02.12.2025, 22:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 00:41 przez Benjy Fenwick.)
Odetchnąłem płytko - nie z powodu brudu, do którego zapachu byłem przyzwyczajony tak, jak inni do cytrusowych środków czystości używanych w urzędach i biurach, ale dlatego, że jej dłoń w mojej wciąż robiła mi coś z sercem, czego nie potrafiłem nazwać. Powietrze ugryzło mnie w płuca, ale po tym wszystkim było to ugryzienie raczej ceremonialne niż dokuczliwe. Nokturn dalej cuchnął jak zawsze, ale mnie ten odór obchodził już tyle, co zeszłoroczny deszcz - a że wtedy mnie tu nie było, cóż. Mgła pachniała cholernie podejrzanie, ale Prue pachniała lepiej, więc świat mógł mi skoczyć. Trzymałem jej dłoń tak pewnie, jakbym już dawno powinien był to robić, jakby palce znały drogę do siebie bez pytania. Nie miałem pojęcia, że człowiek może czuć w płucach lekkie drżenie, którego nie powoduje zimno ani adrenalina, tylko ulga - takie ulotne, jasne drgnienie, jakby powietrze stało się jaśniejsze, chociaż ta część Londynu wyglądała jak zwykle, mrocznie i ponuro, żadna magia nie miała tego zmyć, nawet ta rytualna, naprawiająca to, co błędnie splątane. A jednak, kiedy weszliśmy na bruk, coś było inaczej - nie ona, nie ja, my - ten spójny, absolutnie idiotyczny i cudowny fakt, że splatała ze mną palce tak naturalnie, jakby robiła to od lat. Jej dłoń leżała w mojej jak dobrze wyważona różdżka, prowadziłem ją bez planu, ale z niezachwianą pewnością, że jeśli teraz ją puszczę, to tylko po to, żeby przyciągnąć ją bliżej.
Nie mówiłem nic, szedłem przed siebie, ale prawda była taka, że sam nie wiedziałem, dokąd zmierzamy - chciałem tylko znaleźć fragment prywatności po tym całym szaleństwie, po tym rytuale, który zrobił we mnie więcej przestrzeni, niż się spodziewałem. Przeszliśmy przez bramę, a jej dłoń została w mojej, jakby już dawno wiedziała, że to miejsce jest dla niej, tylko dla niej, nigdy nie miała zamiaru mnie puścić. Patrzyłem na to ukradkiem, trochę jak złodziej patrzący na coś, co właśnie ukradł, coś cholernie rzadkiego, i zastanawiał się, czy to nie sen. Wprowadziłem nas w jedno z tych klaustrofobicznych podwórek, gdzie ściany były tak blisko siebie, że można było usłyszeć własne myśli odbijające się echem, bo chciałem mieć choć sekundę prywatności w miejscu, które prywatność uważało za luksus. A potem tak po prostu zatrzymałem się z nią w tym wąskim podwórku i pocałowałem ją tak, jakbym odzyskiwał wszystkie lata, które nam uciekły. Przyciągnąłem ją do siebie w tym jednym ruchu, w którym zawarło się wszystko, co wypalało mnie przez całą noc, kawałek po kawałku, aż wreszcie puściło pod zaklęciem zaklinaczki - cała nasza przeszłość, straty, te cholernie piekące przerwy i jedno, czyste teraz, które trzymałem za brodę i całowałem, zanim ktokolwiek próbował to ode mnie odebrać. Nie planowałem tego pocałunku, po prostu już nie mogłem oddychać bez dotknięcia jej ust.
Pocałunek był wszystkim naraz. Utonąłem w nim bez zastanowienia, bez hamulców, jakby ściany wokół nas miały się zaraz zawalić, jeśli nie powiem jej w ten sposób wszystkiego, czego nie wypowiedziałem przez lata. Ten pocałunek nie miał w sobie niczego, co dałoby się ująć w prostych słowach - to było wszystko naraz - to, co zjebaliśmy po drodze, to, co odbudowaliśmy, to, co nam zostało, to, czego jeszcze nie dotknęliśmy. Czułem, jak miękną jej kolana, ucieka jej oddech, jak opiera się o mnie dokładnie tam, gdzie powinna. Ja sam też ledwo trzymałem grunt, choć udawałem, że to kwestia nierównej kostki brukowej. Szturchnęła mnie nosem, więc parsknąłem cicho, bo tylko ona potrafiła zrobić coś takiego w podwórzu cuchnącym krwią i starym winem, i sprawić, że to miejsce wyglądało jak środek świata. Jakimś cudem nawet tu, w śmierdzącym podwórku Nokturnu, potrafiła sprawić, że czułem się dobrze. Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to jest ta jedna wersja życia, w której niczego nie chcę spieprzyć, naprawdę niczego - ta jedyna. Złapałem ją mocniej i przez moment poczułem coś w rodzaju triumfu, który nie miał nic wspólnego z pychą. Jej czoło dotykało mojego, jej oddech mieszał się z moim, a ja wiedziałem, że gdyby ktoś nas w tej chwili spróbował rozdzielić, musiałby amputować mi rękę. Palce miała nadal splecione z moimi tak naturalnie, że nawet nie zauważyłem momentu, kiedy to stało się czymś nie do ruszenia, jak pieczęć, której nie da się odkleić bez zostawienia śladu.
A potem zapytała to swoje pierwsze, pełne podejrzenia „Co zrobiłeś?” - znała mnie zbyt dobrze, przymknąłem oczy, rozbawienie tylko mocniej zakotłowało się pod moimi żebrami. Nie ufałem bankowi goblinów ani na tyle, by im powierzyć swoje oszczędności, ani na tyle, by zostawić za sobą jakikolwiek ślad. To były wszystkie moje zabezpieczenia.
- Złoszyłem ofialę ekonomiczną na ołtaszu miłości. - Wywróciłem oczami, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. - Pszewaliłem na tę stalą babę plawie wszystko, co miałem. - Odpowiedziałem jej, szczerze już na wstępie, bo i tak bym nie wytrzymał udawania. Sun wyglądała na absolutnie zbledłą faktem, że wydałem prawie wszystko, ale jednocześnie walczyła z uśmiechem. To było dla mnie jak małe zwycięstwo, takie czułe, absurdalne. Nie dodawałem, że nie żałowałem ani knuta - trzeba było być idiotą, żeby uznać, że coś takiego można przeliczać na monety. Wzruszyłem ramionami - co miałem zrobić? Chciałem, żeby to było dla nas właściwe, żeby nikt nie mógł tego zakwestionować, ona oddała mi wszystko, więc ja oddałem, co mogłem.
Przymknąłem oczy. To słowo uderzyło we mnie jak ciepło z kominka, kiedy wraca się do domu po kilku dniach biegania po zimnych ulicach, jakby wszystko między nami w końcu wskoczyło w miejsce, które od dawna czekało wolne. „Mężu” - brzmiało to inaczej niż „kochanie”, inaczej niż „Benjy”. Brzmiało… Właściwie, jej śmiech rozluźnił mi barki - to było najlepsze w tym wszystkim, ta lekkość. To, że mogliśmy być idiotami razem. Pocałowałem ją znowu, wolniej, krócej, ale jakby chciał w tym jednym dotyku potwierdzić to, czego już nie dało się odwrócić. Chłonąłem to wszystko, jakbym miał w końcu prawo do tego spokoju. Moje palce zacisnęły się mocniej na jej biodrze, a usta same odnalazły jej wargi, jakby to było jedyne logiczne zakończenie rozmowy o konieczności powrotu do dziupli, bo wydaliśmy wszystko, co mieliśmy przy sobie, chyba było.
A potem rzuciła bombę - zdemolowane mieszkanie. Mrugnąłem wolno, raz, drugi, dziwny, zimny impuls przebiegł mi po kręgosłupie - to ja zamykałem tamte drzwi, to ja pieczętowałem to miejsce, to ja zostawiłem tam zaklęcia, które nie powinny puścić. Nie powinny. Ja to pieczętowałem. Ja. Znałem to miejsce, znałem jego linie zabezpieczeń, pamiętałem, jak reagowały pod moją różdżką. Sam je stawiałem. To nie powinno było pęknąć. Nie od byle czego. Przez sekundę patrzyłem na nią w ciszy, naprawdę czując ten dreszcz, który starałem się zneutralizować szybkim, spokojnym oddechem. To nie była pora na panikę ani na bicie alarmu, nie tej nocy.
- Kto… - Zacząłem, ale ugryzłem się w język, bo nie potrzebowała teraz mojego temperamentu, tylko rozwiązania.
Mieszkanie. Zdemolowane. Rodzice.
Mój kręgosłup zadrżał, tak po staremu, instynkt. Palce miałem wciąż splecione z jej, to ciepło bijące z jej skóry trzymało mnie w ryzach, chociaż pod nim kłębiło się coś ostrzejszego, coś, co podeszło mi do gardła, gdy tylko wypowiedziała te słowa o swoim mieszkaniu. To mieszkanie powinno być bezpieczne jak skarbiec, bezpieczne od wszystkiego, co mogłoby ją skrzywdzić. Coś przejechało mi po kręgosłupie zimnym, paskudnym pazurem, na krótką chwilę zmieniając powietrze wokół mnie w coś zbyt dusznego. Miała rację, nie było kiedy o tym mówić, ale fakt, że nie było kiedy, w połączeniu z tym, że ktoś w ogóle zdołał wejść do środka… Patrząc na nią, czułem, jak narasta we mnie niepokój, choć próbowałem go odepchnąć. Mieszkanie powinno być chronione, z tym rodzajem pewności, który wynikał z praktyki, nie przechwałek. A jednak zostało zdemolowane. Coś musiało pójść źle. Coś musiało się przedrzeć. Co? Kto? Czego chciał?
Przez sekundę zrobiło mi się tak zimno pod skórą, jakby ktoś przytknął mi do karku klingę z tego rytuału. Spróbowałem odsunąć ten cień z twarzy, choć pewnie i tak go zauważyła - zawsze widziała więcej niż chciałem, przyciągnąłem ją bliżej, delikatnie, prawie odruchowo, żeby nie zaczęła się martwić przez moją reakcję. Westchnąłem głęboko, przeciągle, jak człowiek, który właśnie powstrzymywał instynkt wgryzienia się w kark niewidzialnemu wrogowi. Musiałem wypuścić z siebie to napięcie, bo inaczej pchnąłbym rozmowę tam, gdzie nie powinienem.
- Dobsze. Sun, popatsz na mnie. - Już patrzyła, to było metaforyczne i potrzebne mi, bym mógł zebrać myśli. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, spokojnie, tak jakbym nie widział, jak w mojej głowie zapala się cały rząd czerwonych lampek. - Słuchaj. - Powiedziałem, zaciągając mocniej tym nabytym akcentem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy coś mnie naprawdę ruszało. Jej mieszkanie było zdemolowane, dziupla na Nokturnie nie była rozwiązaniem, a jej dom rodzinny tym bardziej nie wchodził w grę. Nigdy jej tego nie mówiłem, nie znalazłem momentu, albo raczej nie chciałem jej tym dokładać do głowy, bo i tak nosiła za dużo, ale jej ojciec nie miał być zadowolony z takiego zięcia - ba, mało powiedziane. Nigdy jej nie powiedziałem, jak naprawdę wyglądała tamta pierwsza wymiana słów sam na sam, jak blisko byłem tego, żeby wyrzucił mnie za drzwi jak zapchlonego psa. Zresztą, wystarczył sposób, w jaki na mnie patrzył, by to wiedzieć, trudno było to nawet nazwać „patrzeniem”. Raczej jakby mierzył mnie, oceniał, szacował, kiedy najlepiej będzie mnie zutylizować. Przełknąłem ten bardzo specyficzny, szczególny uśmiech, który chciał mi się wkraść na usta na myśl, jakby wyglądała reakcja Johna, gdyby zobaczył mnie przekraczającego próg sypialni jego córki po nocy poślubnej.
Nachyliłem się, usta przesunęły się niemal po jej włosach, kiedy mówiłem dalej:
- Nie będziemy kochaś się na twoim dziecięcym łóżku, ani na palszywej kanapie, to nie miejsce na noc poślubną, to miejsce na uciekanie przed długami i śmielsią, ewentualnie na dotykanie twoich dodatkowych dłoni. - W moim głosie znowu pojawiła się miękka, niska nuta, ten młody, lekko zawadiacki ton, który dawniej urywał zdania przed końcem, bo ciało miało priorytet nad słowami. - To jest nasza noc. Pielwsza taka. Jedyna taka. - Odsunąłem się lekko, żeby mogła zobaczyć mój wyraz twarzy, było w nim coś absolutnie prostego - pewność. Przesunąłem dłonią po jej policzku, kciukiem podkreślając linię, którą najchętniej już od tej chwili całowałbym do rana. - Kochanie, my właśnie wyszliśmy s lytuału, któly plawdopodobnie kosztował tyle, co dom w Dolset. Nie zamieszam zabielaś cię ani do twoich lodziców, ani do kawalelki, któla ma wielkość większej szafy. - Pochyliłem się, dotknąłem ustami jej skroni, nie chciałem wypuszczać jej dłoni. Nie chciałem, żeby cokolwiek wdarło się między nas w tę noc, byliśmy połączeni, przypieczętowani, a choć coś we mnie trzeszczało od zmartwień, nie pozwoliłem temu wyjść na powierzchnię. Nie wypuszczałem jej dłoni, ale rozejrzałem się po tej wąskiej wnęce, w której ją pocałowałem, jak po miejscu, w którym kończył się jeden świat, a zaczynał drugi. Zatrzymałem ją lekko przy sobie, jakby to podwórko było chwilową bazą wypadową przed wyborem planu.
- Dobla, Sun. Potszebujemy miejsca, któle nie tszeszczy, nie pachnie zgnilizną i nie ma w wyposaszeniu szczula w loli lokatola. - Pociągnąłem ją lekko za rękę, wychodząc z tego wąskiego podwórka z miną kogoś, kto zaraz będzie musiał powiedzieć coś absurdalnego, ale jednak całkiem logicznego.
Zawahałem się na sekundę, jakby coś we mnie chciało przełączyć się z trybu Nokturnu na coś… Czystszego. Wyszło mi to szybciej, niż powinno, bo stare nawyki nie rdzewieją, nawet jeśli człowiek cały świat udaje przed sobą, że już dawno wszystko spalił do gołej ziemi. Poprowadziłem ją kawałek dalej, palce wciąż miałem splecione z jej palcami, i już nie próbowałem ukrywać, że powoli zaczynam kalkulować, gdzie najlepiej zakończyć tę noc. Nie w brudzie Nokturnu, nie w żadnej klitce, to miało mieć klasę, choćby i połowę majątku pożarła Vane.
- Dobla. - Wziąłem głębszy oddech, odsunąłem jej włosy z policzka. Przyciągnąłem ją bliżej do mojego boku, bo lubiłem czuć, że stoi tuż przy mnie, zanim zacznę coś wyliczać jak rachunek sumienia. - Potszebujemy czegoś… Posządnego, szeby zapomnieś, sze zostawiliśmy pół domu u zaklinaczki, któla nas oskubała jak dwie pszepiękne gęsi. - Westchnąłem cicho, rozglądając się po Nokturnie, który kompletnie się do tego nie nadawał. - W glę wchodzi Savoy. To jest… No, luksus. Widoki, wielkie łószka, obsługa, któla nawet oddycha za cicho. - Uniosłem jej dłoń, muskając knykcie kciukiem. Nie chciałem tej nocy spieprzyć półśrodkami. - Albo Dolchestel. Palk Lane, pełen pszepychu, tlochę jaśniejszy, balsiej elegancki. Jak ktoś chce poczuś się jak ministel s glubą kiesą, to tam. - Zawiesiłem głos, patrząc jej w oczy, bo trzecia opcja aż sama prosiła się o wypowiedzenie. - Clalidge’s. - Kącik moich ust drgnął, prawie niewidocznie. - Savoy jest najbalsiej… Lomantyszny. Dorchester daje największą plywatność. Clalidge’s to… - Parsknąłem pod nosem - Najwyszej, gdzie mosna wejść bes skszydeł. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to musiało brzmieć - ja, cała ta mieszanina Nokturnu, zaklęć, krwi, śmiechu i świeżo upieczonej mężowskiej czułości, a mówię o Savoyu i Claridge’s jak ktoś, kto całe dzieciństwo biegał po marmurach zamiast po podwórku, los miał fantastyczne poczucie humoru. Wychowali mnie w tym złocie i porcelanie, żebym mógł ich potem wszystkich wkurwiać, że nie korzystam. W myślach prychnąłem, bo prawda była prosta - wyglądałem tak, jakby ochroniarz z Savoya miał mnie zaraz poprosić o opuszczenie budynku dla dobra gości. Cały obrazek mówił „podejrzany typ, pewnie nielegalnie oddycha”, a jednak. - Ilonia, co? - Mruknąłem, bardzo cicho, pod nosem, rozglądając się po okolicy, bardziej do siebie niż do niej, choć słyszała każde słowo. - Wyglądam, jakbym miał dostaś zakas wstępu do kaszdego lobby za sam fakt istnienia. - Podniosłem lekko brew. - A mimo to znam kaszdy z tych hoteli lepiej, nisz znają je ludzie, któszy tam telas placują, bo tak mnie wychowali, kocham to, sze los ma takie poczucie humolu. - Przechyliłem głowę z lekkim uśmiechem. Mgła przesunęła się nad brukiem jak powolna fala, dopowiedziałem jeszcze jedno, spokojniej, bo między nami było już tylko ciepło tej nocy, a nie jakiekolwiek ograniczenia świata. - Chyba sze masz inne szyszenia. - Głos miałem niższy, miękki w tej nietypowej manierze. - Nie musimy iść do szadnego s tych hoteli. Mogę się dostosowaś do czegokolwiek, czego sobie zaszyczysz, Pluey. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, powoli, to miało potwierdzić każde słowo. - Nie mam jutlo stałej placy, ósma szesnasta, co jusz ustaliliśmy, nie mam szadnych obowiąsków, nie mam nic, co by nas zatszymało. Mosemy byś gdziekolwiek chcesz. - To była pewna deklaracja.
Nie mówiłem nic, szedłem przed siebie, ale prawda była taka, że sam nie wiedziałem, dokąd zmierzamy - chciałem tylko znaleźć fragment prywatności po tym całym szaleństwie, po tym rytuale, który zrobił we mnie więcej przestrzeni, niż się spodziewałem. Przeszliśmy przez bramę, a jej dłoń została w mojej, jakby już dawno wiedziała, że to miejsce jest dla niej, tylko dla niej, nigdy nie miała zamiaru mnie puścić. Patrzyłem na to ukradkiem, trochę jak złodziej patrzący na coś, co właśnie ukradł, coś cholernie rzadkiego, i zastanawiał się, czy to nie sen. Wprowadziłem nas w jedno z tych klaustrofobicznych podwórek, gdzie ściany były tak blisko siebie, że można było usłyszeć własne myśli odbijające się echem, bo chciałem mieć choć sekundę prywatności w miejscu, które prywatność uważało za luksus. A potem tak po prostu zatrzymałem się z nią w tym wąskim podwórku i pocałowałem ją tak, jakbym odzyskiwał wszystkie lata, które nam uciekły. Przyciągnąłem ją do siebie w tym jednym ruchu, w którym zawarło się wszystko, co wypalało mnie przez całą noc, kawałek po kawałku, aż wreszcie puściło pod zaklęciem zaklinaczki - cała nasza przeszłość, straty, te cholernie piekące przerwy i jedno, czyste teraz, które trzymałem za brodę i całowałem, zanim ktokolwiek próbował to ode mnie odebrać. Nie planowałem tego pocałunku, po prostu już nie mogłem oddychać bez dotknięcia jej ust.
Pocałunek był wszystkim naraz. Utonąłem w nim bez zastanowienia, bez hamulców, jakby ściany wokół nas miały się zaraz zawalić, jeśli nie powiem jej w ten sposób wszystkiego, czego nie wypowiedziałem przez lata. Ten pocałunek nie miał w sobie niczego, co dałoby się ująć w prostych słowach - to było wszystko naraz - to, co zjebaliśmy po drodze, to, co odbudowaliśmy, to, co nam zostało, to, czego jeszcze nie dotknęliśmy. Czułem, jak miękną jej kolana, ucieka jej oddech, jak opiera się o mnie dokładnie tam, gdzie powinna. Ja sam też ledwo trzymałem grunt, choć udawałem, że to kwestia nierównej kostki brukowej. Szturchnęła mnie nosem, więc parsknąłem cicho, bo tylko ona potrafiła zrobić coś takiego w podwórzu cuchnącym krwią i starym winem, i sprawić, że to miejsce wyglądało jak środek świata. Jakimś cudem nawet tu, w śmierdzącym podwórku Nokturnu, potrafiła sprawić, że czułem się dobrze. Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to jest ta jedna wersja życia, w której niczego nie chcę spieprzyć, naprawdę niczego - ta jedyna. Złapałem ją mocniej i przez moment poczułem coś w rodzaju triumfu, który nie miał nic wspólnego z pychą. Jej czoło dotykało mojego, jej oddech mieszał się z moim, a ja wiedziałem, że gdyby ktoś nas w tej chwili spróbował rozdzielić, musiałby amputować mi rękę. Palce miała nadal splecione z moimi tak naturalnie, że nawet nie zauważyłem momentu, kiedy to stało się czymś nie do ruszenia, jak pieczęć, której nie da się odkleić bez zostawienia śladu.
A potem zapytała to swoje pierwsze, pełne podejrzenia „Co zrobiłeś?” - znała mnie zbyt dobrze, przymknąłem oczy, rozbawienie tylko mocniej zakotłowało się pod moimi żebrami. Nie ufałem bankowi goblinów ani na tyle, by im powierzyć swoje oszczędności, ani na tyle, by zostawić za sobą jakikolwiek ślad. To były wszystkie moje zabezpieczenia.
- Złoszyłem ofialę ekonomiczną na ołtaszu miłości. - Wywróciłem oczami, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. - Pszewaliłem na tę stalą babę plawie wszystko, co miałem. - Odpowiedziałem jej, szczerze już na wstępie, bo i tak bym nie wytrzymał udawania. Sun wyglądała na absolutnie zbledłą faktem, że wydałem prawie wszystko, ale jednocześnie walczyła z uśmiechem. To było dla mnie jak małe zwycięstwo, takie czułe, absurdalne. Nie dodawałem, że nie żałowałem ani knuta - trzeba było być idiotą, żeby uznać, że coś takiego można przeliczać na monety. Wzruszyłem ramionami - co miałem zrobić? Chciałem, żeby to było dla nas właściwe, żeby nikt nie mógł tego zakwestionować, ona oddała mi wszystko, więc ja oddałem, co mogłem.
Przymknąłem oczy. To słowo uderzyło we mnie jak ciepło z kominka, kiedy wraca się do domu po kilku dniach biegania po zimnych ulicach, jakby wszystko między nami w końcu wskoczyło w miejsce, które od dawna czekało wolne. „Mężu” - brzmiało to inaczej niż „kochanie”, inaczej niż „Benjy”. Brzmiało… Właściwie, jej śmiech rozluźnił mi barki - to było najlepsze w tym wszystkim, ta lekkość. To, że mogliśmy być idiotami razem. Pocałowałem ją znowu, wolniej, krócej, ale jakby chciał w tym jednym dotyku potwierdzić to, czego już nie dało się odwrócić. Chłonąłem to wszystko, jakbym miał w końcu prawo do tego spokoju. Moje palce zacisnęły się mocniej na jej biodrze, a usta same odnalazły jej wargi, jakby to było jedyne logiczne zakończenie rozmowy o konieczności powrotu do dziupli, bo wydaliśmy wszystko, co mieliśmy przy sobie, chyba było.
A potem rzuciła bombę - zdemolowane mieszkanie. Mrugnąłem wolno, raz, drugi, dziwny, zimny impuls przebiegł mi po kręgosłupie - to ja zamykałem tamte drzwi, to ja pieczętowałem to miejsce, to ja zostawiłem tam zaklęcia, które nie powinny puścić. Nie powinny. Ja to pieczętowałem. Ja. Znałem to miejsce, znałem jego linie zabezpieczeń, pamiętałem, jak reagowały pod moją różdżką. Sam je stawiałem. To nie powinno było pęknąć. Nie od byle czego. Przez sekundę patrzyłem na nią w ciszy, naprawdę czując ten dreszcz, który starałem się zneutralizować szybkim, spokojnym oddechem. To nie była pora na panikę ani na bicie alarmu, nie tej nocy.
- Kto… - Zacząłem, ale ugryzłem się w język, bo nie potrzebowała teraz mojego temperamentu, tylko rozwiązania.
Mieszkanie. Zdemolowane. Rodzice.
Mój kręgosłup zadrżał, tak po staremu, instynkt. Palce miałem wciąż splecione z jej, to ciepło bijące z jej skóry trzymało mnie w ryzach, chociaż pod nim kłębiło się coś ostrzejszego, coś, co podeszło mi do gardła, gdy tylko wypowiedziała te słowa o swoim mieszkaniu. To mieszkanie powinno być bezpieczne jak skarbiec, bezpieczne od wszystkiego, co mogłoby ją skrzywdzić. Coś przejechało mi po kręgosłupie zimnym, paskudnym pazurem, na krótką chwilę zmieniając powietrze wokół mnie w coś zbyt dusznego. Miała rację, nie było kiedy o tym mówić, ale fakt, że nie było kiedy, w połączeniu z tym, że ktoś w ogóle zdołał wejść do środka… Patrząc na nią, czułem, jak narasta we mnie niepokój, choć próbowałem go odepchnąć. Mieszkanie powinno być chronione, z tym rodzajem pewności, który wynikał z praktyki, nie przechwałek. A jednak zostało zdemolowane. Coś musiało pójść źle. Coś musiało się przedrzeć. Co? Kto? Czego chciał?
Przez sekundę zrobiło mi się tak zimno pod skórą, jakby ktoś przytknął mi do karku klingę z tego rytuału. Spróbowałem odsunąć ten cień z twarzy, choć pewnie i tak go zauważyła - zawsze widziała więcej niż chciałem, przyciągnąłem ją bliżej, delikatnie, prawie odruchowo, żeby nie zaczęła się martwić przez moją reakcję. Westchnąłem głęboko, przeciągle, jak człowiek, który właśnie powstrzymywał instynkt wgryzienia się w kark niewidzialnemu wrogowi. Musiałem wypuścić z siebie to napięcie, bo inaczej pchnąłbym rozmowę tam, gdzie nie powinienem.
- Dobsze. Sun, popatsz na mnie. - Już patrzyła, to było metaforyczne i potrzebne mi, bym mógł zebrać myśli. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, spokojnie, tak jakbym nie widział, jak w mojej głowie zapala się cały rząd czerwonych lampek. - Słuchaj. - Powiedziałem, zaciągając mocniej tym nabytym akcentem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy coś mnie naprawdę ruszało. Jej mieszkanie było zdemolowane, dziupla na Nokturnie nie była rozwiązaniem, a jej dom rodzinny tym bardziej nie wchodził w grę. Nigdy jej tego nie mówiłem, nie znalazłem momentu, albo raczej nie chciałem jej tym dokładać do głowy, bo i tak nosiła za dużo, ale jej ojciec nie miał być zadowolony z takiego zięcia - ba, mało powiedziane. Nigdy jej nie powiedziałem, jak naprawdę wyglądała tamta pierwsza wymiana słów sam na sam, jak blisko byłem tego, żeby wyrzucił mnie za drzwi jak zapchlonego psa. Zresztą, wystarczył sposób, w jaki na mnie patrzył, by to wiedzieć, trudno było to nawet nazwać „patrzeniem”. Raczej jakby mierzył mnie, oceniał, szacował, kiedy najlepiej będzie mnie zutylizować. Przełknąłem ten bardzo specyficzny, szczególny uśmiech, który chciał mi się wkraść na usta na myśl, jakby wyglądała reakcja Johna, gdyby zobaczył mnie przekraczającego próg sypialni jego córki po nocy poślubnej.
Nachyliłem się, usta przesunęły się niemal po jej włosach, kiedy mówiłem dalej:
- Nie będziemy kochaś się na twoim dziecięcym łóżku, ani na palszywej kanapie, to nie miejsce na noc poślubną, to miejsce na uciekanie przed długami i śmielsią, ewentualnie na dotykanie twoich dodatkowych dłoni. - W moim głosie znowu pojawiła się miękka, niska nuta, ten młody, lekko zawadiacki ton, który dawniej urywał zdania przed końcem, bo ciało miało priorytet nad słowami. - To jest nasza noc. Pielwsza taka. Jedyna taka. - Odsunąłem się lekko, żeby mogła zobaczyć mój wyraz twarzy, było w nim coś absolutnie prostego - pewność. Przesunąłem dłonią po jej policzku, kciukiem podkreślając linię, którą najchętniej już od tej chwili całowałbym do rana. - Kochanie, my właśnie wyszliśmy s lytuału, któly plawdopodobnie kosztował tyle, co dom w Dolset. Nie zamieszam zabielaś cię ani do twoich lodziców, ani do kawalelki, któla ma wielkość większej szafy. - Pochyliłem się, dotknąłem ustami jej skroni, nie chciałem wypuszczać jej dłoni. Nie chciałem, żeby cokolwiek wdarło się między nas w tę noc, byliśmy połączeni, przypieczętowani, a choć coś we mnie trzeszczało od zmartwień, nie pozwoliłem temu wyjść na powierzchnię. Nie wypuszczałem jej dłoni, ale rozejrzałem się po tej wąskiej wnęce, w której ją pocałowałem, jak po miejscu, w którym kończył się jeden świat, a zaczynał drugi. Zatrzymałem ją lekko przy sobie, jakby to podwórko było chwilową bazą wypadową przed wyborem planu.
- Dobla, Sun. Potszebujemy miejsca, któle nie tszeszczy, nie pachnie zgnilizną i nie ma w wyposaszeniu szczula w loli lokatola. - Pociągnąłem ją lekko za rękę, wychodząc z tego wąskiego podwórka z miną kogoś, kto zaraz będzie musiał powiedzieć coś absurdalnego, ale jednak całkiem logicznego.
Zawahałem się na sekundę, jakby coś we mnie chciało przełączyć się z trybu Nokturnu na coś… Czystszego. Wyszło mi to szybciej, niż powinno, bo stare nawyki nie rdzewieją, nawet jeśli człowiek cały świat udaje przed sobą, że już dawno wszystko spalił do gołej ziemi. Poprowadziłem ją kawałek dalej, palce wciąż miałem splecione z jej palcami, i już nie próbowałem ukrywać, że powoli zaczynam kalkulować, gdzie najlepiej zakończyć tę noc. Nie w brudzie Nokturnu, nie w żadnej klitce, to miało mieć klasę, choćby i połowę majątku pożarła Vane.
- Dobla. - Wziąłem głębszy oddech, odsunąłem jej włosy z policzka. Przyciągnąłem ją bliżej do mojego boku, bo lubiłem czuć, że stoi tuż przy mnie, zanim zacznę coś wyliczać jak rachunek sumienia. - Potszebujemy czegoś… Posządnego, szeby zapomnieś, sze zostawiliśmy pół domu u zaklinaczki, któla nas oskubała jak dwie pszepiękne gęsi. - Westchnąłem cicho, rozglądając się po Nokturnie, który kompletnie się do tego nie nadawał. - W glę wchodzi Savoy. To jest… No, luksus. Widoki, wielkie łószka, obsługa, któla nawet oddycha za cicho. - Uniosłem jej dłoń, muskając knykcie kciukiem. Nie chciałem tej nocy spieprzyć półśrodkami. - Albo Dolchestel. Palk Lane, pełen pszepychu, tlochę jaśniejszy, balsiej elegancki. Jak ktoś chce poczuś się jak ministel s glubą kiesą, to tam. - Zawiesiłem głos, patrząc jej w oczy, bo trzecia opcja aż sama prosiła się o wypowiedzenie. - Clalidge’s. - Kącik moich ust drgnął, prawie niewidocznie. - Savoy jest najbalsiej… Lomantyszny. Dorchester daje największą plywatność. Clalidge’s to… - Parsknąłem pod nosem - Najwyszej, gdzie mosna wejść bes skszydeł. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to musiało brzmieć - ja, cała ta mieszanina Nokturnu, zaklęć, krwi, śmiechu i świeżo upieczonej mężowskiej czułości, a mówię o Savoyu i Claridge’s jak ktoś, kto całe dzieciństwo biegał po marmurach zamiast po podwórku, los miał fantastyczne poczucie humoru. Wychowali mnie w tym złocie i porcelanie, żebym mógł ich potem wszystkich wkurwiać, że nie korzystam. W myślach prychnąłem, bo prawda była prosta - wyglądałem tak, jakby ochroniarz z Savoya miał mnie zaraz poprosić o opuszczenie budynku dla dobra gości. Cały obrazek mówił „podejrzany typ, pewnie nielegalnie oddycha”, a jednak. - Ilonia, co? - Mruknąłem, bardzo cicho, pod nosem, rozglądając się po okolicy, bardziej do siebie niż do niej, choć słyszała każde słowo. - Wyglądam, jakbym miał dostaś zakas wstępu do kaszdego lobby za sam fakt istnienia. - Podniosłem lekko brew. - A mimo to znam kaszdy z tych hoteli lepiej, nisz znają je ludzie, któszy tam telas placują, bo tak mnie wychowali, kocham to, sze los ma takie poczucie humolu. - Przechyliłem głowę z lekkim uśmiechem. Mgła przesunęła się nad brukiem jak powolna fala, dopowiedziałem jeszcze jedno, spokojniej, bo między nami było już tylko ciepło tej nocy, a nie jakiekolwiek ograniczenia świata. - Chyba sze masz inne szyszenia. - Głos miałem niższy, miękki w tej nietypowej manierze. - Nie musimy iść do szadnego s tych hoteli. Mogę się dostosowaś do czegokolwiek, czego sobie zaszyczysz, Pluey. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, powoli, to miało potwierdzić każde słowo. - Nie mam jutlo stałej placy, ósma szesnasta, co jusz ustaliliśmy, nie mam szadnych obowiąsków, nie mam nic, co by nas zatszymało. Mosemy byś gdziekolwiek chcesz. - To była pewna deklaracja.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)