03.12.2025, 15:20 ✶
Miles nie spodziewała się, że jej gadka przyniesie jakikolwiek skutek. Tak po prawdzie była bardzo zdziwiona, ale gdy spojrzała na swoich chłopaków jej twarz pokraśniała od uśmiechu. Szczerego. Szczęśliwego.
Nieświadomego.
Zaraz po zakończonej wizycie spisała od odwiedzonych ludzi dane innych rodzin, które potrzebowały pomocy. A potem kolejne. Kolejne. Kolejne. Dni zlewały się w jedną i podobną monotonię zdarzeń, a notatki piętrzyły się.
Była ich tylko trójka, tylko Liszek był lekarzem. Zaczynało im brakować wszystkiego, a nocną szafkę w Księżycowym stawie zajęły notatki bazgrane gdzie popadnie, które wołały o pomstę do niebios.
Uśmiech Miles nie zniknął. Dalej tam był, wdzięczny obu mężczyznom, że podążają za nią w tym szalonym planie zbawienia całego świata. Ale był nieco bledszy. Zmęczony.
– Kurwa, na zebraniu musimy powiedzieć, że potrzebujemy więcej ludzi. I jakiegoś… jebanego dyspozytora, choć szczerze mówiąc nie wiem kto by się do tego nadawał. - Opadła na złączone ze sobą łóżka, które pełniły od tygodni funkcję ich gniazda. Zdarzało im się pić, grać w karty, zdarzało im się paść w zmiętolone koce i usnąć w chwili gdy głowa dotknęła poduszki. Moody popatrzyła na krzywy strop już nie dwu, a trzyosobowego pokoju. – Nie ogarniam tego kurwa, za dużo jest tych zgłoszeń, najbardziej mnie wkurwia, jak skaczemy przez całe miasto, a potem się okazuje, że kolejna rodzina była sąsiadami tej pierwszej i trzeba wracać a niemagiczny Londyn jednak ogranicza teleportacje a jest taki kurwa wielki. Nienawidzę tego miasta. - ostatnie zdanie już wywrzeszczane zostało w poduszkę, którą narzuciła sobie na głowę wrzeszcząc w nią z bezsilności. Że robiła scenę? Dzisiaj miała ochotę się zwyczajnie najebać i nie myśleć o tym, że robi za siostrę miłosierdzia. Nie była jednak pewna czy ich nadworny lekarz nie będzie na to krzywo patrzeć. A też… najebany człowiek robił głupie rzeczy. Może trochę się bała, że jej ręce nocą zawędrowałyby gdzieś za daleko i zachwiały ten bardzo dla niej przecież wygodny układ w którym - w jej przynajmniej odczuciu - nikt nie był na doczepkę. Jak stolik. Najmniej się chwiał gdy miał trzy nogi. Czy nie tak słyszała od starego dziadka, którego odwiedzali dzisiaj? Godzina zmarnowana na szukanie sztucznej szczęki. Nienawidziła dzisiejszego dnia.
Krzyknęła w poduszkę na tę okoliczność po raz drugi.
Bo przeskok czasowy
!Strach przed imieniem
Nieświadomego.
Zaraz po zakończonej wizycie spisała od odwiedzonych ludzi dane innych rodzin, które potrzebowały pomocy. A potem kolejne. Kolejne. Kolejne. Dni zlewały się w jedną i podobną monotonię zdarzeń, a notatki piętrzyły się.
Była ich tylko trójka, tylko Liszek był lekarzem. Zaczynało im brakować wszystkiego, a nocną szafkę w Księżycowym stawie zajęły notatki bazgrane gdzie popadnie, które wołały o pomstę do niebios.
Uśmiech Miles nie zniknął. Dalej tam był, wdzięczny obu mężczyznom, że podążają za nią w tym szalonym planie zbawienia całego świata. Ale był nieco bledszy. Zmęczony.
– Kurwa, na zebraniu musimy powiedzieć, że potrzebujemy więcej ludzi. I jakiegoś… jebanego dyspozytora, choć szczerze mówiąc nie wiem kto by się do tego nadawał. - Opadła na złączone ze sobą łóżka, które pełniły od tygodni funkcję ich gniazda. Zdarzało im się pić, grać w karty, zdarzało im się paść w zmiętolone koce i usnąć w chwili gdy głowa dotknęła poduszki. Moody popatrzyła na krzywy strop już nie dwu, a trzyosobowego pokoju. – Nie ogarniam tego kurwa, za dużo jest tych zgłoszeń, najbardziej mnie wkurwia, jak skaczemy przez całe miasto, a potem się okazuje, że kolejna rodzina była sąsiadami tej pierwszej i trzeba wracać a niemagiczny Londyn jednak ogranicza teleportacje a jest taki kurwa wielki. Nienawidzę tego miasta. - ostatnie zdanie już wywrzeszczane zostało w poduszkę, którą narzuciła sobie na głowę wrzeszcząc w nią z bezsilności. Że robiła scenę? Dzisiaj miała ochotę się zwyczajnie najebać i nie myśleć o tym, że robi za siostrę miłosierdzia. Nie była jednak pewna czy ich nadworny lekarz nie będzie na to krzywo patrzeć. A też… najebany człowiek robił głupie rzeczy. Może trochę się bała, że jej ręce nocą zawędrowałyby gdzieś za daleko i zachwiały ten bardzo dla niej przecież wygodny układ w którym - w jej przynajmniej odczuciu - nikt nie był na doczepkę. Jak stolik. Najmniej się chwiał gdy miał trzy nogi. Czy nie tak słyszała od starego dziadka, którego odwiedzali dzisiaj? Godzina zmarnowana na szukanie sztucznej szczęki. Nienawidziła dzisiejszego dnia.
Krzyknęła w poduszkę na tę okoliczność po raz drugi.
Bo przeskok czasowy
!Strach przed imieniem