03.12.2025, 00:13 ✶
Jego tymczasowo nie sekretarz skinął twierdząco na pierwsze pytanie. A potem z bardzo zbolałą miną na drugie.
- Byłī burdy, to nigdy nie kończy się dobrze. Pobili nawet jakiegoś sędziego! - sekretarz mimowolnie wpadł w plotkarski ton, na co nie pozwalał sobie nigdy przed Spaloną Nocą. Teraz jeszcze przemęczenie dawało się we znaki, a przez zniszczoną radiostację, zabite sowy i zamieszanie w Proroku, ludzie powrócili do ustnego przekazywania sobie informacji. - Pozostali? Nie. Nie wiem. - Przyznał rozglądając się chaotycznie po ścianach, jakby próbował na nich znaleźć odpowiedź. - Wydaje mi się że nie. Wydaje mi się, że padł rozkaz, aby iść pomagać do Munga, ale nikt nie pamiętał by ten rozkaz odwołać. Nie wiem szefie, nie wiem co tu się dzieje. - stęknął, a potem w końcu skupił się na wypisywanym „usprawiedliwieniu”. Mógł polegać na tym glejcie, Laurence dysponował wiedzą, która umożliwiała mu sprawne przemieszczanie się w biurokratycznym gąszczu. Pytanie, czy lider grupy w ogóle spojrzy na papier, by rozpoznać słusznie skrojony dokument. Pytanie, czy grupa tego mężczyzny miała jakiegokolwiek lidera.
- Eliksiry… - gwałtowny kaszel przerwał mu wypowiedź. Energicznie postukał się w pierś. - Eliksiry działają. Teoretycznie. Ale są wydzielane, ze względu na ograniczone zasoby. I… No… Gardło jest tak podrażnione, że byle katar od razu sprawia, że człowiek chce wypluć płuca. Okruszek. Pyłek… A tych jest wszędzie… - wzdrygnął się i pokasłał jeszcze moment, choć już nieco łagodniej. - Mnie już badano, dostałem przydział leku, a z zaopatrzeniem też jest kiepsko. Miałem iść po raz drugi, po coś mocniejszego, ale… kolejka skutecznie mnie zniechęca. Dickens wspominał, że samo przechodzi, w zależności od tego kto ile się nawdychał. Ja… ja nawdychałem się całkiem sporo. Ale moja narzeczona przeżyła. Przynajmniej… przynajmniej tyle mogłem zrobić. - Zwykle bardzo oszczędna w mowie i gestach persona zawodowa osobistego sekretarza sypała się w popiół na oczach zastępcy szefa Departamentu.- Ciężko mówić o współpracy. Zabrali nam ludzi, nie dostajemy od nich danych, tylko niekończące się prośby o zwiększenie dotacji. Czy to się liczy?
Laurence skończył pisać i gdy tylko jego pieczęć znalazła się obok podpisu, jego pracownik wyszedł. Pozostali kręcący się po korytarzach byli jeszcze mniej pomocni - zabiegani, rozkojarzeni, zmęczeni, zatopieni w koszmarze, z którego nie mogli się obudzić. Spalona noc nie była tylko najgorszym dniem ich pracy. Była początkiem najgorszego tygodnia. Miesiąca. Kto wie… najgorszych lat. Cattermole też zdawał się nieosiągalny, gnany od jednego spotkania szefów departamentu, do drugiego.
A burza… Burza dopiero miała się zacząć, wraz z kilkoma gorzkimi słowami, które zalśniły nap ierwszych stronach Proroka Codziennego ledwie dwa dni później.
- Byłī burdy, to nigdy nie kończy się dobrze. Pobili nawet jakiegoś sędziego! - sekretarz mimowolnie wpadł w plotkarski ton, na co nie pozwalał sobie nigdy przed Spaloną Nocą. Teraz jeszcze przemęczenie dawało się we znaki, a przez zniszczoną radiostację, zabite sowy i zamieszanie w Proroku, ludzie powrócili do ustnego przekazywania sobie informacji. - Pozostali? Nie. Nie wiem. - Przyznał rozglądając się chaotycznie po ścianach, jakby próbował na nich znaleźć odpowiedź. - Wydaje mi się że nie. Wydaje mi się, że padł rozkaz, aby iść pomagać do Munga, ale nikt nie pamiętał by ten rozkaz odwołać. Nie wiem szefie, nie wiem co tu się dzieje. - stęknął, a potem w końcu skupił się na wypisywanym „usprawiedliwieniu”. Mógł polegać na tym glejcie, Laurence dysponował wiedzą, która umożliwiała mu sprawne przemieszczanie się w biurokratycznym gąszczu. Pytanie, czy lider grupy w ogóle spojrzy na papier, by rozpoznać słusznie skrojony dokument. Pytanie, czy grupa tego mężczyzny miała jakiegokolwiek lidera.
- Eliksiry… - gwałtowny kaszel przerwał mu wypowiedź. Energicznie postukał się w pierś. - Eliksiry działają. Teoretycznie. Ale są wydzielane, ze względu na ograniczone zasoby. I… No… Gardło jest tak podrażnione, że byle katar od razu sprawia, że człowiek chce wypluć płuca. Okruszek. Pyłek… A tych jest wszędzie… - wzdrygnął się i pokasłał jeszcze moment, choć już nieco łagodniej. - Mnie już badano, dostałem przydział leku, a z zaopatrzeniem też jest kiepsko. Miałem iść po raz drugi, po coś mocniejszego, ale… kolejka skutecznie mnie zniechęca. Dickens wspominał, że samo przechodzi, w zależności od tego kto ile się nawdychał. Ja… ja nawdychałem się całkiem sporo. Ale moja narzeczona przeżyła. Przynajmniej… przynajmniej tyle mogłem zrobić. - Zwykle bardzo oszczędna w mowie i gestach persona zawodowa osobistego sekretarza sypała się w popiół na oczach zastępcy szefa Departamentu.- Ciężko mówić o współpracy. Zabrali nam ludzi, nie dostajemy od nich danych, tylko niekończące się prośby o zwiększenie dotacji. Czy to się liczy?
Laurence skończył pisać i gdy tylko jego pieczęć znalazła się obok podpisu, jego pracownik wyszedł. Pozostali kręcący się po korytarzach byli jeszcze mniej pomocni - zabiegani, rozkojarzeni, zmęczeni, zatopieni w koszmarze, z którego nie mogli się obudzić. Spalona noc nie była tylko najgorszym dniem ich pracy. Była początkiem najgorszego tygodnia. Miesiąca. Kto wie… najgorszych lat. Cattermole też zdawał się nieosiągalny, gnany od jednego spotkania szefów departamentu, do drugiego.
A burza… Burza dopiero miała się zacząć, wraz z kilkoma gorzkimi słowami, które zalśniły nap ierwszych stronach Proroka Codziennego ledwie dwa dni później.
Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki