02.12.2025, 14:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 14:27 przez Lorien Mulciber.)
Z Morpheusem i Aaronem
Skinęła głową. Pytanie może było okrutne, ale… Nie bezzasadne i oboje o tym wiedzieli. Tamtej nocy czara goryczy przelała się dla wielu z nich. Ile były warte zabezpieczenia, gdy Warownia stawała się pogorzeliskiem?
- Pamiętasz poprzednią wojnę. Pamiętasz co Grindenwald próbował osiągnąć. - Spuściła wzrok, choć próbowała się uśmiechnąć, gdy tknął ją w czubek zadartego nosa. Jej dłoń, zaciśnięta na ramieniu Morpheusa zadrżała mocniej.- Boję się, że ten… Jest jeszcze bliżej osiągnięcia podobnego celu. Czasem myślę, że już to przegraliśmy.
Lorien nie była szalenie odważną osobą. Nie była też wybitną czarownicą. Ale nie była co najważniejsze - głupia. Widziała co się dzieje w Ministerstwie. Widziała, że kiedyś byli silniejsi. Kiedy jeszcze mieli Malfoy’a. Nobby miał wiele do udowodnienia - starał się, ale i jego zadusił w końcu konserwatywny opór własnej piaskownicy. Teraz było tylko gorzej. Umierali ich bliscy, płonęły ich domy. Świat który znali obracał się w popiół.
Co się z nimi stanie, gdy to się skończy?
- Vivamus, moriendum est, mia caro.- Szepnęła, może nieco zbyt intymnie przesuwając opuszkami palców po zagiętym materiale szaty na piersi jasnowidza. Wyprostowała dłoń, pozwalając mu spojrzeć na swoją niemal nieistniejącą linię życia.- Nie myśl o tym. O biurku, o listach. O bankietach i gorszących sztukach. Co prawda nie zawieszą mojego obrazu w Wizenagamocie, ni w Azkabanie, ale będziesz mógł mnie nawiedzać w Mulciber Manor. Tą mnie.
Muzyka ucichła. Kroki zamarły. A Lorien poczuła dopiero teraz jak mocne obciążenie było to dla jej ciała. Basilius ostrzegał, że kości się jeszcze nie wypełniły w pełni. To nie, nie słuchała. Z niemal zażenowaniem skupiła się na własnym, cięższym oddechu. Nawet walc tak ostrożny był zbyt obciążający dla jej organizmu. Mimo to - dygnęła głęboko.
Bogom wszelkim jednak dzięki, że zaraz obok pojawił się Aaron. Niemal wyuczonym ruchem, wyślizgnęła się spod trzymających ją w miejscu dłoni Morpheusa, by oprzeć się o zaoferowane ramię.
- Panie Moody. Auror źle wypełniałby swoje obowiązki, gdyby musiał się zapowiadać.- Odpowiedziała tym samym, grobowym tonem, którym próbowała zatuszować rozbawienie. Zasłoniła usta dłonią, kryjąc zdradziecki uśmieszek.
Słysząc znajome głosy dementorek wychylił zakapturzoną, szalenie pomiętoloną po dobrej drzemce główkę z kieszonki Moody’ego. Wyciągnął kościste łapki, oczekując, że Pani go zabierze. Dlaczego sam nie wyleciał? A kto go tam wie, pewnie było mu za wygodnie, żeby się ruszyć. Musiał się jednak obejść smakiem, bo Lorien wcale nie planowała go wyciągać. Nie przy tylu ciekawskich parach oczu.
Dziękuję za taniec Morpheusu.- Uśmiechnęła się, przechylając w ptasim przyruchu głowę. Przez co praktycznie oparła ją o ramię Aurora. -Nawiedź mnie…- zaszebiotała żartobliwie, pijąc do jego planów zostania duchem.- w poniedziałek. Pokażę ci co dostałam od Alexandra na Mabon. Myślę, że kunszt tego portrecisty przypadnie ci do gustu. wspaniała paleta barw…- No i znów się rozgadała, w dodatku jak przystało na włoskie dziecie machając entuzjastycznie obiema dłońmi. Jedną miała wolną, drugą bardziej ograniczoną. Wcale jej to nie przeszkadzało. Dopiero lekkie pociągnięcie ściągnęło ją na ziemię. Zadarła głowę. Przecież wszystko było w porządku!- Ach tak musimy już iść. Do poniedziałku. Tak koło południa.
Pożegnała się z przyjacielem, pozwalając zabrać się w stronę szatni.
Skinęła głową. Pytanie może było okrutne, ale… Nie bezzasadne i oboje o tym wiedzieli. Tamtej nocy czara goryczy przelała się dla wielu z nich. Ile były warte zabezpieczenia, gdy Warownia stawała się pogorzeliskiem?
- Pamiętasz poprzednią wojnę. Pamiętasz co Grindenwald próbował osiągnąć. - Spuściła wzrok, choć próbowała się uśmiechnąć, gdy tknął ją w czubek zadartego nosa. Jej dłoń, zaciśnięta na ramieniu Morpheusa zadrżała mocniej.- Boję się, że ten… Jest jeszcze bliżej osiągnięcia podobnego celu. Czasem myślę, że już to przegraliśmy.
Lorien nie była szalenie odważną osobą. Nie była też wybitną czarownicą. Ale nie była co najważniejsze - głupia. Widziała co się dzieje w Ministerstwie. Widziała, że kiedyś byli silniejsi. Kiedy jeszcze mieli Malfoy’a. Nobby miał wiele do udowodnienia - starał się, ale i jego zadusił w końcu konserwatywny opór własnej piaskownicy. Teraz było tylko gorzej. Umierali ich bliscy, płonęły ich domy. Świat który znali obracał się w popiół.
Co się z nimi stanie, gdy to się skończy?
- Vivamus, moriendum est, mia caro.- Szepnęła, może nieco zbyt intymnie przesuwając opuszkami palców po zagiętym materiale szaty na piersi jasnowidza. Wyprostowała dłoń, pozwalając mu spojrzeć na swoją niemal nieistniejącą linię życia.- Nie myśl o tym. O biurku, o listach. O bankietach i gorszących sztukach. Co prawda nie zawieszą mojego obrazu w Wizenagamocie, ni w Azkabanie, ale będziesz mógł mnie nawiedzać w Mulciber Manor. Tą mnie.
Muzyka ucichła. Kroki zamarły. A Lorien poczuła dopiero teraz jak mocne obciążenie było to dla jej ciała. Basilius ostrzegał, że kości się jeszcze nie wypełniły w pełni. To nie, nie słuchała. Z niemal zażenowaniem skupiła się na własnym, cięższym oddechu. Nawet walc tak ostrożny był zbyt obciążający dla jej organizmu. Mimo to - dygnęła głęboko.
Bogom wszelkim jednak dzięki, że zaraz obok pojawił się Aaron. Niemal wyuczonym ruchem, wyślizgnęła się spod trzymających ją w miejscu dłoni Morpheusa, by oprzeć się o zaoferowane ramię.
- Panie Moody. Auror źle wypełniałby swoje obowiązki, gdyby musiał się zapowiadać.- Odpowiedziała tym samym, grobowym tonem, którym próbowała zatuszować rozbawienie. Zasłoniła usta dłonią, kryjąc zdradziecki uśmieszek.
Słysząc znajome głosy dementorek wychylił zakapturzoną, szalenie pomiętoloną po dobrej drzemce główkę z kieszonki Moody’ego. Wyciągnął kościste łapki, oczekując, że Pani go zabierze. Dlaczego sam nie wyleciał? A kto go tam wie, pewnie było mu za wygodnie, żeby się ruszyć. Musiał się jednak obejść smakiem, bo Lorien wcale nie planowała go wyciągać. Nie przy tylu ciekawskich parach oczu.
Dziękuję za taniec Morpheusu.- Uśmiechnęła się, przechylając w ptasim przyruchu głowę. Przez co praktycznie oparła ją o ramię Aurora. -Nawiedź mnie…- zaszebiotała żartobliwie, pijąc do jego planów zostania duchem.- w poniedziałek. Pokażę ci co dostałam od Alexandra na Mabon. Myślę, że kunszt tego portrecisty przypadnie ci do gustu. wspaniała paleta barw…- No i znów się rozgadała, w dodatku jak przystało na włoskie dziecie machając entuzjastycznie obiema dłońmi. Jedną miała wolną, drugą bardziej ograniczoną. Wcale jej to nie przeszkadzało. Dopiero lekkie pociągnięcie ściągnęło ją na ziemię. Zadarła głowę. Przecież wszystko było w porządku!- Ach tak musimy już iść. Do poniedziałku. Tak koło południa.
Pożegnała się z przyjacielem, pozwalając zabrać się w stronę szatni.