03.12.2025, 18:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 18:26 przez Anthony Shafiq.)
Razem ze swoją towarzyszką ma sprawdzaną tożsamość na wejściu, a potem rozkoszuje się atmosferą rezydencji.
Anthony J. Shafiq nie lubił przyjęć.
Zawsze jednak miał słabość do bali maskowych i rzadko kiedy je opuszczał, bez względu na to, czy były to wielkie fety, czy kameralne przyjęcia dla ściśle wyselekcjonowanej śmietanki towarzyskiej, więc to spotkanie miało szansę stać się jego ulubionym przyjęciem sezonu. Atutem był również fakt, że nie wymagało od niego pokazywania twarzy. Nie trzeba było słać miłych uśmiechów. Nic nie trzeba było… Choć nie, trochę obowiązków pozostało, zwłaszcza, że panna Burke zdecydowała się przyjąć jego zaproszenie.
Maska którą nosił, była już dość wiekowa, nosił ją jednak jako ambasador w Paryżu, nie zaś tutaj, pośród angielskiej society, nie było to więc wielkim faux paux, że ukrył pod nią swoje lico. Bogato inkrustowana, mieniąca się srebrzyście, zdobna w perły i diamenty warta była więcej niż niejedna kreacja tegoż przyjęcia. Blask odbijał się od stalowych tęczówek obserwujących otoczenie oczu, przesłoniętych ażurowymi gwiazdami. Orientalne zębiska z masy perłowej nie odznaczały się przy tym nadto, ale były detalem, który potrafił ściągnąć wzrok. Ozdoba nie pozwalała mu jeść czy pić, ale mówił swobodnie. Włosy zostały na okoliczność wieczoru odmienione - przycięte, pociemnione, adekwatnie ułożone wobec mody nieco młodszych magów. Jego elegancka szata zachwycała najczerniejszą z czerni, niemalże pochłaniającą światło, stanowiąc wraz z oprawą twarzy ciemną kanwę dla księżycowego bożka.
Eliksir na wejściu przyjął z dozą tłumionej nieufności, przesłaniającej z kolei paranoję właściwą bezsennemu, znerwicowanemu politykowi. Jego twarz na moment tylko uśmiechnęła się przepraszająco, gdy odstawił fiolkę, aby nie musieć nosić już maski uszytej z jego mięśni i skóry na rzecz tej wykonanej dłońmi francuskiego mistrza magicznego jubilerstwa.
- Prezentujesz się olśniewająco moja droga, mam nadzieję, że uda mi się zapewnić Tobie udany wieczór - powiedział, gdy weszli już do środka w pełnej krasie swoich strojów, nachylając się przy tym do panny Burke, aby nie musiała zbytnio nadstawiać ucha do jego płomiennych zapewnień. Chwilę potem ujął jej dłoń i przyłożył do srebrzystej tarczy w geście szarmanckiego pocałunku. - Zapowiada się intrygujący wieczór. Widziałaś może ogrody tej rezydencji? Dotarły do mnie słuchy, że zakwitły tam czarne róże. Moglibyśmy się przejść je zobaczyć, gdy formalnie zostanie rozpoczęty bal. Ponoć są unikatowe, a ich czar niesie ze sobą pewną… grozę nieoznaczoności. - roztaczał opowieści, zgodnie z rolą, w którą wszedł tego wieczoru: księżyca, w którego świetle wszystko nabiera nieco innych kształtów, wykrzywionych cieniami tańczących drzew.
Anthony J. Shafiq nie lubił przyjęć.
Zawsze jednak miał słabość do bali maskowych i rzadko kiedy je opuszczał, bez względu na to, czy były to wielkie fety, czy kameralne przyjęcia dla ściśle wyselekcjonowanej śmietanki towarzyskiej, więc to spotkanie miało szansę stać się jego ulubionym przyjęciem sezonu. Atutem był również fakt, że nie wymagało od niego pokazywania twarzy. Nie trzeba było słać miłych uśmiechów. Nic nie trzeba było… Choć nie, trochę obowiązków pozostało, zwłaszcza, że panna Burke zdecydowała się przyjąć jego zaproszenie.
Maska którą nosił, była już dość wiekowa, nosił ją jednak jako ambasador w Paryżu, nie zaś tutaj, pośród angielskiej society, nie było to więc wielkim faux paux, że ukrył pod nią swoje lico. Bogato inkrustowana, mieniąca się srebrzyście, zdobna w perły i diamenty warta była więcej niż niejedna kreacja tegoż przyjęcia. Blask odbijał się od stalowych tęczówek obserwujących otoczenie oczu, przesłoniętych ażurowymi gwiazdami. Orientalne zębiska z masy perłowej nie odznaczały się przy tym nadto, ale były detalem, który potrafił ściągnąć wzrok. Ozdoba nie pozwalała mu jeść czy pić, ale mówił swobodnie. Włosy zostały na okoliczność wieczoru odmienione - przycięte, pociemnione, adekwatnie ułożone wobec mody nieco młodszych magów. Jego elegancka szata zachwycała najczerniejszą z czerni, niemalże pochłaniającą światło, stanowiąc wraz z oprawą twarzy ciemną kanwę dla księżycowego bożka.
Eliksir na wejściu przyjął z dozą tłumionej nieufności, przesłaniającej z kolei paranoję właściwą bezsennemu, znerwicowanemu politykowi. Jego twarz na moment tylko uśmiechnęła się przepraszająco, gdy odstawił fiolkę, aby nie musieć nosić już maski uszytej z jego mięśni i skóry na rzecz tej wykonanej dłońmi francuskiego mistrza magicznego jubilerstwa.
- Prezentujesz się olśniewająco moja droga, mam nadzieję, że uda mi się zapewnić Tobie udany wieczór - powiedział, gdy weszli już do środka w pełnej krasie swoich strojów, nachylając się przy tym do panny Burke, aby nie musiała zbytnio nadstawiać ucha do jego płomiennych zapewnień. Chwilę potem ujął jej dłoń i przyłożył do srebrzystej tarczy w geście szarmanckiego pocałunku. - Zapowiada się intrygujący wieczór. Widziałaś może ogrody tej rezydencji? Dotarły do mnie słuchy, że zakwitły tam czarne róże. Moglibyśmy się przejść je zobaczyć, gdy formalnie zostanie rozpoczęty bal. Ponoć są unikatowe, a ich czar niesie ze sobą pewną… grozę nieoznaczoności. - roztaczał opowieści, zgodnie z rolą, w którą wszedł tego wieczoru: księżyca, w którego świetle wszystko nabiera nieco innych kształtów, wykrzywionych cieniami tańczących drzew.
Zawada: bezsenność, drobny lęk (przejęcie kontroli)
Przewaga: bogacz, występowanie