03.12.2025, 15:39 ✶
Kobiecy głos, okazał się należeć do kogoś, kogo powinna znać, ale potrzebowała momentu, aby połączyć twarz, okoliczności i w ogóle wszystko ze sobą w jedno.
- Donna? - Imiona nigdy nie były jej mocną stroną, Czasem zasłaniała się formalnym tonem, czasem zasłaniała się rozkosznie słodkimi przezwiskami, które nie niosły za sobą więcej treści niż „kurwa no nie pamiętam, a nie powiem EJ TY!”.
Nim zdążyła pomyśleć bardziej, ręce ruszyły do pracy.
- Dobrze. Mów co mam robić. - Jej głos był inny niż dzień wcześniej, mniej odklejony od rzeczywistości. Milles mogła narzekać pół życia, że pracuje w bumie i nie została aurorem (albo, w cichości serduszka, malarką), ale jednak rutyna pracy, którą wykonywała od ponad 10 lat wzięła górę. Nawet w jej pozycji było coś „na baczność” choć owe na baczność czyniła osoba, która miała te kilka stawów najprawdopodobniej za dużo i na codzień kojarzyła się ludziom z piorunem, a nie… bacznością.
- Wyjdzie z tego? - wprowadzanie w śpiączkę brzmiało poważnie. Mgliście Moody łączyła kropki, że tak się człowieka wyłączało, żeby organizm mógł skupić się na regeneracji. Jak to się robiło, to była dla niej czarna magia. No nie… nie czarna. Biała oczywiście. Dalej niezrozumiała i zagmatwana. Ale Donna (czy jak jej tam było) zdawała się wiedzieć co robi, więc nie zamierzała jej tu kwękać że szuka Liszka. Pokwęka, gdy zadanie zostanie wykonane.
- Donna? - Imiona nigdy nie były jej mocną stroną, Czasem zasłaniała się formalnym tonem, czasem zasłaniała się rozkosznie słodkimi przezwiskami, które nie niosły za sobą więcej treści niż „kurwa no nie pamiętam, a nie powiem EJ TY!”.
Nim zdążyła pomyśleć bardziej, ręce ruszyły do pracy.
- Dobrze. Mów co mam robić. - Jej głos był inny niż dzień wcześniej, mniej odklejony od rzeczywistości. Milles mogła narzekać pół życia, że pracuje w bumie i nie została aurorem (albo, w cichości serduszka, malarką), ale jednak rutyna pracy, którą wykonywała od ponad 10 lat wzięła górę. Nawet w jej pozycji było coś „na baczność” choć owe na baczność czyniła osoba, która miała te kilka stawów najprawdopodobniej za dużo i na codzień kojarzyła się ludziom z piorunem, a nie… bacznością.
- Wyjdzie z tego? - wprowadzanie w śpiączkę brzmiało poważnie. Mgliście Moody łączyła kropki, że tak się człowieka wyłączało, żeby organizm mógł skupić się na regeneracji. Jak to się robiło, to była dla niej czarna magia. No nie… nie czarna. Biała oczywiście. Dalej niezrozumiała i zagmatwana. Ale Donna (czy jak jej tam było) zdawała się wiedzieć co robi, więc nie zamierzała jej tu kwękać że szuka Liszka. Pokwęka, gdy zadanie zostanie wykonane.