03.12.2025, 15:36 ✶
- T… tak. No w jednym. Podziobanym, ale jednym. - dobrze było chociaż na moment usiąść. Trochę bała się, że jak klapnie to już nie wstanie. Adrenalina jednak dalej toczyła się w jej żyłach. - Dalej napierdala żarty z oczami, więc się nie przytępił w żaden sposób. Był nienormalny już wcześniej, pewnie nienormalnym pozostanie. - Zachichotała nieco, lekko niekontrolowanie. Słychać było w tym dziwacznym dźwięku pewien rodzaj ulgi, charakterystyczny dla ludzi, którzy próbują żartować z tragedii, która otarła się o nich.
Potem słuchała opowieści jak się okazywało uzdrowicielki. Musiało być przejebane w tym Mungu. Musiało być…
- Uh, nie chciałaś tam zostać, skoro było bezpiecznie? Jak tam w ogóle było? Ja podczas spalonej działałam w terenie. Pokątna. Aleja Horyzontalna. Tak w kółko. - w sumie zapytana nie była w stanie do końca odtworzyć swojej trasy. Zaczęło się pod Loftem, kamienica, zabranie kilku rzeczy i… w drogę. W drogę bez końca. Chociaż teraz mógł być koniec?
- Wiesz co… wiesz co… - W sumie to miała nazwiska. Miała Bardzo Dużo Nazwisk spisanych od ludzi, których mieli poukrywanych w dziuplach. Mugolaków, półkrwistych rzemieślników, którzy nie zgodzili się usługiwać rebelii, potem w sumie już ludzi zgarnianych z ulicy. Pogrzebała po kieszeni i wyciągnęła zmięte kartki pełne jej chaotycznego pisma, którego niejeden doktor by się nie powstydził. - Takie o? To… to nie do końca moi krewni, ale tych ludzi będziemy musieli znaleźć. - Ta liczba mnoga może była nie na miejscu, ale Miles złapana zawsze wycierała sobie twarz brygadą. Brygadziści musieli znaleźć zaginionych. Oczywista sprawa.
- Tylko tego nie mów Norze, ze ma burdel bo wiesz… Pogoni Cię wałkiem… - parsknęła, żartując w tym samym histerycznym stylu co wcześniej. - A te żołędne dupki to wiesz… Może obciągnęli jakiemuś bóstwu w tym Limbo, nie wiem… - zasępiła się. Po wizji Morpheusa, jej mentora wróżbiarstwa i ćpania, poważnego pana Niewymownego, który to osobiście skontaktował się z boginią Matką (chyba) podczas poprzedniego sabatu, Miles zaczęła dopuszczać do siebie myśl, że są pionkami na planszy o wiele większych graczy niż Dumbledore czy ten p…p… ten tam no. Sami Wiecie Kto.
- Uch dzięki… - rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku kobiety, która najwidoczniej chciała się nią zaopiekować wtedy, gdy to przecież Moody miała się zaopiekować nią! Zaczęła trzeć sadze.
Było jeszcze gorzej.
Potem słuchała opowieści jak się okazywało uzdrowicielki. Musiało być przejebane w tym Mungu. Musiało być…
- Uh, nie chciałaś tam zostać, skoro było bezpiecznie? Jak tam w ogóle było? Ja podczas spalonej działałam w terenie. Pokątna. Aleja Horyzontalna. Tak w kółko. - w sumie zapytana nie była w stanie do końca odtworzyć swojej trasy. Zaczęło się pod Loftem, kamienica, zabranie kilku rzeczy i… w drogę. W drogę bez końca. Chociaż teraz mógł być koniec?
- Wiesz co… wiesz co… - W sumie to miała nazwiska. Miała Bardzo Dużo Nazwisk spisanych od ludzi, których mieli poukrywanych w dziuplach. Mugolaków, półkrwistych rzemieślników, którzy nie zgodzili się usługiwać rebelii, potem w sumie już ludzi zgarnianych z ulicy. Pogrzebała po kieszeni i wyciągnęła zmięte kartki pełne jej chaotycznego pisma, którego niejeden doktor by się nie powstydził. - Takie o? To… to nie do końca moi krewni, ale tych ludzi będziemy musieli znaleźć. - Ta liczba mnoga może była nie na miejscu, ale Miles złapana zawsze wycierała sobie twarz brygadą. Brygadziści musieli znaleźć zaginionych. Oczywista sprawa.
- Tylko tego nie mów Norze, ze ma burdel bo wiesz… Pogoni Cię wałkiem… - parsknęła, żartując w tym samym histerycznym stylu co wcześniej. - A te żołędne dupki to wiesz… Może obciągnęli jakiemuś bóstwu w tym Limbo, nie wiem… - zasępiła się. Po wizji Morpheusa, jej mentora wróżbiarstwa i ćpania, poważnego pana Niewymownego, który to osobiście skontaktował się z boginią Matką (chyba) podczas poprzedniego sabatu, Miles zaczęła dopuszczać do siebie myśl, że są pionkami na planszy o wiele większych graczy niż Dumbledore czy ten p…p… ten tam no. Sami Wiecie Kto.
- Uch dzięki… - rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku kobiety, która najwidoczniej chciała się nią zaopiekować wtedy, gdy to przecież Moody miała się zaopiekować nią! Zaczęła trzeć sadze.
Było jeszcze gorzej.