02.12.2025, 19:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2025, 20:22 przez Benjy Fenwick.)
Życie było pełne mankamentów, ale jakoś funkcjonowaliśmy, nie? Jedni nie widzieli znaków, drudzy nie widzieli konsekwencji… Ostatecznie jakoś wszyscy żyli. Wyjątkiem mógłby być Astaroth, ale tego tematu raczej nie mieliśmy dziś poruszać, nie po to tu byłem. Jej uwaga o tym, że nie dźwignę wszystkich jej talentów naraz, sprawiła, że parsknąłem cicho, unosząc brew tak wysoko, jakby próbowała mnie właśnie obrazić.
- Dawkowaś? - Powtórzyłem tonem udawanego oburzenia. - Myślałem, sze jesteś typem „wszystko albo nic”, ale dobsze, skolo uwaszasz, sze szucenie wszystkich nalas mogłoby mnie przygnieść, to ci uwieszę. Byłoby szkoda, bo dopiero co wróciłem do szywych. - Wypowiedziałem to tonem człowieka, który dobrze wiedział, że jego psychika była raczej taranem niż porcelaną. To było łatwe, naturalne, wręcz idiotycznie przyjemne. Nie sądziłem, że nasza rozmowa może kiedykolwiek mieć taką temperaturę - ciepłą, żartobliwą, bez gniewu.
Jej stwierdzenie, że „nie jest plotkarą”, sprawiło, że kiwnąłem głową z pewną powagą.
- Wiem, sze nie jesteś plotkalą. - Przyznałem, pozornie poważnie. - Gdybyś była, jusz dawno miałbym pszypał na pół Londynu. A jednak jakoś wciąsz jestem tylko lokalną katastlofą.
Na komentarz o mojej przerażającej wizji relaksu przewróciłem oczami i tylko wzruszyłem ramionami.
- Wiesz, nie kaszdy musi mieś subtelne spaczenie. Co poladzę, sze mam szczególne upodobania. Jedni lubią masasz alomatysznymi olejkami, inni wolą wpieldol od szycia, metafolyczną cegłę spuszczoną s dachu. Ja jestem otwalty na doświadczenia. - Zrobiłem niewinną minę, która w moim wykonaniu wyglądała absolutnie nielegalnie. Równie dobrze, jak ja, wiedziała, że coś takiego mógł rzucić tylko ktoś, kto miał bardzo dobry humor i kompletnie stracił ochotę na udawanie lodowatego skurwysyna.
Siedziałem wygodnie, już całkiem zakorzeniony w jej salonie, z kubkiem kawy w dłoni, gdy zaczęła tłumaczyć zasady współpracy.
- Dla mnie słowo zawsze wystalsza, jeśli coś się zmieni, powiem, ale na lasie, ufam, sze oboje mamy czyste zamialy. - Stwierdziłem. Słuchałem uważnie, naprawdę uważnie, bo to, co mówiła o tej „drugiej niej”, pasowało mi jak ulał. Nie miałem zamiaru jej przerywać, wtrącać komentarzy, dopóki nie skończy, dopiero kiedy rzuciła, że nie chce drugiej osoby, która będzie marudzić, przeżywać, zastanawiać się nad opiniami innych…
- To dobsze. - Mruknąłem z lekkim uśmiechem. - Jak masz coś nudnego, lobię. Coś ryzykownego, lobię. Coś, co inni uwaszają za „niepszyjemne”… Tesz lobię. Wiesz, sze opinie ludzi mam w dupie jusz od lat. Nie jestem wybledny. Nie jestem delikatny. Jest lobota, ja idę. - Oparłem się wygodniej, przesuwając kubek w dłoniach.
Wtedy to się stało - jej wzrok zeskoczył nagle w dół, na moją dłoń, na obrączkę, która od kilku godzin była częścią mnie tak naturalną, że zapomniałem, że ktoś może nie wiedzieć, skąd się wzięła. Nawet nie zareagowałem od razu, dopiero gdy uniosła się z fotela jak wystrzelona z kuszy i dopadła mnie w dwóch krokach, łapiąc mnie za rękę, poczułem, jak cały ten spokojny ton rozmowy wyparowuje. Wypuściłem powietrze, powoli, przynajmniej próbowałem, Znajda, ta mała zdrajczyni, nawet nie drgnęła, tylko położyła łeb na moim udzie, jakby specjalnie eksponując moją rękę, żeby Geraldine miała jeszcze lepszy widok.
- To się nazywa „obląszka”, Gelaldine. - Odparłem z przesadnym tonem, jakbym tłumaczył komuś różnicę między miotłą a kijem. - Złota. Oklągła. Zazwyczaj symbolizuje jedno.
Wybuchła. Absolutnie - jej głos odbił się echem od ścian salonu, Cukier aż uniósł łeb, Pierdoła sapnęła, a Znajda spojrzała na mnie wzrokiem „stary, zrób coś, ona cię zaraz zje” - nie zrobiłem, brnąłem w to, po bandzie, jak zwykle.
- Wiesz, zazwyczaj to ludzie mówią „glatulacje”, a nie analizują matematyczną niemoszliwość… - Mruknąłem, ale nie wyrwałem ręki. Patrzyłem jej prosto w oczy, bez krzywego uśmiechu, bez próby ucieczki. Przyłożyłem wolną rękę do twarzy, przeciągnąłem ją po zmarszczkach między brwiami i wypuściłem powietrze. - „Jakim chujem zdąszyłem się oszeniś?” …balso splawnym. - Tak, to był cały romantyczny speedrun od przeprosin do ślubu. - Powiedziałaś, szebym poszedł i to naplawił. - Dodałem tonem oczywistego faktu. - No to poszedłem, naplawiłem. Wyszło… Hm. Balsiej skutecznie, nisz oboje pszewidywaliśmy. - Nie sądziłem, by to miało wystarczyć, więc od razu przeszedłem do faktów, no, powiedzmy. - Zacznę tak: wychodziłem s balu. Wiwelny. Wychodziłem, nolmalnie, jak cywilizowany człowiek. Jusz miałem dszwi za plecami, i nagle jakiś wielki inteligent wylewa na mnie piwo, a jego kolega, stlateg szyciowy łapie mnie za płaszcz, więc ja mu gszesznie wyjąłem dłoń s mojej kieszeni i powiedziałem „pszyjacielu, nie dotykaj mnie, bo gly bitewne mam w genach. Poza tym, jeśli celowałeś w sakiewkę, to pudło, jeśli natomiast celowałeś w coś naplawdę duszego… To podziwiam odwagę, ale tesz źle, zupełnie chybiasz, mój dlogi, bo to niszej.”
On: „Dawaj, co masz.”
Ja: „Mam dusze szeszy, ale nie dla ciebie, mój, nie twój inteles.” No, bo wiesz, jestem wstydliwy i nie lubię, jak mi obcy faceci wkładają lęce tam, gdzie powinna lobiś to moja sona.
On: „Dawaj kasę albo cię pszetszepię.”
No, nie był w moim typie. Ani on, ani jego kolega.
Ja: „Ty mnie? Pszez kieszeń? To nie jest ani lomantyczne, ani skuteczne. Oddal się zatem, ploszę, w tlybie natychmiastowym.”
Nie skumał szaltu. Szkoda, bo był dobly.
On: „Chodź tu, cwaniaku.”
Zanim zdąszył coś więcej bulknąć, podniosłem go do góly. Gszesznie. Bes emocji. Jak kotka.
I wtedy Sun staje w dszwiach. Idealny timing, wybitny, jakby miała ladal ustawiony na „Benjy lobi głupotę”.
Powiedziała tylko: „Fenwick.” I to wystalszyło, szebym zgubił cały instynkt samozachowawczy.
Powiedziałem jednak: „Sunny, kochanie, daj mi pięś minut.”
Ona: „Daję ci pięś sekund, szebyś pszestał byś idiotą i wyjaśnił mi, co tu lobisz.”
Typ to wykoszystał, wylwał mi się, a potem szusił kuflem we mnie s taką plecyzją, sze pomyślałem, sze mosze jesteśmy lodziną, laszej Yaxley, nie Lookwood, ale nie miał twoich oczu. Tak czy siak, jebnął mi nim w łapę tak, sze asz mi zęby zadzwoniły, ale go połoszyłem.
Sun westchnęła, złapała mnie za lękaw i powiedziała: „Wychodzimy.”
Ja: „Za włosy byłoby szybciej.”
Ona: „Za włosy cię ciągnę, jak dszwi są zamknięte.”
Te, niestety, nie były, więc pociągnęła mnie na zewnątsz, mocniej nisz myślałem, sze ma siły.
No, więc wyszedłem.
Na ulicy powiedziała: „Benjy… „Biznesy w balach? Bójki? A spotkania ze mną to co, fanabelia?”
Ja: „Po plostu szedłem oklęszną dlogą, kochanie, znalazłaś mnie szybciej, nisz ja znalazłem ciebie.”
„Miałeś być w Lumunii. Nie tu. Nie w tej spelunie.”
Ja: „Niby byłem.”
Ona: „Niby?”
Ja: „No, fizycznie byłem. Emocjonalnie byłem… Gdzie indziej.”
„Benjy, napisałeś mi list, w któlym twieldziłeś, sze wyjechałeś s Anglii na zawsze, a ja cię znajduję w melinie na Noktulnie.”
Ja: „To była… Pomyłka geoglaficzna.”
„Pomyłka geoglaficzna? BENJY?”
Ja: „Noktuln tesz jest za granicą. Tak jakby.”
„Zostawiłeś mnie tutaj. Bes słowa. Po tygodniach, w któlych mnie nie opuszczałeś ani na chwilę. Naplawdę? Bez słowa? Bez jednego słowa?”
„Wiesz, sze nie jestem biegły w poszegnaniach.”
A ona mówi do mnie na to: „Benjy Fenwick. Czy ty masz odwlócone płaty mósgowe?”
„Nie? To tylko lekkie wstsząśnienie? Nie pytaj. Wiem. Sun… Myślałem, sze mnie nie chcesz widzieś, wysłałem ci list, a ty nie odpisałaś.”
Ona mi na to: „Jaki kulwa list? Nic nie dostałam, a posa tym, gdybym cię nie chciała widzieć, nie wyciągałabym cię s balów. Widzisz mnie? Jestem. Nadal.”
Ja: „Po tym wszystkim… Nadal?”
Ona: „Benjy, jak jusz kogoś kocham, to do globowej deski. Dosłownie.”
„Ty nie powinnaś chcieś kogoś takiego. Ja się nie zmieniam.”
Ona: „Ja chcę dokładnie twojej popieldolonej welsji. Jesteś w moim klimacie.”
Powiedziałem jej jeszcze: „Nie chcę cię w to wciągaś.”
A ona: „Za póśno. Jusz w to wlazłam.”
Powiedziałem: „Ale ja jestem popieldolony.”
Ona: „Wiem. I?”
Ja: „Łatwo się ode mnie odchodzi, łatwo przy mnie umiela. Nie jestem w stanie być nolmalny, Sun. Mam szeszy, któle mnie glyzą.”
A ona: „Glatulacje, Fenwick, nie jesteś specjalny. Ja tesz mam swoje demony.”
„Sun… Ja mam duszo tlupów wokół siebie.”
Na co ona spojrzała tak, jakby się uśmiechnęła w ślodku i mówi: „To zajebiście. Ja placuję w kostnicy, lubię zwłoki. Posa tym mam szpadel i umiem kopaś.”
A potem jeszcze: „Benjy, ja naplawdę… Ja naprawdę nie wiem, co mam s tobą zlobiś. Odszedłeś, nie wyblałeś mnie, telas tesz odchodzisz.”
Ja: „Zawsze cię wybielam. Tylko czasem źle.”
Ona: „Źle to twoje dlugie imię, mhm.”
Ja: „Technicznie to Benjamin.”
Ona: „Ty mnie doplowadzisz do wczesnej śmielsi.”
Ja: „To moszemy być złoszeni lasem. Wyjdziesz za mnie?”
Ona dosłownie zamalła, jakby ktoś odciął jej dostęp do szeczywistości, a potem: „Powtósz.”
Więc powtószyłem: „Wyjdziesz. Za. Mnie?”
Cisza. Długa. Tak długa, sze poczułem, sze mosze tszeba zacząś kopaś ten glób, tylko jednoosobowy.
W końcu: „…tak.”
No i potem jusz poszło coś na zasadzie: „Tak- tak? Natychmiastowe tak, czy takie s gwalancją zwlotu, bo moszemy poczekaś?”
Ale no, wiesz. Czekanie nie jest moją mocną stloną. Pół szycia na nią czekałem.
No to poszliśmy do stalej baby na Noktulnie. Takiej co wygląda, jakby szyła od czasów Melina, i zanim powiesz „Benjy, dlaczego?”, odpowiadam: to była jedyna osoba, któla mogła nas zarejestlowaś o tej posze, od lęki.
Spytała: „Pala chce ślub s klątwą czy bez?”
Sun: „Bez.”
Ja: „Bez.”
Babka była zawiedziona. Powiedziała: „To pierwszy ślub bes klątwy od tszech lat, nie wiem, co jest s wami nie tak, ale duszo, w gluncie szeszy gówno mnie to jednak obchodzi. To chociasz klopla klwi, tlochę bólu i mały pentagram s szacunku dla nie-Matki?” Bogini laszej nie pszyjaśni się s takimi kapłanami, wiesz.
Sun spojszała na mnie, ja wzluszyłem lamionami: „Pentagram wygląda ładnie na zdjęciach.”
Babka: „Galeony poploszę.”
Gel, jak mówię, sze wywaliłem na to wszystko, całe jebane oszczędności, jakie miałem przy sobie, to nie kololyzuję. Sun tesz dała swoje, cały mieszek. Nie pytaj, ile. W kaszdym lasie… Włoszyliśmy w ten lytuał tyle kasy, sze pewnie byłoby nas staś na dom w Dolset albo gdzieś tlochę dalej, ale szczesze? Celemonia była walta więcej nisz wszystkie galeony lasem. W takim pszypadku dlogo znaczy całkiem uczciwie. Gdyby ta stara baba była tańsza, to bym się zaczął maltwiś. Myślę, sze właśnie dzięki temu nie zapszedaliśmy duszy pielwolodnego czy coś na tej zasadzie. No i był pentagram, świeczki, złote kielichy. Piłem krew mojej sony s kielicha, ona moją, stala baba mluczała coś w staloangielskim i po łacinie, tlochę bolało, tlochę nie, ale wszystko w świetle plawa, to najwaszniejsze. Dała nam papiel do Ministelstwa, co plawda kazała podpisaś klwią, ale potem ta klew zmieniła się w atlament, by to było legalne, nie demoniczne, więc luz. No. Leszty moszesz się domyślaś, nie? - Posłałem jej uśmiech, tym razem wymowny, jednoznaczny.
- Dawkowaś? - Powtórzyłem tonem udawanego oburzenia. - Myślałem, sze jesteś typem „wszystko albo nic”, ale dobsze, skolo uwaszasz, sze szucenie wszystkich nalas mogłoby mnie przygnieść, to ci uwieszę. Byłoby szkoda, bo dopiero co wróciłem do szywych. - Wypowiedziałem to tonem człowieka, który dobrze wiedział, że jego psychika była raczej taranem niż porcelaną. To było łatwe, naturalne, wręcz idiotycznie przyjemne. Nie sądziłem, że nasza rozmowa może kiedykolwiek mieć taką temperaturę - ciepłą, żartobliwą, bez gniewu.
Jej stwierdzenie, że „nie jest plotkarą”, sprawiło, że kiwnąłem głową z pewną powagą.
- Wiem, sze nie jesteś plotkalą. - Przyznałem, pozornie poważnie. - Gdybyś była, jusz dawno miałbym pszypał na pół Londynu. A jednak jakoś wciąsz jestem tylko lokalną katastlofą.
Na komentarz o mojej przerażającej wizji relaksu przewróciłem oczami i tylko wzruszyłem ramionami.
- Wiesz, nie kaszdy musi mieś subtelne spaczenie. Co poladzę, sze mam szczególne upodobania. Jedni lubią masasz alomatysznymi olejkami, inni wolą wpieldol od szycia, metafolyczną cegłę spuszczoną s dachu. Ja jestem otwalty na doświadczenia. - Zrobiłem niewinną minę, która w moim wykonaniu wyglądała absolutnie nielegalnie. Równie dobrze, jak ja, wiedziała, że coś takiego mógł rzucić tylko ktoś, kto miał bardzo dobry humor i kompletnie stracił ochotę na udawanie lodowatego skurwysyna.
Siedziałem wygodnie, już całkiem zakorzeniony w jej salonie, z kubkiem kawy w dłoni, gdy zaczęła tłumaczyć zasady współpracy.
- Dla mnie słowo zawsze wystalsza, jeśli coś się zmieni, powiem, ale na lasie, ufam, sze oboje mamy czyste zamialy. - Stwierdziłem. Słuchałem uważnie, naprawdę uważnie, bo to, co mówiła o tej „drugiej niej”, pasowało mi jak ulał. Nie miałem zamiaru jej przerywać, wtrącać komentarzy, dopóki nie skończy, dopiero kiedy rzuciła, że nie chce drugiej osoby, która będzie marudzić, przeżywać, zastanawiać się nad opiniami innych…
- To dobsze. - Mruknąłem z lekkim uśmiechem. - Jak masz coś nudnego, lobię. Coś ryzykownego, lobię. Coś, co inni uwaszają za „niepszyjemne”… Tesz lobię. Wiesz, sze opinie ludzi mam w dupie jusz od lat. Nie jestem wybledny. Nie jestem delikatny. Jest lobota, ja idę. - Oparłem się wygodniej, przesuwając kubek w dłoniach.
Wtedy to się stało - jej wzrok zeskoczył nagle w dół, na moją dłoń, na obrączkę, która od kilku godzin była częścią mnie tak naturalną, że zapomniałem, że ktoś może nie wiedzieć, skąd się wzięła. Nawet nie zareagowałem od razu, dopiero gdy uniosła się z fotela jak wystrzelona z kuszy i dopadła mnie w dwóch krokach, łapiąc mnie za rękę, poczułem, jak cały ten spokojny ton rozmowy wyparowuje. Wypuściłem powietrze, powoli, przynajmniej próbowałem, Znajda, ta mała zdrajczyni, nawet nie drgnęła, tylko położyła łeb na moim udzie, jakby specjalnie eksponując moją rękę, żeby Geraldine miała jeszcze lepszy widok.
- To się nazywa „obląszka”, Gelaldine. - Odparłem z przesadnym tonem, jakbym tłumaczył komuś różnicę między miotłą a kijem. - Złota. Oklągła. Zazwyczaj symbolizuje jedno.
Wybuchła. Absolutnie - jej głos odbił się echem od ścian salonu, Cukier aż uniósł łeb, Pierdoła sapnęła, a Znajda spojrzała na mnie wzrokiem „stary, zrób coś, ona cię zaraz zje” - nie zrobiłem, brnąłem w to, po bandzie, jak zwykle.
- Wiesz, zazwyczaj to ludzie mówią „glatulacje”, a nie analizują matematyczną niemoszliwość… - Mruknąłem, ale nie wyrwałem ręki. Patrzyłem jej prosto w oczy, bez krzywego uśmiechu, bez próby ucieczki. Przyłożyłem wolną rękę do twarzy, przeciągnąłem ją po zmarszczkach między brwiami i wypuściłem powietrze. - „Jakim chujem zdąszyłem się oszeniś?” …balso splawnym. - Tak, to był cały romantyczny speedrun od przeprosin do ślubu. - Powiedziałaś, szebym poszedł i to naplawił. - Dodałem tonem oczywistego faktu. - No to poszedłem, naplawiłem. Wyszło… Hm. Balsiej skutecznie, nisz oboje pszewidywaliśmy. - Nie sądziłem, by to miało wystarczyć, więc od razu przeszedłem do faktów, no, powiedzmy. - Zacznę tak: wychodziłem s balu. Wiwelny. Wychodziłem, nolmalnie, jak cywilizowany człowiek. Jusz miałem dszwi za plecami, i nagle jakiś wielki inteligent wylewa na mnie piwo, a jego kolega, stlateg szyciowy łapie mnie za płaszcz, więc ja mu gszesznie wyjąłem dłoń s mojej kieszeni i powiedziałem „pszyjacielu, nie dotykaj mnie, bo gly bitewne mam w genach. Poza tym, jeśli celowałeś w sakiewkę, to pudło, jeśli natomiast celowałeś w coś naplawdę duszego… To podziwiam odwagę, ale tesz źle, zupełnie chybiasz, mój dlogi, bo to niszej.”
On: „Dawaj, co masz.”
Ja: „Mam dusze szeszy, ale nie dla ciebie, mój, nie twój inteles.” No, bo wiesz, jestem wstydliwy i nie lubię, jak mi obcy faceci wkładają lęce tam, gdzie powinna lobiś to moja sona.
On: „Dawaj kasę albo cię pszetszepię.”
No, nie był w moim typie. Ani on, ani jego kolega.
Ja: „Ty mnie? Pszez kieszeń? To nie jest ani lomantyczne, ani skuteczne. Oddal się zatem, ploszę, w tlybie natychmiastowym.”
Nie skumał szaltu. Szkoda, bo był dobly.
On: „Chodź tu, cwaniaku.”
Zanim zdąszył coś więcej bulknąć, podniosłem go do góly. Gszesznie. Bes emocji. Jak kotka.
I wtedy Sun staje w dszwiach. Idealny timing, wybitny, jakby miała ladal ustawiony na „Benjy lobi głupotę”.
Powiedziała tylko: „Fenwick.” I to wystalszyło, szebym zgubił cały instynkt samozachowawczy.
Powiedziałem jednak: „Sunny, kochanie, daj mi pięś minut.”
Ona: „Daję ci pięś sekund, szebyś pszestał byś idiotą i wyjaśnił mi, co tu lobisz.”
Typ to wykoszystał, wylwał mi się, a potem szusił kuflem we mnie s taką plecyzją, sze pomyślałem, sze mosze jesteśmy lodziną, laszej Yaxley, nie Lookwood, ale nie miał twoich oczu. Tak czy siak, jebnął mi nim w łapę tak, sze asz mi zęby zadzwoniły, ale go połoszyłem.
Sun westchnęła, złapała mnie za lękaw i powiedziała: „Wychodzimy.”
Ja: „Za włosy byłoby szybciej.”
Ona: „Za włosy cię ciągnę, jak dszwi są zamknięte.”
Te, niestety, nie były, więc pociągnęła mnie na zewnątsz, mocniej nisz myślałem, sze ma siły.
No, więc wyszedłem.
Na ulicy powiedziała: „Benjy… „Biznesy w balach? Bójki? A spotkania ze mną to co, fanabelia?”
Ja: „Po plostu szedłem oklęszną dlogą, kochanie, znalazłaś mnie szybciej, nisz ja znalazłem ciebie.”
„Miałeś być w Lumunii. Nie tu. Nie w tej spelunie.”
Ja: „Niby byłem.”
Ona: „Niby?”
Ja: „No, fizycznie byłem. Emocjonalnie byłem… Gdzie indziej.”
„Benjy, napisałeś mi list, w któlym twieldziłeś, sze wyjechałeś s Anglii na zawsze, a ja cię znajduję w melinie na Noktulnie.”
Ja: „To była… Pomyłka geoglaficzna.”
„Pomyłka geoglaficzna? BENJY?”
Ja: „Noktuln tesz jest za granicą. Tak jakby.”
„Zostawiłeś mnie tutaj. Bes słowa. Po tygodniach, w któlych mnie nie opuszczałeś ani na chwilę. Naplawdę? Bez słowa? Bez jednego słowa?”
„Wiesz, sze nie jestem biegły w poszegnaniach.”
A ona mówi do mnie na to: „Benjy Fenwick. Czy ty masz odwlócone płaty mósgowe?”
„Nie? To tylko lekkie wstsząśnienie? Nie pytaj. Wiem. Sun… Myślałem, sze mnie nie chcesz widzieś, wysłałem ci list, a ty nie odpisałaś.”
Ona mi na to: „Jaki kulwa list? Nic nie dostałam, a posa tym, gdybym cię nie chciała widzieć, nie wyciągałabym cię s balów. Widzisz mnie? Jestem. Nadal.”
Ja: „Po tym wszystkim… Nadal?”
Ona: „Benjy, jak jusz kogoś kocham, to do globowej deski. Dosłownie.”
„Ty nie powinnaś chcieś kogoś takiego. Ja się nie zmieniam.”
Ona: „Ja chcę dokładnie twojej popieldolonej welsji. Jesteś w moim klimacie.”
Powiedziałem jej jeszcze: „Nie chcę cię w to wciągaś.”
A ona: „Za póśno. Jusz w to wlazłam.”
Powiedziałem: „Ale ja jestem popieldolony.”
Ona: „Wiem. I?”
Ja: „Łatwo się ode mnie odchodzi, łatwo przy mnie umiela. Nie jestem w stanie być nolmalny, Sun. Mam szeszy, któle mnie glyzą.”
A ona: „Glatulacje, Fenwick, nie jesteś specjalny. Ja tesz mam swoje demony.”
„Sun… Ja mam duszo tlupów wokół siebie.”
Na co ona spojrzała tak, jakby się uśmiechnęła w ślodku i mówi: „To zajebiście. Ja placuję w kostnicy, lubię zwłoki. Posa tym mam szpadel i umiem kopaś.”
A potem jeszcze: „Benjy, ja naplawdę… Ja naprawdę nie wiem, co mam s tobą zlobiś. Odszedłeś, nie wyblałeś mnie, telas tesz odchodzisz.”
Ja: „Zawsze cię wybielam. Tylko czasem źle.”
Ona: „Źle to twoje dlugie imię, mhm.”
Ja: „Technicznie to Benjamin.”
Ona: „Ty mnie doplowadzisz do wczesnej śmielsi.”
Ja: „To moszemy być złoszeni lasem. Wyjdziesz za mnie?”
Ona dosłownie zamalła, jakby ktoś odciął jej dostęp do szeczywistości, a potem: „Powtósz.”
Więc powtószyłem: „Wyjdziesz. Za. Mnie?”
Cisza. Długa. Tak długa, sze poczułem, sze mosze tszeba zacząś kopaś ten glób, tylko jednoosobowy.
W końcu: „…tak.”
No i potem jusz poszło coś na zasadzie: „Tak- tak? Natychmiastowe tak, czy takie s gwalancją zwlotu, bo moszemy poczekaś?”
Ale no, wiesz. Czekanie nie jest moją mocną stloną. Pół szycia na nią czekałem.
No to poszliśmy do stalej baby na Noktulnie. Takiej co wygląda, jakby szyła od czasów Melina, i zanim powiesz „Benjy, dlaczego?”, odpowiadam: to była jedyna osoba, któla mogła nas zarejestlowaś o tej posze, od lęki.
Spytała: „Pala chce ślub s klątwą czy bez?”
Sun: „Bez.”
Ja: „Bez.”
Babka była zawiedziona. Powiedziała: „To pierwszy ślub bes klątwy od tszech lat, nie wiem, co jest s wami nie tak, ale duszo, w gluncie szeszy gówno mnie to jednak obchodzi. To chociasz klopla klwi, tlochę bólu i mały pentagram s szacunku dla nie-Matki?” Bogini laszej nie pszyjaśni się s takimi kapłanami, wiesz.
Sun spojszała na mnie, ja wzluszyłem lamionami: „Pentagram wygląda ładnie na zdjęciach.”
Babka: „Galeony poploszę.”
Gel, jak mówię, sze wywaliłem na to wszystko, całe jebane oszczędności, jakie miałem przy sobie, to nie kololyzuję. Sun tesz dała swoje, cały mieszek. Nie pytaj, ile. W kaszdym lasie… Włoszyliśmy w ten lytuał tyle kasy, sze pewnie byłoby nas staś na dom w Dolset albo gdzieś tlochę dalej, ale szczesze? Celemonia była walta więcej nisz wszystkie galeony lasem. W takim pszypadku dlogo znaczy całkiem uczciwie. Gdyby ta stara baba była tańsza, to bym się zaczął maltwiś. Myślę, sze właśnie dzięki temu nie zapszedaliśmy duszy pielwolodnego czy coś na tej zasadzie. No i był pentagram, świeczki, złote kielichy. Piłem krew mojej sony s kielicha, ona moją, stala baba mluczała coś w staloangielskim i po łacinie, tlochę bolało, tlochę nie, ale wszystko w świetle plawa, to najwaszniejsze. Dała nam papiel do Ministelstwa, co plawda kazała podpisaś klwią, ale potem ta klew zmieniła się w atlament, by to było legalne, nie demoniczne, więc luz. No. Leszty moszesz się domyślaś, nie? - Posłałem jej uśmiech, tym razem wymowny, jednoznaczny.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)