03.12.2025, 12:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 12:15 przez Rodolphus Lestrange.)
- Owszem - nie widział sensu, żeby kłamać, chociaż kłamstwo według niektórych miał we krwi. Uważał jednak, że najlepsze kłamstwo powinno zawierać tyle prawdy, ile się dało. Głównie dlatego, że wtedy ciężko było się pomylić w zeznaniach. W idealnym rozrachunku najlepiej było mówić dużo prawdy, która przykrywała drobne acz istotne kłamstwo. Zapytany wtedy o szczegóły, nie wahałby się z odpowiedzią. Ale tu... Tutaj nie widział żadnego sensu w tym, by udawać, że jest inaczej. - Mam wtedy spokój.
Wzruszył ramionami po raz kolejny. Ludzie się go bali, uważali że jest antypatyczny, dziwny, lub tak jak Astoria - chamski, bo nie okazywał emocji w taki sposób, w jaki okazywała je większość społeczeństwa. Nikt go więc nie zaczepiał, a dzięki odpowiedniemu wychowaniu: więcej uchodziło mu na sucho. Nie pojawiał się na przyjęciu? A może odpowiadał zdawkowo lub po prostu milczał? Ludzie wtedy odpuszczali, zamiast ciągnąć go za język. A Rodolphus lubił ciszę.
Teraz jednak cisza była niemożliwa do osiągnięcia. Kolejne słowa wypływały z ust Astorii, a im więcej kobieta mówiła, tym wyżej jego brwi wędrowały do góry. Moje, moje, moje - wszystko musiało być jej. Mania kontroli, zaborczość: powoli ją klasyfikował i dobierał odpowiednie określenia, lecz było zdecydowanie za wcześnie, żeby z całą mocą potwierdzić jego przypuszczenia. Widząc zaciśnięte w pięści dłonie, on sam uniósł swoje w geście poddańczym.
- Twoja. Nie moja - ale nie potrafił ukryć rozbawienia w swoim głosie. Wycofywał się, a jednocześnie wcale nie miał na to ochoty. Uwielbiał patrzeć, jak ludzie pokazywali swoje niepasujące do wyuczonych schematów prawdziwe oblicze. I w zasadzie to nie musiał się nawet starać, by osiągnąć cel. Mógł być po prostu sobą, a Astoria po kolei obnażała się przed nim, nieświadoma tego, jak wiele mu zdradza swoim zachowaniem. - Próbuję być uprzejmy.
Zauważył, opuszczając powoli ręce. Był chamem - źle. Był uprzejmy - również źle. Znowu pokazywała mu, że kompletnie nie wie, czego chce od tej relacji. A może w ogóle nie chciała relacji? Ale jeżeli tak, to dlaczego godziła się na spotkanie? Milczał, patrząc na to, jak się cofa, jak kaszle. Jak znowu zmienia zdanie. Kobiety... Były większą zagadką, niż mężczyźni. Już dawno dowiódł tego, że ich mózgi znacząco się od siebie różnią. Być może dlatego był w stosunku do nich niezwykle wyrozumiały. Nie pobłażliwy, a wyrozumiały. Nie zniżyłby się bycia pobłażliwym.
- 19 pasuje. Odprowadzę cię - powiedział w końcu, zbliżając się niebezpiecznie blisko Astorii. Tylko po to, by nachylić się nad nią z uśmiechem, ale dłoń, która się uniosła, nacisnęła tylko guzik windy. - Nic na to nie poradzę. Możesz wysłać sowę z pretensjami do mojej matki, że chciała dobrze, ale wychowała mnie na kogoś, kto cię drażni braniem odpowiedzialności za swoje czyny.
Winda skrzypnęła, gdy zdecydowała się w końcu zjechać na dół i otworzyć zakratkowane drzwiczki.
- Nie traktuję cię jak porcelany, którą można uszkodzić przy jednym dotyku - dodał jeszcze, nieco urażony tym porównaniem. Owszem, było ładne, ale cholernie przedmiotowe. - Czemu w ogóle porównujesz się do naczyń?
Poetyckość i metafory... Nie był w tym mistrzem. Być może gdyby rozmawiała z poetą, artystą lub kimś, kto miał wrażliwość większą niż ziarenko ryżu, to ten załapałby w lot metaforę, ale że Lestrange był pragmatyczny... Często wychodziły w rozmowach takie potworki.
Wzruszył ramionami po raz kolejny. Ludzie się go bali, uważali że jest antypatyczny, dziwny, lub tak jak Astoria - chamski, bo nie okazywał emocji w taki sposób, w jaki okazywała je większość społeczeństwa. Nikt go więc nie zaczepiał, a dzięki odpowiedniemu wychowaniu: więcej uchodziło mu na sucho. Nie pojawiał się na przyjęciu? A może odpowiadał zdawkowo lub po prostu milczał? Ludzie wtedy odpuszczali, zamiast ciągnąć go za język. A Rodolphus lubił ciszę.
Teraz jednak cisza była niemożliwa do osiągnięcia. Kolejne słowa wypływały z ust Astorii, a im więcej kobieta mówiła, tym wyżej jego brwi wędrowały do góry. Moje, moje, moje - wszystko musiało być jej. Mania kontroli, zaborczość: powoli ją klasyfikował i dobierał odpowiednie określenia, lecz było zdecydowanie za wcześnie, żeby z całą mocą potwierdzić jego przypuszczenia. Widząc zaciśnięte w pięści dłonie, on sam uniósł swoje w geście poddańczym.
- Twoja. Nie moja - ale nie potrafił ukryć rozbawienia w swoim głosie. Wycofywał się, a jednocześnie wcale nie miał na to ochoty. Uwielbiał patrzeć, jak ludzie pokazywali swoje niepasujące do wyuczonych schematów prawdziwe oblicze. I w zasadzie to nie musiał się nawet starać, by osiągnąć cel. Mógł być po prostu sobą, a Astoria po kolei obnażała się przed nim, nieświadoma tego, jak wiele mu zdradza swoim zachowaniem. - Próbuję być uprzejmy.
Zauważył, opuszczając powoli ręce. Był chamem - źle. Był uprzejmy - również źle. Znowu pokazywała mu, że kompletnie nie wie, czego chce od tej relacji. A może w ogóle nie chciała relacji? Ale jeżeli tak, to dlaczego godziła się na spotkanie? Milczał, patrząc na to, jak się cofa, jak kaszle. Jak znowu zmienia zdanie. Kobiety... Były większą zagadką, niż mężczyźni. Już dawno dowiódł tego, że ich mózgi znacząco się od siebie różnią. Być może dlatego był w stosunku do nich niezwykle wyrozumiały. Nie pobłażliwy, a wyrozumiały. Nie zniżyłby się bycia pobłażliwym.
- 19 pasuje. Odprowadzę cię - powiedział w końcu, zbliżając się niebezpiecznie blisko Astorii. Tylko po to, by nachylić się nad nią z uśmiechem, ale dłoń, która się uniosła, nacisnęła tylko guzik windy. - Nic na to nie poradzę. Możesz wysłać sowę z pretensjami do mojej matki, że chciała dobrze, ale wychowała mnie na kogoś, kto cię drażni braniem odpowiedzialności za swoje czyny.
Winda skrzypnęła, gdy zdecydowała się w końcu zjechać na dół i otworzyć zakratkowane drzwiczki.
- Nie traktuję cię jak porcelany, którą można uszkodzić przy jednym dotyku - dodał jeszcze, nieco urażony tym porównaniem. Owszem, było ładne, ale cholernie przedmiotowe. - Czemu w ogóle porównujesz się do naczyń?
Poetyckość i metafory... Nie był w tym mistrzem. Być może gdyby rozmawiała z poetą, artystą lub kimś, kto miał wrażliwość większą niż ziarenko ryżu, to ten załapałby w lot metaforę, ale że Lestrange był pragmatyczny... Często wychodziły w rozmowach takie potworki.