03.12.2025, 15:26 ✶
Ciężar dłoni na barkach Olivki i prośba o zwolnienie uciszyły Miles na moment, a spojrzenia skrzyżowały się. Iskry. Szaleństwo. Pożar już nie rzeczywisty a ten trawiący myśli. Voldemort wypowiedział wojnę wielu, wielu ludziom tamtej nocy. Czy to dobrze? Czy źle? To się miało dopiero okazać.
- Chodzi mi o Ciebie i Twoich bliskich. Nie tylko rodziców. Jak masz ciotki, wujków… - tego swojego chłopa o którym wspominałaś, a którego imienia nie mogę sobie przypomnieć dokończyła w myślach, bardzo mając nadzieję, że zapamięta to imię po dzisiejszym spotkaniu. Niestety nigdy nie była dobra w zapamiętywanie imion. Nie była z tego dumna, szczególnie jeśli potem na ulicy ktośtam mówił o sprawie, którą rozwiązywała dzień wcześniej, a ona ledwie kojarzyła twarz. Skądś.
Kiedy Olivia zapytała o zielsko, Moody przerzucając peta z jednego kącika ust do drugiego, z wiadomą sobie wprawą, wolnymi dłońmi uchyliła rąbek całkiem czystej kraciastej ściereczki pokazując dobra, które przywlokła ze sobą z Księżycowego Stawu i chwaląc się tym samym absolutnym brakiem wiedzy o tworzeniu eliksirów ale też o naturze jako tako. Wspomniane zioła były ingrediencjami do eliksirów i maści, leczniczych, wzmaczniających i przeciwkaszlowych. Część ususzona i odpowiednio spreparowana, część dopiero co rżnięta z zagonka.
- Dla Ciebie. Dla Twoich bliskich. - Odłożyła kosz i skupiła się na fajce, na ich małym rytuale od którego zaczęła się tak na prawdę ich nowa-stara znajomość. A potem sposępniała mocno na opowieść Olivii, czując jej ciężar aż nadto. No tak. Ten jej typek, Tristan, był na celowniku. Był mugolakiem. Westchnęła, rozpoznając pobrzmiewający gniew w słowach przyjaciółki, ale żadna czerwona lampka nie zalśniła jej w głowie, sama przecież i z większą agresją wypowiadała się na temat tych skurwiałych dziadów.
Dopiero jak padły kluczowe słowa, o nienawiści do siebie, momentalnie rzuciła peta i otuliła Olivię swoimi ramionami przyciskając ją do własnego patykowatego ciała. Powinna ważyć kilkanaście funtów więcej, aby ten uścisk był zauważalny, ale władowała w niego tyle ciepła ile tylko mogła.
- To nie jest Twoja wina, tylko tych pokurczów w maskach. Tristan przeżył. Tak jak Twoi rodzice. Znajdziemy sposób by ich w końcu wdeptać w ziemię, obiecuję Ci. Walka się nie skończyła Liv, ona się zaczęła, ale Twój świat cały czas jest i skitramy go tak, że nawet Matka ich nie znajdzie. - Mówiłą spokojnie, wierząc w to całą sobą. Dopiero po chwili dotarły do niej dalsze słowa roztrzęsionej rzemieślniczej. „To co planuję…”.
Moody odczekała chwilę.
- Więc… co planujesz? - zapytała nieco napięta, nienawykła do tego, żeby być tą rozsądniejszą stroną rozmowy, a wiele znaków na niebie i ziemi wskazywało, że taka właśnie sytuacja miała miejsce.
- Chodzi mi o Ciebie i Twoich bliskich. Nie tylko rodziców. Jak masz ciotki, wujków… - tego swojego chłopa o którym wspominałaś, a którego imienia nie mogę sobie przypomnieć dokończyła w myślach, bardzo mając nadzieję, że zapamięta to imię po dzisiejszym spotkaniu. Niestety nigdy nie była dobra w zapamiętywanie imion. Nie była z tego dumna, szczególnie jeśli potem na ulicy ktośtam mówił o sprawie, którą rozwiązywała dzień wcześniej, a ona ledwie kojarzyła twarz. Skądś.
Kiedy Olivia zapytała o zielsko, Moody przerzucając peta z jednego kącika ust do drugiego, z wiadomą sobie wprawą, wolnymi dłońmi uchyliła rąbek całkiem czystej kraciastej ściereczki pokazując dobra, które przywlokła ze sobą z Księżycowego Stawu i chwaląc się tym samym absolutnym brakiem wiedzy o tworzeniu eliksirów ale też o naturze jako tako. Wspomniane zioła były ingrediencjami do eliksirów i maści, leczniczych, wzmaczniających i przeciwkaszlowych. Część ususzona i odpowiednio spreparowana, część dopiero co rżnięta z zagonka.
- Dla Ciebie. Dla Twoich bliskich. - Odłożyła kosz i skupiła się na fajce, na ich małym rytuale od którego zaczęła się tak na prawdę ich nowa-stara znajomość. A potem sposępniała mocno na opowieść Olivii, czując jej ciężar aż nadto. No tak. Ten jej typek, Tristan, był na celowniku. Był mugolakiem. Westchnęła, rozpoznając pobrzmiewający gniew w słowach przyjaciółki, ale żadna czerwona lampka nie zalśniła jej w głowie, sama przecież i z większą agresją wypowiadała się na temat tych skurwiałych dziadów.
Dopiero jak padły kluczowe słowa, o nienawiści do siebie, momentalnie rzuciła peta i otuliła Olivię swoimi ramionami przyciskając ją do własnego patykowatego ciała. Powinna ważyć kilkanaście funtów więcej, aby ten uścisk był zauważalny, ale władowała w niego tyle ciepła ile tylko mogła.
- To nie jest Twoja wina, tylko tych pokurczów w maskach. Tristan przeżył. Tak jak Twoi rodzice. Znajdziemy sposób by ich w końcu wdeptać w ziemię, obiecuję Ci. Walka się nie skończyła Liv, ona się zaczęła, ale Twój świat cały czas jest i skitramy go tak, że nawet Matka ich nie znajdzie. - Mówiłą spokojnie, wierząc w to całą sobą. Dopiero po chwili dotarły do niej dalsze słowa roztrzęsionej rzemieślniczej. „To co planuję…”.
Moody odczekała chwilę.
- Więc… co planujesz? - zapytała nieco napięta, nienawykła do tego, żeby być tą rozsądniejszą stroną rozmowy, a wiele znaków na niebie i ziemi wskazywało, że taka właśnie sytuacja miała miejsce.