• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine

[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
03.12.2025, 19:28  ✶  
W pierwszej chwili tylko na nią popatrzyłem - na ten jej intensywny, nieprzyzwoicie wnikliwy wzrok, którym potrafiła przeciąć człowieka jak zaklęciem. Stałem jeszcze w ogrodzie, psy kręciły się przy moich nogach, a skórzany płaszcz łopotał na wietrze. Byłem szczęśliwy, idiotycznie, boleśnie wręcz szczęśliwy. Powietrze na zewnątrz było zimne i surowe, pachniało mokrą ziemią, dymem i jakąś cholernie znajomą nutą brytyjskiej jesieni, która zawsze kleiła się do płaszcza. Ruszyliśmy powoli w stronę nowej posiadłości Geraldine, a ja wciąż miałem to idiotyczne poczucie, że wyglądam… Inaczej. Może dlatego, że czułem się inaczej - lekki, spokojny. Bardzo… Ożeniony, kurwa.
Parsknąłem śmiechem. Nie takim delikatnym, tylko tym pełnym, szczerym, który mnie aż zabolał w żebrach, bo jeszcze wczoraj czułem jakby mnie ktoś bił od środka. W każdym razie - uniosłem brew, patrząc na nią z tym dzisiejszym, nieprzystojnie lekkim nastrojem, i parsknąłem pod nosem, kiedy rzuciła, że nie chciałaby mnie zabijać, bo bym ją nawiedzał. Podniosłem wzrok, wiatr znów rozgarnął mi włosy. Powinienem wyglądać poważnie, groźnie, tak zwykle wyglądałem, ale teraz? Gówno z tego zostało. Tego dnia mogłem co najwyżej straszyć pszczoły swoim uśmiechem. Ja. Kurwa. Śmiałem się. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się tak uśmiechał, idąc obok Geraldine po ścieżce prowadzącej do jej nowego, odklątwionego domu. Jeszcze wczoraj wyglądałem jak wrak, a dziś… No, dziś wyglądałem jak typ, który zrobił coś kompletnie popierdolonego i był z tego dumny.
Kiedy powiedziała, że nie chciałaby mnie zabijać, bo „zacząłbym ją nawiedzać jako duch”, parsknąłem, bo wyobrażenie mnie, łażącego za nią przez wieczność i komentującego jej decyzje zawodowe, było tak trafione, że aż poczułem ukłucie dumy. Faktycznie - za bardzo lubiłem komentować, prowokować, a nawet zza grobu nie mógłbym sobie odmówić.
- Spokojnie. Szadnego nawiedzania. Sun by mnie nie puściła, nawet po śmielsi. Powiedziałaby coś w stylu „jak masz stlaszyś, to stlasz we właściwym domu”. - Wzruszyłem ramionami. Nauczyłem się, że niektóre kobiety mają w sobie głos, który lepiej traktować jak prawo natury.
A potem walnęła tekst „nie wyglądasz mi na katastrofę, Fenwick.” To mnie autentycznie rozbroiło. No. Ujęło mnie to. Nie powiem, że nie. Pokazałem zęby w uśmiechu - prawdziwym, naturalnym, ostatnie dni zrobiły ze mnie coś między ruiną a cmentarzyskiem, dzisiejszy dzień był anomalią, rzadką, ale moja twarz trzymała się tak uporczywie tej euforii, że nie byłem w stanie jej zgasić.
- Wiesz, to jeden s najdziwniejszych komplementów, jakie w szyciu dostałem. - Mój głos był lżejszy, niż powinien. - Dziś akulat ją nie jestem. - Odpowiedziałem, przeciągając się i czując, jak obrączka ociera mi się o skórę. Nie patrzyłem na nią - wiedziałem, że tam była. Wiedziałem też, co robiłem, mając ją na palcu. - Czasem jestem katastlofą kontlolowaną, jak planowany wybuch. Czasem po prostu katastlofą. - W moim była ta twarda, półżartobliwa analiza człowieka, który dopiero co wrócił z własnego piekła i udaje, że ma wszystko pod kontrolą.
- Mhm. Zapamiętaj to na pszyszłość, skoro chcesz, ale pamiętaj jedno, ja tesz pamiętam wszystko. Nawet to, czego nie powinienem.
Ruszyliśmy do środka. Psy biegły obok. Geraldine otworzyła drzwi, weszliśmy do środka, a ja zdjąłem płaszcz, jakby to był najzwyklejszy dzień w pracy. Tak jakby to, że wziąłem ślub na Nokturnie po bójce w barze, było czymś normalnym.
- Doskonale, bo ja tesz nie mam w zwyczaju odpieldalaś, chyba sze dla zabawy, ale to w godzinach wolnych. - Kiwnąłem głową, nie dodając, że były od tego pewne wyjątki, bo to chyba było jasne - jak jeszcze jeden idiota nazwie mnie mordercą, bo zdjąłem coś, co próbowało mu przegryźć tchawicę, to osobiście mu pokażę, jak wygląda alternatywa, ale to tyle.
A potem, no, właśnie - przeszliśmy do tego mojego czasu wolnego.
Podniosła się z fotela w sekundę, pies spadł na podłogę jak worek ziemniaków, a zanim zdążyłem się cofnąć, trzymała mnie za dłoń i wpatrywała się w mój palec. Nie mogłem nie zauważyć, że ta „kurwa” to było niemal pierwsze, co powiedziała. Nie „gratulacje”, nie „ależ piękna obrączka” - nie. „O kurwa.” Słuchałem tych wszystkich „jak?” „co?” „cudem?” i prawdę mówiąc, rozumiałem ją. Sam bym się na jej miejscu zastanawiał, jak to możliwe, jakim cudem, jakim pierdolonym tempem ja pracuję, jak mogłem w kilkanaście godzin przejść z „moja dziewczyna mnie chyba nienawidzi” do „to moja żona, proszę bardzo”. Gdybym zobaczył kogoś wczorajszego - mnie, kurwa - a potem zobaczył mnie dzisiejszego, też bym uznał, że po drodze wydarzyło się coś nierealnego.
- Tak, mówiłaś, szebym to naplawił. Jednocześnie sama mi sugelowałaś, sze to muszą byś powaszne pszeplosiny. - Uśmiechnąłem się z tym cholernie głupim entuzjazmem. - Chciałaś, szebym poszedł, przeplosił, ogalnął się, więc poszedłem, pszeplosiłem, ogalnąłem się i oświadczyłem. Kolejność mosze nie była podlęsznikowa, ale nie zapszeczysz, lesultat jest zajebiście skuteczny.
Zrobiła krok w tył, spojrzała na mnie jak na przeterminowaną gwiazdę kina akcji, po czym zaczęła chodzić po salonie jak pies tropiący, więc mówiłem. Byłem w nastroju, żeby opowiedzieć jej wszystko. Każdy element tej szalonej, popieprzonej, nokturnowej epopei. „Jak?” To było dobre pytanie, cholernie dobre. Sam wciąż nie wiedziałem, jak to się, kurwa, stało, ale skoro już mnie cisnęła, to opowiedziałem - wszystko, bez cięć, bez wybielania. Od Nokturnu, przez mordobicie, przez to jak piękna kobieta wyciągnęła mnie za fraki jak nadpobudliwego psa, który zaszczał dywan, aż po starą wiedźmę, która kazała nam pić krew. Aż po wydanie całej kasy, bo jak rytuał na Nokturnie jest tani, to znaczy, że ktoś chce twojej krwi bardziej niż ty chcesz czyjejś miłości. To było tak popierdolone, że aż logiczne. Tak, to było… Również romantyczne. W popierdolonym, nokturnowym stylu. Geraldine słuchała z oczami jak galeony, były jak dwa księżyce, rozświetlone tak, że czułem się jak performer na scenie. Krążyła po salonie jakby odprawiała jakiś rytuał przywołania, i klęła tak często, że czułem się jak w domu. Było w tym coś… Rozkosznego. Szczególnie wtedy, kiedy zawiesiła na mnie spojrzenie, w którym zobaczyłem pełne „ty skurwysynu”, wymieszane z czystą fascynacją, „no, słucham dalej, cwaniaku.” Nie przyznawałem się do tego głośno, ale Geraldine w trybie „emocjonalny pożar” była moim ulubionym widowiskiem. Śledziłem ją wzrokiem z przyzwyczajenia, tak jak śledzi się drapieżnika, nie wiedząc, w którą stronę skoczy. Geraldine rosła w oczach jak dobrobyt na czarnym rynku. Przechodziła od szoku, przez rozbawienie, po absolutne, czyste rozkoszne niedowierzanie. Przechyliłem głowę, przyglądając się jej reakcji, obserwowałem ją z mieszaniną rozbawienia i zadowolenia, bo nieczęsto można było doprowadzić Geraldine Greengrass-Yaxley do takiego stanu, że wyglądała jakby jej mózg gotował się od nadmiaru informacji. Jej mina, kiedy skończyłem, była bezcenna, gapiła się na mnie jak na jakiegoś bohatera z taniej książki, tylko że z większą ilością kurw na stronę, kiedy rzuciła, że mówiła mi, że mogę być bohaterem romansidła, po prostu się zaśmiałem - głęboko, cholernie szczerze.
- Lomansidła, Gelaldine? Ja? Widzisz moją moldę? - Dotknąłem policzka. - Ja się nadaję do kloniki klyminalnej, nie lomansu. - Dotknąłem obrączki kciukiem. Ciężko było jeszcze uwierzyć. - Wiem. - Powiedziałem, zanim zdążyła rzucić kolejnym komentarzem. - To bszmi jak gówno s kiosku na dwolcu, ale tak było. Widzisz? Słucham cię czasem. - Mruknąłem. - Nawet jak to plowadzi do… No, tego.
Usiadłem ciężej na kanapie, przetarłem dłonią kark i spojrzałem na nią z lekkością, która jeszcze wczoraj była nieosiągalna.
- Wiem, sze to szybkie. - Powiedziałem szczerze. - Ale to było… Właściwe, jakkolwiek to zabszmi. Tak, wiem, sze tszy dni temu wyglądałem jak tlup i jęczałem, sze nie chcę jej stlaciś, ale nie umiem tego ogalnąś. A telas jestem tutaj. Inny. O wiele balsej inny, nisz powinienem byś, ale kulwa… Gelaldine, ja ją kocham. - To zabrzmiało spokojnie, zbyt spokojnie. A potem dodałem, uśmiechając się szerzej. - Zapamiętaj sobie na pszyszłość, sze jak mi coś wbijesz do głowy, to ja to lobię na pełnej piździe. - Mruknąłem, podnosząc brew. - Nie wiem, czy to mądle, ale mądly nigdy nie byłem. Mnie nie musisz owijaś w bawełnę. Mówisz „idziemy”, ja idę. Mówisz „lobimy”, lobimy. Mówisz „zabij”, pytam tylko „tego czy tamtego”. Mówisz „powinieneś ją pszeplosiś”, ja mówię „ok, ale pamiętaj, sze jestem człowiekiem czynu, nie słowa”. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, przesuwając po nadkruszonym zębie. - Wiesz… Plofesja zobowiązuje, więc tludno, szebym był besnadziejny w plaktycznej części pszeplosin. - Oparłem się wygodniej, rzucając jej krzywy półuśmiech. - Tak między nami… Potlafię tesz byś balso gszeczną dziewczynką, jeśli sytuacja tego wymaga. - Mrugnąłem do niej bezwstydnie. - Mam wtedy te swoje dusze, bląsowe oczy, te gęste szęsy… Wyglądam podobno wyjątkowo pszekonująco, zwłaszcza kiedy klęczę. - Parsknąłem cicho, bo ten żart brzmiał absolutnie idiotycznie, ale nie mogłem sobie odmówić. - No co? - Rozłożyłem ręce. Mój głos obniżył się instynktownie, bo prawda była taka, że Sun… Sun była jedyną osobą, która potrafiła mnie zatrzymać, trzymając mnie za nadgarstek.
Za ramię.
Za włosy.
Za cokolwiek.
Każde jej „nie rób tak” brzmiało bardziej jak „zrób to jeszcze raz”.
- Nie moja wina, sze działa. I sze wygląda tak, jak wygląda. - Uśmiechnąłem się szerzej, już w pełni świadomy, że daję jej dokładnie ten rodzaj informacji, który potem będzie mi wypominać latami. - Pszynajmniej telas mam pletekst, szeby wyglądaś jak człowiek, a nie jak wlak. Wiesz, sony działają motywująco. - Pochyliłem głowę i uśmiechnąłem się w sposób, który mówił więcej niż powinienem.
Cukier przeszedł mi pod nogami, jakby próbował odzyskać honor po upadku, a ja nachyliłem się i podrapałem go po łbie.
- No. - Zakończyłem, rozkładając ręce. - To tyle. Twój paltnel do loboty jest telas męszem. Ale spokojnie, nie zamieszam się lobiś miękki. Dalej będę zapieldalał tak, jak tszeba.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9033), Geraldine Greengrass-Yaxley (7354)




Wiadomości w tym wątku
[9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 29.11.2025, 19:09
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.11.2025, 00:01
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 30.11.2025, 00:42
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.11.2025, 01:09
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 30.11.2025, 04:51
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.11.2025, 19:01
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 30.11.2025, 20:21
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.11.2025, 22:39
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 01.12.2025, 00:47
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2025, 01:00
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 01.12.2025, 17:36
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2025, 23:01
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 02.12.2025, 19:32
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.12.2025, 21:30
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 03.12.2025, 19:28
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.12.2025, 21:21
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 04.12.2025, 13:23
RE: [9/10/72] You got a reaction, didn’t you? | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.12.2025, 18:04

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa