02.12.2025, 14:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 14:41 przez Benjy Fenwick.)
Przez chwilę słuchałem jej ciszy - tej, którą ona zawsze traktowała jak tarczę. Udawała, że moje słowa odbijają się od niej, ale widziałem, co dzieje się pod spodem, zawsze widziałem, może dlatego nigdy nie potrafiłem na to nie patrzeć. Byłem za dobry w czytaniu Prudence Bletchley i za kiepski w robieniu z tym czegokolwiek sensownego. I kiedy odpowiedziała „nie, nie znam”, nawet się nie zdziwiłem, to było jej zagranie - odpowiedzieć kłamstwem tylko po to, by nie oddać mi ani cala przestrzeni. W tej chwili, kiedy rzuciła mi to w twarz takim tonem, jakby mówiła „odczep się”, słyszałem pod spodem coś zupełnie innego. Słyszałem „nie zamierzam ci przyznać racji, nigdy, bo jeśli przyznam, to przegrałam”. Tylko że ona nie rozumiała jednego - nie zawsze chciałem, żeby ze mną przegrywała. Wcale nie chciałem mieć ją zawsze pod nogami, nie zamierzałem wygrywać tych potyczek, które sama prowokowała. Ja chciałem tylko, żeby do mnie wróciła, kiedyś, kiedy jeszcze było można. Przy kimkolwiek innym przyznałaby rację bez walki, ale przede mną musiała walczyć, choćby o najmniejszą drobinę przewagi, nawet jeśli ta walka polegała na wypowiadaniu zdań, w które sama nie wierzyła. Była chodzącym słownikiem metafor, symboli, rytuałów i wszystkiego, co wymagało myślenia bardziej skomplikowanego niż przeciągnięcie nożyka po drewnie, ale musiała odpowiedzieć wbrew sobie i logice, musiała się postawić, musiała mieć ostatnie słowo, choćby było kłamstwem tak przezroczystym, że aż świeciło w półmroku.
Chciałem się z nią pogodzić - oczywiście, że chciałem. Przecież o to chodziło przez cały ten czas - żeby przestać się z nią kłócić, przestać udawać, że nic mnie nie obchodzi, przestać napinać mięśnie, kiedy przechodziła obok, ale nie mogłem. Nie wtedy, nie nigdy. Sztywniałem wewnątrz, jak zawsze, gdy próbowałem powiedzieć coś, co nie pasowało do mojego tonu. Odruch, wyuczony jak zaklęcie. Zamiast odpuścić - atakowałem, to było prostsze. Znany schemat. „Ugryź, zanim cię ugryzą.” Zabawne, jak bardzo potrafiła mnie doprowadzać do gotowości bojowej jednym krótkim słowem, jeszcze zabawniejsze było to, że mi się to podobało - nikt inny nie potrafił we mnie tak uderzyć, dokładnie w to miejsce, którego nie pokazywałem nikomu, ona trafiała zawsze, i to bez patrzenia na mnie. Patrzyłem, jak wpatruje się w świecę z taką determinacją, jakby płomień miał jej zapewnić bezpieczeństwo przed mną. Takie głupie, a takie typowe dla niej - udawać, że mnie nie widzi, kiedy byłem jedyną rzeczą w tym pomieszczeniu, której naprawdę nie mogła ignorować. Udawała, że skupia się na tych cholernych knotach, jakby były najważniejszym punktem w tej sali, ale widziałem, jak napinała ramiona za każdym razem, kiedy mówiłem, jej szyja drżała przy drobnych, krótkich oddechach, próbowała udawać, że moje chrząknięcie to tylko dźwięk, a nie impuls, który szarpał nią od środka.
A ja… Cóż. Ja robiłem dokładnie to samo - najpierw bezczelnie na nią patrzyłem, potem udawałem, że jej nie zahaczam spojrzeniem, że tylko kątem oka sprawdzałem, jak wysoko paliła się ta jej świeca, byle tylko nie przyznać, że próbuję odczytać jej profil z odbicia w szkliwie jakiejś talizmanicznej tabliczki na ścianie.
Ona też pamiętała, mogła udawać, ale pamiętała, nawet jeśli teraz udawała, jak bardzo nie miało to znaczenia, i że wszystko, co było tamtego lata, zimy, na błoniach, w pociągu, nad jeziorem - to coś, co przestało istnieć tak samo jak dzieci, którymi wtedy byliśmy. Gdy byliśmy młodsi, potrafiłem dostosować krok do jej kroku, zwalniałem, zatrzymywałem się, kiedy ona się zatrzymywała, chociaż nikt na świecie nie wmówiłby mi, że robiłem to dla kogokolwiek innego. Teraz - teraz tylko przyspieszałem, żeby nas dzielił dystans, którego nie da się przeskoczyć, ale jej odpowiedź wywołała coś innego, czego nie spodziewałem się po sobie - ból. Tępy, głupi ból, który nosiłem od dawna i o którym nie mogłem jej powiedzieć, bo to ja się od niej odsunąłem. Nie dlatego, że chciałem, dlatego, że musiałem, a ona nigdy nie miała się tego dowiedzieć. Mój palec przesunął się odruchowo po bliźnie przy wardze - tej, której nikt nie widział, dopóki nie podszedł wystarczająco blisko. Kazano mi się odsunąć, kazano mi przestać się z nią widywać, pisać, zostawiać cokolwiek w jej torbie, kazano mi zamknąć usta, kazano mi udawać, że jej nie znam, nie szanuję. A kiedy pokazałem, że zamierzam robić po swojemu, dostałem pięścią w twarz. Nie spadłem wtedy z miotły, jak wszystkim powiedziałem. Stanął nade mną z tą swoją pieprzoną manierą, że wszystko wie lepiej, „Rookwoodowie nie bawią się w uczucia, my tworzymy sojusze”, a ja zrozumiałem, że coś się kończy. Nie powiedział mi „zerwij z nią kontakt”, nie użył tego sformułowania, ale jego dłoń na mojej twarzy i różdżka na gardle była wystarczająco jasnym komunikatem. Nie musiał mówić zbyt wiele, żebym zrozumiał. A ja, jak cholerny idiota, zrobiłem dokładnie to, czego chciał - odciąłem ją, bez słowa, bez wyjaśnienia, bo tak mnie nauczono - uczucia nie były zaletą, były słabością albo walutą. A Prudence Bletchley… Była uczuciem. Od początku. Przyjacielskim i ciepłym, trochę innym, bardziej miękkim i subtelnym, gorzkim, nerwowym, zimnym, jadowitym, smutnym, pełnym gniewu, żalu - wieloma na raz.
Nie mogła wiedzieć, że przez tydzień nie mogłem na nią patrzeć nie dlatego, że jej nienawidziłem, tylko dlatego, że każde spojrzenie przypominało mi o tym, jak łatwo można złamać coś, czego się nie potrafi naprawić. Potem rzeczywiście byłem wredny, naprawdę wredny. Miałem wtedy piętnaście lat, może trochę więcej, i wszystko, co we mnie zostało, to była furia, i ta głupia, dziecinna satysfakcja, że ją zabolało, skoro mnie też bolało. Potem mi przeszło, przynajmniej tak myślałem. Zamieniłem wrogość na coś perfidnie naszego, chłodniejszego, wygładzonego. Na uwagi, złośliwe półuśmiechy, na złudzenie, że to już nic nie znaczy, ale nic nie znaczyło tylko wtedy, kiedy jej nie było.
Jak mógłbym jej wytłumaczyć, że chciałem dobrze, że chciałem ją ochronić przed wszystkim, co we mnie było popsute? Jak mógłbym jej przyznać, że nigdy nie byłem dla niej bezpieczny? Poraniłem innych ludzi, raniłem się z nimi chwila po chwili, nieustannie. To nie było dobre, ale właśnie tak było.
Dlatego byłem kretynem - dlatego wbijałem jej słowa jak ostrza, bo w przeciwnym razie musiałbym przyznać, jak bardzo nadal chciałem spróbować coś naprawdę naprawić.
Głos jej się łamał pod tą powierzchnią, ale wiedziała, jak to maskować. Zawsze w tym była dobra, wyćwiczona, przy innych, tylko ja pamiętałem wersję Prue sprzed maski - tę, która zrzucała śnieg ze swoich włosów i robiła przy tym minę. Tę, której ręce drżały od mrozu, a ja udawałem, że nie widzę, a potem owijałem jej szyję swoim szalikiem. Tę, która nie gubiła rzeczy, ale gubiła palce w moich włosach.
Dlatego zareagowałem tak, jak zawsze - atakiem, sztywnością, zimnem.
Uniósłem głowę ostrzej, niż zamierzałem, może nawet za ostro. Prudence podniosła ton głosu - pierwszy znak, że coś naprawdę w nią uderzyło.
- Tak, pierwszy raz. - Słowa wyszły bardziej chropowato, niż tego chciałem. - Pierwszy raz, kiedy jakiekolwiek twoje założenie trafiło tak daleko od prawdy, że aż zrobiło się żałosne. - Oparłem się o blat, splótłszy dłonie na nożyku. Płomień jednej ze świec odbijał się w jego ostrzu, rozdzielając światło na cienkie, drżące linie, czasem wydawało mi się, że cała nasza relacja wyglądała właśnie tak, jak światło odbite od ostrza - ostre, nie do uchwycenia, ale ciągle wystarczająco blisko, żeby mogło przeciąć skórę.
Sprowokowała mnie świadomie, chciała wbić palec w ranę, nawet jeśli nie wiedziała, że tam jest, a ja, jak ten najgłupszy z głupich, prawie na to poszedłem. Czułem, jak we mnie rośnie to stare, paskudne coś - ta potrzeba, żeby powiedzieć jej wszystko, rzucić to na stół, między świeczki, między trociny i popękane drewno, by przestać udawać. Chciałem jej odpowiedzieć - chciałem powiedzieć, że prawda była bardziej skomplikowana niż jej przekonania, ale język przykleił mi się do podniebienia, jak zawsze, kiedy chodziło o coś, czego nie mogłem powiedzieć.
Jej słowa o odchodzeniu uderzyły we mnie mocniej, niż powinny. Zacisnąłem zęby, nikt w Hogwarcie nie miał pojęcia, ile razy słyszałem podobne zdania - od rodziny, od kuzynów, od ludzi, którzy twierdzili, że Rookwoodowie nie przywiązują się do nikogo, może dlatego najbardziej mnie to wkurzyło, że padło właśnie z jej ust. Ona myślała, że odszedłem, bo mi przestało zależeć, byłem jednym z tych, którzy po prostu odchodzą, bo stracili zainteresowanie, wybrałem inne towarzystwo, inne życie, inne rozmowy. Nie wiedziała, że każdego dnia, kiedy ją mijałem, czułem się jak zdrajca, a każde słowo, jakie do niej kierowałem, brzmiało jak półprawda, bo nie mogłem dać jej nic więcej. Zamiast „chronić”, wyszło jak zwykle „krzywdzić”.
„Ludzie zawsze odchodzą.”
Chciałem odpowiedzieć. Chciałem powiedzieć: Nigdy nie przestało mi zależeć, nigdy, „to nie było tak, jak myślisz”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Przełknąłem je jak truciznę, bo raz już próbowałem się wychylić i skończyło się tak, że nie mogłem nawet dotknąć jej ramienia bez ryzyka, że znowu za to zapłacę. Chciałem jej powiedzieć, że to nie była jej wina, że ja…
„Dzięki za to, że mnie w tym uświadomiłeś”
uderzyło we mnie tak, jak samo zaklęcie Confringo. Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, bo to jedno zdanie rozcięło we mnie więcej, niż miało prawo.
- Prawda, Bletchley? - Odparłem lodowato. - Prawda jest taka, że jesteś mistrzynią dopisywania sobie historii i potem karania ludzi za to, że nie pasują do twojej wersji. To nie ja cię uświadomiłem. Ty sama zrobiłaś sobie z tego całą operę. Ty naprawdę myślisz, że mnie znasz? - Syknąłem. - Że masz wgląd w mój łeb, bo kiedyś razem zbieraliśmy pierdolone liście nad jeziorem? - Przysunąłem się do brzegu stołu, na tyle, by spojrzeć na nią wprost. Prawda była taka, że walczyliśmy z rzeczy, które powinniśmy byli zostawić w spokoju dawno temu.
Wstałem, nożyk zamknąłem jednym ruchem i schowałem do kieszeni.
- Nie muszę cię w niczym uświadamiać, Bletchley. - Powiedziałem jeszcze chłodniej, stłumionym tonem. - Jesteś wystarczająco dobra w ranieniu samej siebie swoimi irracjonalnymi oczekiwaniami, że ten świat kiedykolwiek będzie miły.
Nie obejrzałem się, ruszyłem do drzwi szybkim krokiem, jak ktoś, kto wie, że jeśli zawaha się choćby o sekundę, zrobi coś, czego nie ma prawa zrobić. Drzwi trzasnęły za mną - mocno, za mocno, dopiero wtedy - poza pomieszczeniem, poza jej zapachem świec, poza tym wszystkim, czego nie mogłem naprawić - wyrzuciłem z siebie jedno krótkie, wściekłe westchnienie. A potem odszedłem.
Chciałem się z nią pogodzić - oczywiście, że chciałem. Przecież o to chodziło przez cały ten czas - żeby przestać się z nią kłócić, przestać udawać, że nic mnie nie obchodzi, przestać napinać mięśnie, kiedy przechodziła obok, ale nie mogłem. Nie wtedy, nie nigdy. Sztywniałem wewnątrz, jak zawsze, gdy próbowałem powiedzieć coś, co nie pasowało do mojego tonu. Odruch, wyuczony jak zaklęcie. Zamiast odpuścić - atakowałem, to było prostsze. Znany schemat. „Ugryź, zanim cię ugryzą.” Zabawne, jak bardzo potrafiła mnie doprowadzać do gotowości bojowej jednym krótkim słowem, jeszcze zabawniejsze było to, że mi się to podobało - nikt inny nie potrafił we mnie tak uderzyć, dokładnie w to miejsce, którego nie pokazywałem nikomu, ona trafiała zawsze, i to bez patrzenia na mnie. Patrzyłem, jak wpatruje się w świecę z taką determinacją, jakby płomień miał jej zapewnić bezpieczeństwo przed mną. Takie głupie, a takie typowe dla niej - udawać, że mnie nie widzi, kiedy byłem jedyną rzeczą w tym pomieszczeniu, której naprawdę nie mogła ignorować. Udawała, że skupia się na tych cholernych knotach, jakby były najważniejszym punktem w tej sali, ale widziałem, jak napinała ramiona za każdym razem, kiedy mówiłem, jej szyja drżała przy drobnych, krótkich oddechach, próbowała udawać, że moje chrząknięcie to tylko dźwięk, a nie impuls, który szarpał nią od środka.
A ja… Cóż. Ja robiłem dokładnie to samo - najpierw bezczelnie na nią patrzyłem, potem udawałem, że jej nie zahaczam spojrzeniem, że tylko kątem oka sprawdzałem, jak wysoko paliła się ta jej świeca, byle tylko nie przyznać, że próbuję odczytać jej profil z odbicia w szkliwie jakiejś talizmanicznej tabliczki na ścianie.
Ona też pamiętała, mogła udawać, ale pamiętała, nawet jeśli teraz udawała, jak bardzo nie miało to znaczenia, i że wszystko, co było tamtego lata, zimy, na błoniach, w pociągu, nad jeziorem - to coś, co przestało istnieć tak samo jak dzieci, którymi wtedy byliśmy. Gdy byliśmy młodsi, potrafiłem dostosować krok do jej kroku, zwalniałem, zatrzymywałem się, kiedy ona się zatrzymywała, chociaż nikt na świecie nie wmówiłby mi, że robiłem to dla kogokolwiek innego. Teraz - teraz tylko przyspieszałem, żeby nas dzielił dystans, którego nie da się przeskoczyć, ale jej odpowiedź wywołała coś innego, czego nie spodziewałem się po sobie - ból. Tępy, głupi ból, który nosiłem od dawna i o którym nie mogłem jej powiedzieć, bo to ja się od niej odsunąłem. Nie dlatego, że chciałem, dlatego, że musiałem, a ona nigdy nie miała się tego dowiedzieć. Mój palec przesunął się odruchowo po bliźnie przy wardze - tej, której nikt nie widział, dopóki nie podszedł wystarczająco blisko. Kazano mi się odsunąć, kazano mi przestać się z nią widywać, pisać, zostawiać cokolwiek w jej torbie, kazano mi zamknąć usta, kazano mi udawać, że jej nie znam, nie szanuję. A kiedy pokazałem, że zamierzam robić po swojemu, dostałem pięścią w twarz. Nie spadłem wtedy z miotły, jak wszystkim powiedziałem. Stanął nade mną z tą swoją pieprzoną manierą, że wszystko wie lepiej, „Rookwoodowie nie bawią się w uczucia, my tworzymy sojusze”, a ja zrozumiałem, że coś się kończy. Nie powiedział mi „zerwij z nią kontakt”, nie użył tego sformułowania, ale jego dłoń na mojej twarzy i różdżka na gardle była wystarczająco jasnym komunikatem. Nie musiał mówić zbyt wiele, żebym zrozumiał. A ja, jak cholerny idiota, zrobiłem dokładnie to, czego chciał - odciąłem ją, bez słowa, bez wyjaśnienia, bo tak mnie nauczono - uczucia nie były zaletą, były słabością albo walutą. A Prudence Bletchley… Była uczuciem. Od początku. Przyjacielskim i ciepłym, trochę innym, bardziej miękkim i subtelnym, gorzkim, nerwowym, zimnym, jadowitym, smutnym, pełnym gniewu, żalu - wieloma na raz.
Nie mogła wiedzieć, że przez tydzień nie mogłem na nią patrzeć nie dlatego, że jej nienawidziłem, tylko dlatego, że każde spojrzenie przypominało mi o tym, jak łatwo można złamać coś, czego się nie potrafi naprawić. Potem rzeczywiście byłem wredny, naprawdę wredny. Miałem wtedy piętnaście lat, może trochę więcej, i wszystko, co we mnie zostało, to była furia, i ta głupia, dziecinna satysfakcja, że ją zabolało, skoro mnie też bolało. Potem mi przeszło, przynajmniej tak myślałem. Zamieniłem wrogość na coś perfidnie naszego, chłodniejszego, wygładzonego. Na uwagi, złośliwe półuśmiechy, na złudzenie, że to już nic nie znaczy, ale nic nie znaczyło tylko wtedy, kiedy jej nie było.
Jak mógłbym jej wytłumaczyć, że chciałem dobrze, że chciałem ją ochronić przed wszystkim, co we mnie było popsute? Jak mógłbym jej przyznać, że nigdy nie byłem dla niej bezpieczny? Poraniłem innych ludzi, raniłem się z nimi chwila po chwili, nieustannie. To nie było dobre, ale właśnie tak było.
Dlatego byłem kretynem - dlatego wbijałem jej słowa jak ostrza, bo w przeciwnym razie musiałbym przyznać, jak bardzo nadal chciałem spróbować coś naprawdę naprawić.
Głos jej się łamał pod tą powierzchnią, ale wiedziała, jak to maskować. Zawsze w tym była dobra, wyćwiczona, przy innych, tylko ja pamiętałem wersję Prue sprzed maski - tę, która zrzucała śnieg ze swoich włosów i robiła przy tym minę. Tę, której ręce drżały od mrozu, a ja udawałem, że nie widzę, a potem owijałem jej szyję swoim szalikiem. Tę, która nie gubiła rzeczy, ale gubiła palce w moich włosach.
Dlatego zareagowałem tak, jak zawsze - atakiem, sztywnością, zimnem.
Uniósłem głowę ostrzej, niż zamierzałem, może nawet za ostro. Prudence podniosła ton głosu - pierwszy znak, że coś naprawdę w nią uderzyło.
- Tak, pierwszy raz. - Słowa wyszły bardziej chropowato, niż tego chciałem. - Pierwszy raz, kiedy jakiekolwiek twoje założenie trafiło tak daleko od prawdy, że aż zrobiło się żałosne. - Oparłem się o blat, splótłszy dłonie na nożyku. Płomień jednej ze świec odbijał się w jego ostrzu, rozdzielając światło na cienkie, drżące linie, czasem wydawało mi się, że cała nasza relacja wyglądała właśnie tak, jak światło odbite od ostrza - ostre, nie do uchwycenia, ale ciągle wystarczająco blisko, żeby mogło przeciąć skórę.
Sprowokowała mnie świadomie, chciała wbić palec w ranę, nawet jeśli nie wiedziała, że tam jest, a ja, jak ten najgłupszy z głupich, prawie na to poszedłem. Czułem, jak we mnie rośnie to stare, paskudne coś - ta potrzeba, żeby powiedzieć jej wszystko, rzucić to na stół, między świeczki, między trociny i popękane drewno, by przestać udawać. Chciałem jej odpowiedzieć - chciałem powiedzieć, że prawda była bardziej skomplikowana niż jej przekonania, ale język przykleił mi się do podniebienia, jak zawsze, kiedy chodziło o coś, czego nie mogłem powiedzieć.
Jej słowa o odchodzeniu uderzyły we mnie mocniej, niż powinny. Zacisnąłem zęby, nikt w Hogwarcie nie miał pojęcia, ile razy słyszałem podobne zdania - od rodziny, od kuzynów, od ludzi, którzy twierdzili, że Rookwoodowie nie przywiązują się do nikogo, może dlatego najbardziej mnie to wkurzyło, że padło właśnie z jej ust. Ona myślała, że odszedłem, bo mi przestało zależeć, byłem jednym z tych, którzy po prostu odchodzą, bo stracili zainteresowanie, wybrałem inne towarzystwo, inne życie, inne rozmowy. Nie wiedziała, że każdego dnia, kiedy ją mijałem, czułem się jak zdrajca, a każde słowo, jakie do niej kierowałem, brzmiało jak półprawda, bo nie mogłem dać jej nic więcej. Zamiast „chronić”, wyszło jak zwykle „krzywdzić”.
„Ludzie zawsze odchodzą.”
Chciałem odpowiedzieć. Chciałem powiedzieć: Nigdy nie przestało mi zależeć, nigdy, „to nie było tak, jak myślisz”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Przełknąłem je jak truciznę, bo raz już próbowałem się wychylić i skończyło się tak, że nie mogłem nawet dotknąć jej ramienia bez ryzyka, że znowu za to zapłacę. Chciałem jej powiedzieć, że to nie była jej wina, że ja…
„Dzięki za to, że mnie w tym uświadomiłeś”
uderzyło we mnie tak, jak samo zaklęcie Confringo. Zamknąłem oczy na ułamek sekundy, bo to jedno zdanie rozcięło we mnie więcej, niż miało prawo.
- Prawda, Bletchley? - Odparłem lodowato. - Prawda jest taka, że jesteś mistrzynią dopisywania sobie historii i potem karania ludzi za to, że nie pasują do twojej wersji. To nie ja cię uświadomiłem. Ty sama zrobiłaś sobie z tego całą operę. Ty naprawdę myślisz, że mnie znasz? - Syknąłem. - Że masz wgląd w mój łeb, bo kiedyś razem zbieraliśmy pierdolone liście nad jeziorem? - Przysunąłem się do brzegu stołu, na tyle, by spojrzeć na nią wprost. Prawda była taka, że walczyliśmy z rzeczy, które powinniśmy byli zostawić w spokoju dawno temu.
Wstałem, nożyk zamknąłem jednym ruchem i schowałem do kieszeni.
- Nie muszę cię w niczym uświadamiać, Bletchley. - Powiedziałem jeszcze chłodniej, stłumionym tonem. - Jesteś wystarczająco dobra w ranieniu samej siebie swoimi irracjonalnymi oczekiwaniami, że ten świat kiedykolwiek będzie miły.
Nie obejrzałem się, ruszyłem do drzwi szybkim krokiem, jak ktoś, kto wie, że jeśli zawaha się choćby o sekundę, zrobi coś, czego nie ma prawa zrobić. Drzwi trzasnęły za mną - mocno, za mocno, dopiero wtedy - poza pomieszczeniem, poza jej zapachem świec, poza tym wszystkim, czego nie mogłem naprawić - wyrzuciłem z siebie jedno krótkie, wściekłe westchnienie. A potem odszedłem.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)