26.02.2023, 20:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2023, 20:52 przez William Fletcher.)
Jeszcze w czaszach szkoły był w niej zakochany po uszy i zdecydowanie było to widać. Za nic robił sobie podśmiechujki siostry, która nazywała go pantoflem i mięczakiem. Był szczęśliwy i zadowolony, także jacykolwiek hejterzy mogli go cmoknąć.
Uwielbiał w niej to, że w sumie wszystko, co robili razem, dawało mu frajdę, nawet odrabianie zadań domowych — chociaż umówmy się, akurat tego nie robili aż tak często. Przeważnie szlajali się po szkole, psocąc i poznając kolejne zakamarki zamku. Było mu z nią zajebiście. Na tyle, że w pewnym momencie wpadł mu do głowy wybitnie głupi pomysł, który w sumie przekreślił wszystko to, co ich łączyło, przynajmniej dla niego.
Postanowił się oświadczyć.
Pomysł może nie brzmi na jakiś szalony, ale warto pamiętać, że zdecydował się to zrobić, gdy byli jeszcze gówniarzami chodzącymi do szkoły, a więc zdecydowanie zbyt szybko na tego typu kroki. No ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą, prawda? Młody Fletcher czuł, że zna ją przez całe życie i nie ma na co czekać.
Trzeba przyznać, że wywalił się wręcz koncertowo. Nawet to wszystko zaplanował, ogarnął względnie romantyczną kolacyjkę, a ona powiedziała nie. Tak, to zdecydowanie był dla niego cios. Na tyle duży, że od tamtego dnia w sumie się do niej nie odzywał. Unikał na korytarzach, ignorował wszelkie zaczepki, a gdy w końcu skończył Hogwart, postarał się wyrzucić ją z głowy już do końca. Początkowo myślał, że mu się udało, ale zobaczenie jej na okładce gazety zabolało. Bardziej niż powinno, gdy chodzi o stary związek.
Właśnie tak postanowił się upić i wstąpić do Kotła, gdzie spotkał właśnie ją. Kiedyś pomyślałby, że to znak od losu, ale teraz bliżej był do stwierdzenia, że życie postanowiło napluć mu solidnie w mordę.
Gdy wspomniała o brygadzie uderzeniowej, w pierwszej chwili nie ogarnął, o co może chodzić. Dopiero po kilku długich sekundach na jego twarzy pojawiło się coś na wzór zrozumienia. Posłał jej zdumione spojrzenie, przez chwilę nie mówiąc w sumie niczego.
— Zaraz zaraz, co? Dlaczego Ty pracujesz w ministerstwie? Przecież chciałaś latać? I byłaś w tym dobra. Pojebało Cię, czy co się odwaliło, że z tego zrezygnowałaś? — W jego głosie wyczuć można było szczerze zdumienie i może nawet nutkę troski przemieszanej z niepokojem. Chciałoby się powiedzieć, że to przez alkohol nie potrafił kontrolować emocji, ale tak naprawdę po prostu dalej ją lubił. Sympatia nie zniknęła całkowicie, chociaż sam przed sobą nigdy by się do tego nie przyznał. Zbyt długo unikał jej tematu, żeby teraz się rozkleić.
— Dodam też, że jestem miły i nie wyzywam Cię za bycie bagietą — dodał nagle, próbując się wybić z tego drażniącego poczucia zaniepokojenia. Halo, przecież dopiero co był na nią wkurwiony.
Nie skomentował też przy tym tego o trójkącie. Głównie dlatego, że jego myśli odleciały od dementorów do bardziej ludzkich istot i cóż, nie była to aż tak zła wizja. Mogła to dostrzec sama Wood, gdyż zdradziły go uszy, które nagle nieco poczerwieniały.
Zaraz jednak porzucił te wszystkie fantazje, gdy przeszli do bardziej drażliwego i delikatnego tematu. Zaręczyny i ten cholerny pierścionek, który dalej nosiła.
Po prostu stał i jej słuchał, chociaż na twarzy wciąż widniało dużo złości. Gdy w końcu skończyła, chciał się jakoś odszczeknąć, ale w sumie to nawet nie wiedział, co miałby powiedzieć. Nie chciał wyzywać jej bardziej, nie czuł się z tym aż tak komfortowo. Chociaż raz jeszcze, nie przyznałby się do tego na głos. Patrzył na nią przez chwilę, po czym smętnie westchnął i raz jeszcze usiadł przy barze. Przy okazji machnął w stronę barmana, na znak, że już się uspokaja. Nie byłaby to jego pierwsza awantura w tym barze, a nie chciał wyłapać kolejnego zakazu wejścia.
Przez kolejną minutę po prostu wpatrywał się w blat, smętnie popijać piwo z kufla. W końcu jednak coś w nim pękło i spojrzał na dziewczynę. — Przyznaję, że brzmi to słabo. I być może trochę się pośpieszyłem. I... może źle podszedłem do tematu — dokończył z kilkusekundową przerwą pomiędzy słowami. Widać było, że to ostatnie nie było łatwe do powiedzenia. — Po prostu mnie to zabolało. I było mi przykro — dodał jeszcze, chociaż teraz na nią nie patrzył. Nie chciał, nie potrafił.
— Poproszę ognistą whisky. Dwie butelki — rzucił do barmana, przy okazji zerkając na Heather. Nieme pytanie, czy zechce się dołączyć. W sumie to nie planował teraz niczego konkretnego. Nie był najlepszy w rozmowach, a tym bardziej przeprosinach. Zdawać by się mogło, że po prostu musiał się napić, a w tej chwili naprawdę nie chciał tego robić samemu.
Uwielbiał w niej to, że w sumie wszystko, co robili razem, dawało mu frajdę, nawet odrabianie zadań domowych — chociaż umówmy się, akurat tego nie robili aż tak często. Przeważnie szlajali się po szkole, psocąc i poznając kolejne zakamarki zamku. Było mu z nią zajebiście. Na tyle, że w pewnym momencie wpadł mu do głowy wybitnie głupi pomysł, który w sumie przekreślił wszystko to, co ich łączyło, przynajmniej dla niego.
Postanowił się oświadczyć.
Pomysł może nie brzmi na jakiś szalony, ale warto pamiętać, że zdecydował się to zrobić, gdy byli jeszcze gówniarzami chodzącymi do szkoły, a więc zdecydowanie zbyt szybko na tego typu kroki. No ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą, prawda? Młody Fletcher czuł, że zna ją przez całe życie i nie ma na co czekać.
Trzeba przyznać, że wywalił się wręcz koncertowo. Nawet to wszystko zaplanował, ogarnął względnie romantyczną kolacyjkę, a ona powiedziała nie. Tak, to zdecydowanie był dla niego cios. Na tyle duży, że od tamtego dnia w sumie się do niej nie odzywał. Unikał na korytarzach, ignorował wszelkie zaczepki, a gdy w końcu skończył Hogwart, postarał się wyrzucić ją z głowy już do końca. Początkowo myślał, że mu się udało, ale zobaczenie jej na okładce gazety zabolało. Bardziej niż powinno, gdy chodzi o stary związek.
Właśnie tak postanowił się upić i wstąpić do Kotła, gdzie spotkał właśnie ją. Kiedyś pomyślałby, że to znak od losu, ale teraz bliżej był do stwierdzenia, że życie postanowiło napluć mu solidnie w mordę.
Gdy wspomniała o brygadzie uderzeniowej, w pierwszej chwili nie ogarnął, o co może chodzić. Dopiero po kilku długich sekundach na jego twarzy pojawiło się coś na wzór zrozumienia. Posłał jej zdumione spojrzenie, przez chwilę nie mówiąc w sumie niczego.
— Zaraz zaraz, co? Dlaczego Ty pracujesz w ministerstwie? Przecież chciałaś latać? I byłaś w tym dobra. Pojebało Cię, czy co się odwaliło, że z tego zrezygnowałaś? — W jego głosie wyczuć można było szczerze zdumienie i może nawet nutkę troski przemieszanej z niepokojem. Chciałoby się powiedzieć, że to przez alkohol nie potrafił kontrolować emocji, ale tak naprawdę po prostu dalej ją lubił. Sympatia nie zniknęła całkowicie, chociaż sam przed sobą nigdy by się do tego nie przyznał. Zbyt długo unikał jej tematu, żeby teraz się rozkleić.
— Dodam też, że jestem miły i nie wyzywam Cię za bycie bagietą — dodał nagle, próbując się wybić z tego drażniącego poczucia zaniepokojenia. Halo, przecież dopiero co był na nią wkurwiony.
Nie skomentował też przy tym tego o trójkącie. Głównie dlatego, że jego myśli odleciały od dementorów do bardziej ludzkich istot i cóż, nie była to aż tak zła wizja. Mogła to dostrzec sama Wood, gdyż zdradziły go uszy, które nagle nieco poczerwieniały.
Zaraz jednak porzucił te wszystkie fantazje, gdy przeszli do bardziej drażliwego i delikatnego tematu. Zaręczyny i ten cholerny pierścionek, który dalej nosiła.
Po prostu stał i jej słuchał, chociaż na twarzy wciąż widniało dużo złości. Gdy w końcu skończyła, chciał się jakoś odszczeknąć, ale w sumie to nawet nie wiedział, co miałby powiedzieć. Nie chciał wyzywać jej bardziej, nie czuł się z tym aż tak komfortowo. Chociaż raz jeszcze, nie przyznałby się do tego na głos. Patrzył na nią przez chwilę, po czym smętnie westchnął i raz jeszcze usiadł przy barze. Przy okazji machnął w stronę barmana, na znak, że już się uspokaja. Nie byłaby to jego pierwsza awantura w tym barze, a nie chciał wyłapać kolejnego zakazu wejścia.
Przez kolejną minutę po prostu wpatrywał się w blat, smętnie popijać piwo z kufla. W końcu jednak coś w nim pękło i spojrzał na dziewczynę. — Przyznaję, że brzmi to słabo. I być może trochę się pośpieszyłem. I... może źle podszedłem do tematu — dokończył z kilkusekundową przerwą pomiędzy słowami. Widać było, że to ostatnie nie było łatwe do powiedzenia. — Po prostu mnie to zabolało. I było mi przykro — dodał jeszcze, chociaż teraz na nią nie patrzył. Nie chciał, nie potrafił.
— Poproszę ognistą whisky. Dwie butelki — rzucił do barmana, przy okazji zerkając na Heather. Nieme pytanie, czy zechce się dołączyć. W sumie to nie planował teraz niczego konkretnego. Nie był najlepszy w rozmowach, a tym bardziej przeprosinach. Zdawać by się mogło, że po prostu musiał się napić, a w tej chwili naprawdę nie chciał tego robić samemu.