26.02.2023, 19:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2023, 19:25 przez Cathal Shafiq.)
Cathal nie odpowiedział na pytanie odnośnie Slytherinu, ponieważ stał się chaos. Nell, stojąca na sarkofagu, w miarę bezpiecznym miejscu, znów machnęła różdżką, ponownie wypełniając ciemność grobowca światłem. Brzegi pomieszczenia wciąż jednak tonęły w mroku.
W blasku Shafiq wycelował w jednego ze skorpionów i go nim podpalił. Rozejrzał się, nie mogąc dostrzec żadnego innego stworzenia na podłodze…
…a potem podniósł wzrok na Letę.
Ugryzienia w głowę nie wyleczyłaby nawet Nell. Crouchównę uratowała chyba tylko bardzo bujna fryzura, w którą zaplątał się skorpioni ogon, utrudniając mu wzbicie żądła. Cathal machnął różdżką, z braku pomysłu – bo przecież nie podpali czegoś, co siedzi Alethei na głowie, a z kolei próba rzucenia czegoś wplątanego we włosy mogłaby nie podziałać – transmutując go.
W…
Puchar.
Tak, na głowie Alethei zmaterializował się puchar, który spadł z niej z brzękiem i potoczył się pod nogi Cathala. Ten nadepnął na naczynie, miażdżąc je, tak na wszelki wypadek. Cathal odruchowo postąpił w taki sposób, jaki wbijano mu niegdyś na lekcjach.
- Wreszcie rozumiem Hogwarckie metody nauczania – powiedział Shafiq, rozglądając się ponownie i upewniając, że wszyscy są cali i na nikogo nie czai się wredny skorpion. – Uczą nas transmutacji na zwierzętach, właśnie dlatego, że przewidują, że kiedyś będziemy walczyć z gromadą wściekłych skorpionów.
Potem zatrzymał spojrzenie na Jamilu. I odpowiedział na wcześniej rzuconą uwagę. Ze względu na swoją pamięć zdarzało mu się czasem podejmować rozmowy wcześniej urwane…
- Tak i przynosimy naszemu Domowi wstyd, bo jeszcze nie zamknęliśmy cię w jakimś sarkofagu - poinformował zgryźliwie. - Nie krzyczałem tak na Nell, bo po pierwsze, pułapką była cała podłoga, po drugie, po prostu spróbowało ją porwać, nie wyrzuciło na nas skorpionów, i po trzecie... bardzo nie lubię tej paskudnej, zielonej mikstury, którą tak lubi serwować specjalnie zagęszczoną, jeśli akurat jest zirytowana...
- Serwuję ją, bo jest zielona. Gdzie wasz patriotyzm domowy? - odparła Nell od razu. Po czym widząc, że chyba w pobliżu nie ma już żadnych skorpionów... znów opadła na wieko sarkofagu. Na wszelki wypadek jednak usiadła po turecku, a gazetę z podłogi przywołała za pomocą accio (i zaraz gdy ją złapała, znowu rzuciła lumos). - Muszę napisać do rodziny. Ciekawe, co powiedzą o tym całym Latajku. Swoją drogą, ten jego mroczny znak też jest zielony - powiedziała lekko, po prostu podejmując przerwaną rozmowę, jak gdyby nic się nie stało.
Shafiq oparł się o ścianę i na moment zamknął oczy. Miał dość. Miał dość i to nie pradawnego grobowca pełnego pułapek, a własnych towarzyszy. Z drugiej strony, musiał być masochistą, w końcu pozwolono mu samemu dobrać zespół. Odezwał się po jakichś trzydziestu sekundach.
- Ostatni symbol to kot - powiedział w końcu pewnym tonem. Czy faktycznie odgadł układ? Czy może postanowił, że woli zaryzykować niż spędzić tutaj z nimi zamknięty jeszcze minutę? - Nell, obracasz się do jastrzębia, Leta do kota, Jamil do psa, ja do szakala. Kiedy wymawiam wasze imię, uderzacie zaklęciem w płytę nad posągiem. Uwaga, trzeba to robić bardzo szybko, więc się nie zagapcie.
Mieli to szczęście, że nie było mowy, aby Cathal zapomniał, jaki układ ustalił. Może nawet wolałby sam, ale istniała szansa, że nie zdąży się obrócić i odpowiednio wycelować.
- Dobrze, ale ja walę stąd - oświadczyła Nell stanowczo. Złożyła gazetę i ukryła w kieszeni, a potem podniosła się i stojąc na sarkofagu (dzięki temu, mimo swojego bardzo marnego wzrostu była nawet parę centymetrów wyższa od Cala) obróciła się przodem do boga o głowie ptaka i uniosła różdżkę.
- Gotowi? Zaczynamy.
W blasku Shafiq wycelował w jednego ze skorpionów i go nim podpalił. Rozejrzał się, nie mogąc dostrzec żadnego innego stworzenia na podłodze…
…a potem podniósł wzrok na Letę.
Ugryzienia w głowę nie wyleczyłaby nawet Nell. Crouchównę uratowała chyba tylko bardzo bujna fryzura, w którą zaplątał się skorpioni ogon, utrudniając mu wzbicie żądła. Cathal machnął różdżką, z braku pomysłu – bo przecież nie podpali czegoś, co siedzi Alethei na głowie, a z kolei próba rzucenia czegoś wplątanego we włosy mogłaby nie podziałać – transmutując go.
W…
Puchar.
Tak, na głowie Alethei zmaterializował się puchar, który spadł z niej z brzękiem i potoczył się pod nogi Cathala. Ten nadepnął na naczynie, miażdżąc je, tak na wszelki wypadek. Cathal odruchowo postąpił w taki sposób, jaki wbijano mu niegdyś na lekcjach.
- Wreszcie rozumiem Hogwarckie metody nauczania – powiedział Shafiq, rozglądając się ponownie i upewniając, że wszyscy są cali i na nikogo nie czai się wredny skorpion. – Uczą nas transmutacji na zwierzętach, właśnie dlatego, że przewidują, że kiedyś będziemy walczyć z gromadą wściekłych skorpionów.
Potem zatrzymał spojrzenie na Jamilu. I odpowiedział na wcześniej rzuconą uwagę. Ze względu na swoją pamięć zdarzało mu się czasem podejmować rozmowy wcześniej urwane…
- Tak i przynosimy naszemu Domowi wstyd, bo jeszcze nie zamknęliśmy cię w jakimś sarkofagu - poinformował zgryźliwie. - Nie krzyczałem tak na Nell, bo po pierwsze, pułapką była cała podłoga, po drugie, po prostu spróbowało ją porwać, nie wyrzuciło na nas skorpionów, i po trzecie... bardzo nie lubię tej paskudnej, zielonej mikstury, którą tak lubi serwować specjalnie zagęszczoną, jeśli akurat jest zirytowana...
- Serwuję ją, bo jest zielona. Gdzie wasz patriotyzm domowy? - odparła Nell od razu. Po czym widząc, że chyba w pobliżu nie ma już żadnych skorpionów... znów opadła na wieko sarkofagu. Na wszelki wypadek jednak usiadła po turecku, a gazetę z podłogi przywołała za pomocą accio (i zaraz gdy ją złapała, znowu rzuciła lumos). - Muszę napisać do rodziny. Ciekawe, co powiedzą o tym całym Latajku. Swoją drogą, ten jego mroczny znak też jest zielony - powiedziała lekko, po prostu podejmując przerwaną rozmowę, jak gdyby nic się nie stało.
Shafiq oparł się o ścianę i na moment zamknął oczy. Miał dość. Miał dość i to nie pradawnego grobowca pełnego pułapek, a własnych towarzyszy. Z drugiej strony, musiał być masochistą, w końcu pozwolono mu samemu dobrać zespół. Odezwał się po jakichś trzydziestu sekundach.
- Ostatni symbol to kot - powiedział w końcu pewnym tonem. Czy faktycznie odgadł układ? Czy może postanowił, że woli zaryzykować niż spędzić tutaj z nimi zamknięty jeszcze minutę? - Nell, obracasz się do jastrzębia, Leta do kota, Jamil do psa, ja do szakala. Kiedy wymawiam wasze imię, uderzacie zaklęciem w płytę nad posągiem. Uwaga, trzeba to robić bardzo szybko, więc się nie zagapcie.
Mieli to szczęście, że nie było mowy, aby Cathal zapomniał, jaki układ ustalił. Może nawet wolałby sam, ale istniała szansa, że nie zdąży się obrócić i odpowiednio wycelować.
- Dobrze, ale ja walę stąd - oświadczyła Nell stanowczo. Złożyła gazetę i ukryła w kieszeni, a potem podniosła się i stojąc na sarkofagu (dzięki temu, mimo swojego bardzo marnego wzrostu była nawet parę centymetrów wyższa od Cala) obróciła się przodem do boga o głowie ptaka i uniosła różdżkę.
- Gotowi? Zaczynamy.