, polegał bowiem na powadze swej funkcji, nie na języku, a jednak...
– Pani Mulciber. – Lorien, chciał powiedzieć, Lorien, zacisnął jednak zęby na jej imieniu, jak gdyby nie zamierzał choćby przypadkiem pozwolić sobie na niestosowną poufałość. Wystarczająco zdradzieckim było to, że się do niej mimowolnie uśmiechnął, z czego zdał sobie sprawę dopiero po dłuższej chwili. Może to zapach jaśminu uderzył mu tak do głowy. – Przeprosiłbym, ale Morpheus pewnie uprzedził zawczasu, że przeszkodzę w rozmowie. Halte, młody – rzucił na pół poważnie, na pół żartobliwie w stronę Morpheusa, dźgając go lekko paluchem w ramię. Chociaż nie uśmiechnął się do mężczyzny, użył szermierczej komendy oznaczającej "stój", wykorzystywanej w celu przerwania wykonywanej akcji, po to zwykle, aby przyznać punkt... Albo zwrócić uwagę na naruszenie przepisów. Była w tym pewna nieoczekiwana familiaryjność, której nie dało się pokryć ani profesjonalizmem, ani wyraźną niechęcią, jaka gościła przez chwilę na twarzy Moody'ego. Może i nie znał się wielkopańskich kurtuazjach, a jednak znał Morpheusa. Patrzył za dzieciaka, jak Longbottomowie trenują szermierkę, co teraz nosiło w jego oczach znamiona fanaberii, ale wtedy – stanowiło powód do zazdrości. Bo czy może być coś fajniejszego od szermierki?, myślał Aaron, wywijąc z kolegą z osiedla patykiem, jak najwierniej starając się odtworzyć ruchy pokazane przez Clemensa.
Zazdrość. Przedziwnym było to uczucie. Nie było jednak w Aaronie zawiści. Nie to czuł wobec Morpheusa. Gdy stał twarzą w twarz z bratem człowieka, którego sam bratem nazywał, nie życzył mu przecież źle.
Jak mógłby życzyć mu źle?
A jednak było coś nienaturalnie obcesowego w sposobie, w jakim sprowadził obdarzonego darem widzenia Morpheusa do roli lokaja, wykorzystującego swe trzecie oko, po to tylko aby zaanonsować jego przybycie. "Morpheus pewnie uprzedził zawczasu, że przeszkodzę w rozmowie". Jak gdyby był majordomusem zapowiadającym gościa. Pogardliwy był niemal utylitaryzm Aarona Moody'ego wobec absolutu proroka. Może dlatego wydawał się tak... Obcym.
Nigdy przedtem Aaron Moody nie zakpił bowiem z jasnowidza.
– Czy wszystko... – Aaron obrzucił Lorien bacznym spojrzeniem, skupiając na kobiecie pełnię swej uwagi. Przysunął się, oferując jej w razie czego swoje ramię, niespecjalnie przejęty, czy przyjmie je, czy nie, jak gdyby nie wiązało się z tym nic więcej ponad szarmackość gestu. Bo chyba właśnie tak było, tak przynajmniej sugerował zdroworozsądkowy głos w jego głowie. Serce wiedziało jednak lepiej. – ...W porządku?
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.