02.12.2025, 23:18 ✶
Wino się skończyło.
Wino zostało dolane.
Wino zawierało w sobie prawdę, o tym wiedzieli już starożytni.
I był pewien drastycznym problem w wysłuchaniu porady, którą Shafiq otrzymywał w cieniu własnej kuchni. Opowieść od której się zaczęła, osobiste doświadczenia, które powinny wspomóc dalsze słowa wywołały potok myśli i zaiste bardzo nieprzyjemnych asocjacji. Czy Jonathan znał go lepiej niż on siebie? Nie do końca. Wciąż przecież nie był świadom tego, jakie miejsce zajmował przed laty w sercu Anthony’ego, ponieważ dyplomata nie był w stanie mu tego opowiedzieć nawet teraz, gdy uczucie dawno wyblakło i odeszło w zapomnienie. Znanie Anthony’ego lepiej niż on sam siebie znał przypadało z resztą w udziale Morpheusowi Longbottomowi, których więź od pierwszych chwili w ekspresie do Hogwartu stała się wyznacznikiem i skalą tej dziwnej, mistycznej wręcz bliskości. Wymiany myśli. Uczuć. Zbieżności prowadzonych żyć.
Jedna dusza.
Selwyn nie był jedną duszą z Anthonym, wciąż wiedział o nim szalenie wiele. I jeśli - czysto hipotetycznie - przyłożyć wzorzec kłótni o której opowiadał Bletchley do jego bieżącego zmartwienia…
— Cały czas utrzymuje, że właśnie to było jego celem — powiedział Anthony dolewając wina również sobie. Powiedział głucho i markotnie, bo oprócz owej ochrony Selwyn powiedział mu również kilka rzeczy na temat jego nieudolności i odklejenia od rzeczywistości. Czy rzeczywiście to o nim myślał? Gorzej… Czy rzeczywiście to była prawda? Nadgryzł wnętrze policzka by poczuć krew, by zachować spokój. By nie dać tak łatwo ustąpić gniewowi, na rzecz wszechogarniającego smutku i poczucia winy. — Powiedział mi, że jestem bezużyteczny. Powiedział, że roztoczył nade mną informacyjny klosz, abym mógł bezmyślnie dalej patrzeć się w dal, robiąc absolutnie nic, bo przecież w tym jestem najlepszy. — Było coś bardzo bolesnego w paraleli, bo przecież i Anthony zakładał, że Jonathan nie robił nic więcej, poza szumnie wygłaszanie promotorskiej też, gdy nikt za bardzo nie słyszał, z pewnością nikt kto mógłby mu zaszkodzić. Czy powinien tak złościć się na Selwyn, za to, że on tą samą miarę przyłożył do niego samego? Czy miał prawo się złościć, skoro z ich dwójki to Jonathan mimo wszystko angażował się w konflikt, w czasie gdy Anthony podróżował, pił i wyśmiewał przebierańców w maskach. — Chciałbym udowodnić mu że jest inaczej — przyznał jeszcze ciszej, spłukując gorycz prawdy, goryczą trunku. — Dlatego, gdy znalazłem Somnie i tak pozostałem na ulicy. I tak widziałem… to wszystko. To wszystko do czego doprowadziły nieudolne rządy. Krzyki. Smród palonych ciał. Chaos. — Bardzo chciał o tym opowiedzieć Jonathanowi. O lęku. O bezsilności. Ale czy nie przyznałby mu wtedy racji? Że się nie nadaje do walki?
— Sądzisz, że Voldemort wygrał? — zapytał nieoczekiwanie. — Przez to, że robiliśmy za mało, przez to, że społeczeństwo jest podzielone, a teraz, ta Zadra podzieli je jeszcze bardziej? Sądzisz, że jest jeszcze nadzieja? — Zdawał się tak mały w tym swoim pytaniu, zadanym do laufra, do kogoś kto przecież pewnie wiedział mniej od niego o mechanizmach rządzących światem. Rebelia zebrała swoje żniwo. Czy była to ostateczna bitwa? Sprawy były zbyt świeże i zbyt koszmarne w skali, aby nie dać się porwać tej przerażającej myśli. Że to koniec. Że bezpieczniej byłoby złożyć broń. Czy dał się zastraszyć? W świetle dnia, pod sklepieniem czarnych chmur, które nie chciały jeszcze ustąpić, nie zamierzał dawać po sobie tego poznać. Ale w noc taką jak ta, gdy po zamknięciu oczu czuło się w ramionach drżenie bratniej duszy torturowanej crucio, gdy wspomnienia bratobójczej walki zostały wypalone dymem i iskrami, a zapach spalenizny nie pozwalała zapomnieć. Przy nim. Przy nieznajomym siedzącym razem z nim przy winie… Pozwolił sobie zwątpić. Pozwolił sobie potwierdzić słowa Jonathana. Był słaby. Bezużyteczny. Mały.
Wino zostało dolane.
Wino zawierało w sobie prawdę, o tym wiedzieli już starożytni.
I był pewien drastycznym problem w wysłuchaniu porady, którą Shafiq otrzymywał w cieniu własnej kuchni. Opowieść od której się zaczęła, osobiste doświadczenia, które powinny wspomóc dalsze słowa wywołały potok myśli i zaiste bardzo nieprzyjemnych asocjacji. Czy Jonathan znał go lepiej niż on siebie? Nie do końca. Wciąż przecież nie był świadom tego, jakie miejsce zajmował przed laty w sercu Anthony’ego, ponieważ dyplomata nie był w stanie mu tego opowiedzieć nawet teraz, gdy uczucie dawno wyblakło i odeszło w zapomnienie. Znanie Anthony’ego lepiej niż on sam siebie znał przypadało z resztą w udziale Morpheusowi Longbottomowi, których więź od pierwszych chwili w ekspresie do Hogwartu stała się wyznacznikiem i skalą tej dziwnej, mistycznej wręcz bliskości. Wymiany myśli. Uczuć. Zbieżności prowadzonych żyć.
Jedna dusza.
Selwyn nie był jedną duszą z Anthonym, wciąż wiedział o nim szalenie wiele. I jeśli - czysto hipotetycznie - przyłożyć wzorzec kłótni o której opowiadał Bletchley do jego bieżącego zmartwienia…
— Cały czas utrzymuje, że właśnie to było jego celem — powiedział Anthony dolewając wina również sobie. Powiedział głucho i markotnie, bo oprócz owej ochrony Selwyn powiedział mu również kilka rzeczy na temat jego nieudolności i odklejenia od rzeczywistości. Czy rzeczywiście to o nim myślał? Gorzej… Czy rzeczywiście to była prawda? Nadgryzł wnętrze policzka by poczuć krew, by zachować spokój. By nie dać tak łatwo ustąpić gniewowi, na rzecz wszechogarniającego smutku i poczucia winy. — Powiedział mi, że jestem bezużyteczny. Powiedział, że roztoczył nade mną informacyjny klosz, abym mógł bezmyślnie dalej patrzeć się w dal, robiąc absolutnie nic, bo przecież w tym jestem najlepszy. — Było coś bardzo bolesnego w paraleli, bo przecież i Anthony zakładał, że Jonathan nie robił nic więcej, poza szumnie wygłaszanie promotorskiej też, gdy nikt za bardzo nie słyszał, z pewnością nikt kto mógłby mu zaszkodzić. Czy powinien tak złościć się na Selwyn, za to, że on tą samą miarę przyłożył do niego samego? Czy miał prawo się złościć, skoro z ich dwójki to Jonathan mimo wszystko angażował się w konflikt, w czasie gdy Anthony podróżował, pił i wyśmiewał przebierańców w maskach. — Chciałbym udowodnić mu że jest inaczej — przyznał jeszcze ciszej, spłukując gorycz prawdy, goryczą trunku. — Dlatego, gdy znalazłem Somnie i tak pozostałem na ulicy. I tak widziałem… to wszystko. To wszystko do czego doprowadziły nieudolne rządy. Krzyki. Smród palonych ciał. Chaos. — Bardzo chciał o tym opowiedzieć Jonathanowi. O lęku. O bezsilności. Ale czy nie przyznałby mu wtedy racji? Że się nie nadaje do walki?
— Sądzisz, że Voldemort wygrał? — zapytał nieoczekiwanie. — Przez to, że robiliśmy za mało, przez to, że społeczeństwo jest podzielone, a teraz, ta Zadra podzieli je jeszcze bardziej? Sądzisz, że jest jeszcze nadzieja? — Zdawał się tak mały w tym swoim pytaniu, zadanym do laufra, do kogoś kto przecież pewnie wiedział mniej od niego o mechanizmach rządzących światem. Rebelia zebrała swoje żniwo. Czy była to ostateczna bitwa? Sprawy były zbyt świeże i zbyt koszmarne w skali, aby nie dać się porwać tej przerażającej myśli. Że to koniec. Że bezpieczniej byłoby złożyć broń. Czy dał się zastraszyć? W świetle dnia, pod sklepieniem czarnych chmur, które nie chciały jeszcze ustąpić, nie zamierzał dawać po sobie tego poznać. Ale w noc taką jak ta, gdy po zamknięciu oczu czuło się w ramionach drżenie bratniej duszy torturowanej crucio, gdy wspomnienia bratobójczej walki zostały wypalone dymem i iskrami, a zapach spalenizny nie pozwalała zapomnieć. Przy nim. Przy nieznajomym siedzącym razem z nim przy winie… Pozwolił sobie zwątpić. Pozwolił sobie potwierdzić słowa Jonathana. Był słaby. Bezużyteczny. Mały.