03.12.2025, 10:10 ✶
W Walii czasem można było prawie zapomnieć, że trwa jakaś wojna.
Obóz pracował swoim rytmem, a ludzie tam zgromadzeni byli albo entuzjastami historii i archeologii, albo pracownikami zajmującymi się tą żmudną, „fizyczną” robotą (choć dzięki magii do końca fizyczna nie była). Najczęściej półkrwi, bo czystokrwista śmietanka z rzadka miała ochotę na takie warunki pracy i płacy, a z kolei mugolaki startowały, mimo wszystko, z innego poziomu – w dzieciństwie nie słuchały o czarodziejskim świecie i historiach, więc pójście w tę dziedzinę nauki przynajmniej zdaniem Cathala było dla nich trudniejsze. (Choć mógł być tu rasistą, i po prostu jego ciotka dopilnowała, by za wielu takich nie zatrudniono.) Nad walijskim niebem nie zgromadziły się chmury, z których spadał popiół. Nie dotarła tam wichura z Kniei Godryka. Nie było dziwnych szeptów i wydarzeń z Little Hangleton ani nerwowości Londynu, o wpływy nad którym walczyli śmierciożercy.
Prawie.
Prawie – bo jednak pracownicy wciąż mieli rodziny i swoje poglądy, mieli czasem mieszkania, które ucierpiały podczas tych ataków, bo wciąż sowy przynosiły im Proroka. I to przypominało Cathalowi coraz bardziej i bardziej, że przed niektórymi rzeczami ciężko uciec. Że ich ruiny walijskiej wioski nie leżą dostatecznie daleko.
I w takich chwilach Cathal słyszał w swojej głowie złowieszczy śmiech, i czuł się…
…jak w pułapce.
– Są nieudolni, skorumpowani, związani nadmierną biurokracją albo już służą drugiej stronie. Jedno z czworga przynajmniej. Czasem dwa z czterech – odparł krótko Shafiq. – Co, jeżeli nie ma się odpowiedniego eliksiru? I cydr, jak rozumiem. Chcesz poszukać tutaj czegoś jeszcze? – spytał, wciskając woreczek do kieszeni. Podał sprzedawcy monety, a potem schował swoją sakiewkę: do wewnętrznej kieszonki płaszcza, bo w Egipcie nawykł uważać na kieszonkowców, a że czasem bodźce nadmiernie go rozpraszały, bywał łatwą ofiarą.
Bez większego zainteresowania przebiegł spojrzeniem po płaszczach, ładnych, ale zdecydowanie nie w jego stylu, minął stoisko, na którym wystawiano jakieś ochronne amulety (szmelc, widział to na pierwszy rzut oka), i wreszcie zatrzymał się tam, gdzie sprzedawano cydr. Poprosił o dwa kufle i jeden z nich podsunął swojej towarzyszce.
– Mabon. Alban Elfed. Święto równowagi. Święto żniw. Trochę… ironiczne - mruknął.
W Anglii brakowało równowagi, a dużą część zbiorów pochłonął ogień.
Obóz pracował swoim rytmem, a ludzie tam zgromadzeni byli albo entuzjastami historii i archeologii, albo pracownikami zajmującymi się tą żmudną, „fizyczną” robotą (choć dzięki magii do końca fizyczna nie była). Najczęściej półkrwi, bo czystokrwista śmietanka z rzadka miała ochotę na takie warunki pracy i płacy, a z kolei mugolaki startowały, mimo wszystko, z innego poziomu – w dzieciństwie nie słuchały o czarodziejskim świecie i historiach, więc pójście w tę dziedzinę nauki przynajmniej zdaniem Cathala było dla nich trudniejsze. (Choć mógł być tu rasistą, i po prostu jego ciotka dopilnowała, by za wielu takich nie zatrudniono.) Nad walijskim niebem nie zgromadziły się chmury, z których spadał popiół. Nie dotarła tam wichura z Kniei Godryka. Nie było dziwnych szeptów i wydarzeń z Little Hangleton ani nerwowości Londynu, o wpływy nad którym walczyli śmierciożercy.
Prawie.
Prawie – bo jednak pracownicy wciąż mieli rodziny i swoje poglądy, mieli czasem mieszkania, które ucierpiały podczas tych ataków, bo wciąż sowy przynosiły im Proroka. I to przypominało Cathalowi coraz bardziej i bardziej, że przed niektórymi rzeczami ciężko uciec. Że ich ruiny walijskiej wioski nie leżą dostatecznie daleko.
I w takich chwilach Cathal słyszał w swojej głowie złowieszczy śmiech, i czuł się…
…jak w pułapce.
– Są nieudolni, skorumpowani, związani nadmierną biurokracją albo już służą drugiej stronie. Jedno z czworga przynajmniej. Czasem dwa z czterech – odparł krótko Shafiq. – Co, jeżeli nie ma się odpowiedniego eliksiru? I cydr, jak rozumiem. Chcesz poszukać tutaj czegoś jeszcze? – spytał, wciskając woreczek do kieszeni. Podał sprzedawcy monety, a potem schował swoją sakiewkę: do wewnętrznej kieszonki płaszcza, bo w Egipcie nawykł uważać na kieszonkowców, a że czasem bodźce nadmiernie go rozpraszały, bywał łatwą ofiarą.
Bez większego zainteresowania przebiegł spojrzeniem po płaszczach, ładnych, ale zdecydowanie nie w jego stylu, minął stoisko, na którym wystawiano jakieś ochronne amulety (szmelc, widział to na pierwszy rzut oka), i wreszcie zatrzymał się tam, gdzie sprzedawano cydr. Poprosił o dwa kufle i jeden z nich podsunął swojej towarzyszce.
– Mabon. Alban Elfed. Święto równowagi. Święto żniw. Trochę… ironiczne - mruknął.
W Anglii brakowało równowagi, a dużą część zbiorów pochłonął ogień.