02.12.2025, 14:22 ✶
Jednak czy przyjście tutaj faktycznie zamknie te drzwi, które wciąż były uchylone i wpuszczały cień niepewności? Czym innym było rozpamiętywanie gorzkich słów i kłótni, a czym innym było czucie swojego zapachu za każdym razem, gdy chociaż jedna nuta ciężkich perfum dotarła do nozdrzy. Na butne słowa, że zawsze ma rację, uśmiechnął się, lecz nie skomentował, chociaż bardzo cisnęła mu się pewna odpowiedź na usta. Nie przewrócił też oczami, bo to byłoby jak dźganie kijem rozjuszonego niedźwiedzia. I to takiego, który nie znajdował się w klatce i nie był przykuty łańcuchem do ściany.
- Nie uważam, żebym był straszny - tym razem jednak zdecydował się na lekkie wzruszenie ramionami. Był trudny w obyciu, to prawda. Z pozoru obojętny, nieprzystępny, ale czy straszny? Bardzo dbał o to, by kreować się na osobę, która była zdystansowana i chłodna, ale nie przerażająca. Nigdy nie dopuścił się wybuchu gniewu wśród ludzi (a przynajmniej nie pod własną twarzą), nigdy nie dawał też innym do zrozumienia, że byłby gotów skręcić komuś kark, bo nie podobały mu się czyjeś słowa. Łatka strasznego przylgnęła do niego samoistnie, mimowolnie. Nazwisko Lestrange w połączeniu z dystansem, chłodnym spojrzeniem i pozornym brakiem głębszych emocji - to wszystko sprawiało, że ludzie dopowiadali sobie do niego całą historię, a on po prostu nie wyprowadzał ich z błędu. Tak było łatwiej i to wszystko było mu bardzo na rękę.
Nie traktował tych zaczepek Astorii jako flirtu. Zdążył już się zorientować, że kobieta była nieprzewidywalna. Rozmowa z nią była jak taniec z jadowitym wężem. Nie wystarczało wyłącznie uważać na to, gdzie stawiało się kroki. Trzeba było też uważać na to, w jaki sposób się tańczyło, bo jeden zbyt gwałtowny lub zbyt powolny ruch mógł sprawić, że kobra rozłoży swój kołnierz i bez ostrzeżenia wbije się w łydkę. I chociaż naprawdę uważał, tak właśnie źle postawił stopę i Astoria zaatakowała. Uniósł brwi.
- Oddałem pocałunek, czyż nie? - odpowiedział swobodnie, nic nie robiąc sobie z tego ukąszenia. Ponoć nie każdy wąż używał jadu przy swoim ugryzieniu. Niektóre ukąszenia były suche, ostrzegawcze. Znowu powiedziała, że to nic nie znaczyło. Ile razy jeszcze to usłyszy? I ile prawdy było w tym stwierdzeniu? Odtrącała go za każdym razem, a jednak po kolejnym mentalnym odepchnięciu robiła coś, co przeczyło wszystkiemu, co do tej pory robiła. Gdyby to nic nie znaczyło, to podziękowałaby grzecznie za propozycję, która mu się wymsknęła, a potem odwróciła się i odeszła. A właśnie dopytywała o termin. - Jesteś pierwszą kobietą, która opierdala mnie za to, że biorę na siebie zasłużoną winę. Bo nie powinienem oddawać tego pocałunku.
Mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Mogła mówić co chciała, ale on wiedział, że nie wypadało tak po prostu całować kobiety, która była pod wpływem - nawet niewielkim - alkoholu. I to, że przyszła tu i uparcie twierdziła, że wszystko było jej winą, było naprawdę rozkoszne. Czyżby odzywała się w niej mania kontroli? Czy te wszystkie wybuchy złości i chaotyczne słowa oraz ruchy brały się właśnie z tego - z utraty kontroli?
- Oczywiście, że nie powinniśmy, ale powiedz mi, tylko szczerze - zniżył nieco głos, by echo przestało nieść kolejne dźwięki. - Nie kusi cię czasem, żeby zrobić coś wbrew temu, czego oczekują inni?
Przekrzywił lekko głowę. Nie proponował jej przecież niczego wielkiego - ani wielkiego skoku stulecia, ani morderstwa. Jedynie małe nagięcie zasad, bo nie powinni przecież chodzić pod ramię tak po prostu po Londynie i cieszyć się swoją obecnością, gdy inni opłakiwali zmarłych i utracone marzenia.
- Co powiesz na jutrzejszy wieczór? Chimera na Horyzontalnej nie spłonęła, mają też oddzielone od reszty sali stoliki, więc będzie spokojnie i nikt nie powinien nam przeszkadzać - zdecydowanie nie lubił, gdy ktoś podsłuchiwał, o czym rozmawia lub wlepia w niego oczy, bo myli go z kuzynem.
- Nie uważam, żebym był straszny - tym razem jednak zdecydował się na lekkie wzruszenie ramionami. Był trudny w obyciu, to prawda. Z pozoru obojętny, nieprzystępny, ale czy straszny? Bardzo dbał o to, by kreować się na osobę, która była zdystansowana i chłodna, ale nie przerażająca. Nigdy nie dopuścił się wybuchu gniewu wśród ludzi (a przynajmniej nie pod własną twarzą), nigdy nie dawał też innym do zrozumienia, że byłby gotów skręcić komuś kark, bo nie podobały mu się czyjeś słowa. Łatka strasznego przylgnęła do niego samoistnie, mimowolnie. Nazwisko Lestrange w połączeniu z dystansem, chłodnym spojrzeniem i pozornym brakiem głębszych emocji - to wszystko sprawiało, że ludzie dopowiadali sobie do niego całą historię, a on po prostu nie wyprowadzał ich z błędu. Tak było łatwiej i to wszystko było mu bardzo na rękę.
Nie traktował tych zaczepek Astorii jako flirtu. Zdążył już się zorientować, że kobieta była nieprzewidywalna. Rozmowa z nią była jak taniec z jadowitym wężem. Nie wystarczało wyłącznie uważać na to, gdzie stawiało się kroki. Trzeba było też uważać na to, w jaki sposób się tańczyło, bo jeden zbyt gwałtowny lub zbyt powolny ruch mógł sprawić, że kobra rozłoży swój kołnierz i bez ostrzeżenia wbije się w łydkę. I chociaż naprawdę uważał, tak właśnie źle postawił stopę i Astoria zaatakowała. Uniósł brwi.
- Oddałem pocałunek, czyż nie? - odpowiedział swobodnie, nic nie robiąc sobie z tego ukąszenia. Ponoć nie każdy wąż używał jadu przy swoim ugryzieniu. Niektóre ukąszenia były suche, ostrzegawcze. Znowu powiedziała, że to nic nie znaczyło. Ile razy jeszcze to usłyszy? I ile prawdy było w tym stwierdzeniu? Odtrącała go za każdym razem, a jednak po kolejnym mentalnym odepchnięciu robiła coś, co przeczyło wszystkiemu, co do tej pory robiła. Gdyby to nic nie znaczyło, to podziękowałaby grzecznie za propozycję, która mu się wymsknęła, a potem odwróciła się i odeszła. A właśnie dopytywała o termin. - Jesteś pierwszą kobietą, która opierdala mnie za to, że biorę na siebie zasłużoną winę. Bo nie powinienem oddawać tego pocałunku.
Mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Mogła mówić co chciała, ale on wiedział, że nie wypadało tak po prostu całować kobiety, która była pod wpływem - nawet niewielkim - alkoholu. I to, że przyszła tu i uparcie twierdziła, że wszystko było jej winą, było naprawdę rozkoszne. Czyżby odzywała się w niej mania kontroli? Czy te wszystkie wybuchy złości i chaotyczne słowa oraz ruchy brały się właśnie z tego - z utraty kontroli?
- Oczywiście, że nie powinniśmy, ale powiedz mi, tylko szczerze - zniżył nieco głos, by echo przestało nieść kolejne dźwięki. - Nie kusi cię czasem, żeby zrobić coś wbrew temu, czego oczekują inni?
Przekrzywił lekko głowę. Nie proponował jej przecież niczego wielkiego - ani wielkiego skoku stulecia, ani morderstwa. Jedynie małe nagięcie zasad, bo nie powinni przecież chodzić pod ramię tak po prostu po Londynie i cieszyć się swoją obecnością, gdy inni opłakiwali zmarłych i utracone marzenia.
- Co powiesz na jutrzejszy wieczór? Chimera na Horyzontalnej nie spłonęła, mają też oddzielone od reszty sali stoliki, więc będzie spokojnie i nikt nie powinien nam przeszkadzać - zdecydowanie nie lubił, gdy ktoś podsłuchiwał, o czym rozmawia lub wlepia w niego oczy, bo myli go z kuzynem.