03.12.2025, 19:44 ✶
Dużo było na tej ceremonii koneksji rodzinnych, ale był tu też dla swojej kuzynki, nie tylko dla Rosie, chociaż ta druga miała priorytet, zważywszy na okoliczności i typ łączącej ich relacji. Starał się palić najszybciej, jak umiał, dziękując Merlinowi za to, że mieli papierosy bez smrodu i jego perfumy wciąż dominowały przy skórze i na materiale drogiego, szytego na miarę garnituru.
- Ah ta niezależność. - mruknął bezgłośnie pod nosem, wywracając niemalże oczami. Puścił ją na chwilę, wciąż jednak stojąc blisko i zsunął z ramion marynarkę, zarzucając ją potem na ramiona kobiety. Nie mógł pozwolić, żeby zmarzła i się rozchorowała. Zauważył, że w dzisiejszych czasach kobiety coraz bardziej chciały być samodzielnie i trudno było być gentlemanem. Oparł ją wygodnie o siebie, na tyle, ile przyzwoitość pozwalała i przesunął wzrokiem po gościach. Było tu wiele twarzy dobrze mu znanych, jak i takich, których chyba nigdy wcześniej nie widział, ale nie miał specjalnie ochoty na nawiązywanie znajomości. Dostrzegł Brennę z Atreusem, którzy wyglądali, jakby bawili się ze sobą doskonale i poczuł nieprzyjemne ukłucie, więc szybko odwrócił wzrok, pochylając się i przymykając oczy, aby nosem przesunąć po szyi swojej narzeczonej i skupić się znów na tym, na czym powinien.
- Naprawdę ładnie pachniesz. Uspokajająco. - skwitował jedynie bez cienia zawstydzenia, dmuchając jej zadziornie w płatek ucha, gdy podnosił głowę i wyprostował się, aby nie rozeszły się żadne głupie plotki. Chciał jej trochę poprawić humor, a fakt, że miał młodszą siostrę, sprawił, że przypomniał sobie o tym, że kobiety naprawdę lubiły rozmawiać o ślubach, sukienkach i marzeniach. Nie był pijany, nie był nachalny – może odrobinę nadopiekuńczy, ale nie tylko ona potrzebowała odwrócenia uwagi i zajęcia na dzisiejszy wieczór.
- To brzmi zupełnie, jak Ty. Ta wiosna, ogród pełen kwiatów i słoneczna ceremonia. - stwierdził z delikatnym skinieniem głowy, bo wizja ta bez problemu zatańczyła mu przed oczami. Ona przecież cała kojarzyła się z florą i delikatnymi kwiatami, a jakby miała kiedyś córkę, to pewnie imię też dostanie od jakieś rośliny. A może Flora, tak całościowo? Jej głos jednak nie brzmiał tak, jak liczył, że zabrzmi. Wciąż nosiła w sobie zmartwienie, smutek i zmęczenie, które irytowało go na tyle, że najchętniej pozbyłby się go od razu. Sprawy z knieją nie były jednak proste, zwłaszcza teraz, gdy tylko działo się w Londynie i wśród organizacji. - Nie smuć się piękna, to nie jest przecież stracone marzenie. Wszystko może się zmienić.
Rzucił, obracając dłoń tak, że zacisnął jej palce w dłoniach, chcąc jej dodać otuchy lub ją pocieszyć. Wiedział, że ciężko było pozbyć się z głowy problemów, które narastały w takim tempie, nie dając jej wytchnienia – jeden po drugim, ale musiała znaleźć sposób, żeby się oderwała. Bo zwariuje albo dostanie depresji, nie wiedział, co było gorsze. - No i co ja mam z Tobą zrobić, jak, zamiast stawiać na szczycie siebie, wybierasz knieje, co? - zapytał z westchnieniem, kręcąc głową.
Niewiele myśląc, zacisnął palce na jej ramionach i obrócił ją z łatwością tak, aby stanęła przodem do niego. Była drobna i lekka, mógłby ją nosić jak księżniczkę lub worek ziemniaków i wcale by się nie zmęczył – a taktyka ta mogła się przydać w przyszłości, patrząc na to, jak uparta Rosie była. Uniósł dłoń i przesunął palcami po jej policzku, żeby unieść jej podbródek. - Znajdziemy rozwiązanie, ale zaufaj mi, nie będziesz w stanie nic z tym zrobić, jak doprowadzisz się do wykończenia. Małymi krokami, osiągniesz swój cel, ale musisz mieć siłę, żeby je robić. Złapię Cię, gdy Ci jej braknie, ale nie mogę iść za Ciebie. - rzucił cicho, patrząc jej w oczy z łagodnością, ale i troską, bo autentycznie obawiał się, że zamkną ją w Mungu. Anthony westchnął, przysunął się i musnął jej czoło, a potem złapał dłoń dziewczyny i pociągnął nieco w stronę parkietu. - Chodź, zatańczymy.
Nie zdołał jednak odejść daleko, gdyż pojawiła się przed nimi znajoma sylwetka. Zlustrował mężczyznę wzrokiem i uśmiechnął się, chyba na wspomnienie ich ostatniego spotkania i rozmowy, gdy to odkrywał nowe rzeczy. Wciąż miał mieszane uczucia względem niego, cholernie trudno było rozgryźć, o co właściwie w życiu mu chodziło, ale nawet trochę go polubił. Zaimponował mu chyba sprawą z motorem. Zatrzymał się tak, aby cały czas mieć na uwadze swoją partnerkę.
- Anthony! Co za niespodzianka. Nie wiedziałem, że znasz moją kuzynkę. Czy może jesteś gościem Pana młodego? - przywitał się, prostując. Wolną dłoń rozluźnił, pozwalając jej opaść wzdłuż ciała, chociaż korciło go poprawienie koszuli. Drugą natomiast, przyciągnął ją delikatnie do siebie, pilnując, aby marynarka wciąż tkwiła na drobnych ramionach. - Pozwól, że przedstawię Ci moją olśniewającą narzeczoną, Roselyn Greengrass.
- Ah ta niezależność. - mruknął bezgłośnie pod nosem, wywracając niemalże oczami. Puścił ją na chwilę, wciąż jednak stojąc blisko i zsunął z ramion marynarkę, zarzucając ją potem na ramiona kobiety. Nie mógł pozwolić, żeby zmarzła i się rozchorowała. Zauważył, że w dzisiejszych czasach kobiety coraz bardziej chciały być samodzielnie i trudno było być gentlemanem. Oparł ją wygodnie o siebie, na tyle, ile przyzwoitość pozwalała i przesunął wzrokiem po gościach. Było tu wiele twarzy dobrze mu znanych, jak i takich, których chyba nigdy wcześniej nie widział, ale nie miał specjalnie ochoty na nawiązywanie znajomości. Dostrzegł Brennę z Atreusem, którzy wyglądali, jakby bawili się ze sobą doskonale i poczuł nieprzyjemne ukłucie, więc szybko odwrócił wzrok, pochylając się i przymykając oczy, aby nosem przesunąć po szyi swojej narzeczonej i skupić się znów na tym, na czym powinien.
- Naprawdę ładnie pachniesz. Uspokajająco. - skwitował jedynie bez cienia zawstydzenia, dmuchając jej zadziornie w płatek ucha, gdy podnosił głowę i wyprostował się, aby nie rozeszły się żadne głupie plotki. Chciał jej trochę poprawić humor, a fakt, że miał młodszą siostrę, sprawił, że przypomniał sobie o tym, że kobiety naprawdę lubiły rozmawiać o ślubach, sukienkach i marzeniach. Nie był pijany, nie był nachalny – może odrobinę nadopiekuńczy, ale nie tylko ona potrzebowała odwrócenia uwagi i zajęcia na dzisiejszy wieczór.
- To brzmi zupełnie, jak Ty. Ta wiosna, ogród pełen kwiatów i słoneczna ceremonia. - stwierdził z delikatnym skinieniem głowy, bo wizja ta bez problemu zatańczyła mu przed oczami. Ona przecież cała kojarzyła się z florą i delikatnymi kwiatami, a jakby miała kiedyś córkę, to pewnie imię też dostanie od jakieś rośliny. A może Flora, tak całościowo? Jej głos jednak nie brzmiał tak, jak liczył, że zabrzmi. Wciąż nosiła w sobie zmartwienie, smutek i zmęczenie, które irytowało go na tyle, że najchętniej pozbyłby się go od razu. Sprawy z knieją nie były jednak proste, zwłaszcza teraz, gdy tylko działo się w Londynie i wśród organizacji. - Nie smuć się piękna, to nie jest przecież stracone marzenie. Wszystko może się zmienić.
Rzucił, obracając dłoń tak, że zacisnął jej palce w dłoniach, chcąc jej dodać otuchy lub ją pocieszyć. Wiedział, że ciężko było pozbyć się z głowy problemów, które narastały w takim tempie, nie dając jej wytchnienia – jeden po drugim, ale musiała znaleźć sposób, żeby się oderwała. Bo zwariuje albo dostanie depresji, nie wiedział, co było gorsze. - No i co ja mam z Tobą zrobić, jak, zamiast stawiać na szczycie siebie, wybierasz knieje, co? - zapytał z westchnieniem, kręcąc głową.
Niewiele myśląc, zacisnął palce na jej ramionach i obrócił ją z łatwością tak, aby stanęła przodem do niego. Była drobna i lekka, mógłby ją nosić jak księżniczkę lub worek ziemniaków i wcale by się nie zmęczył – a taktyka ta mogła się przydać w przyszłości, patrząc na to, jak uparta Rosie była. Uniósł dłoń i przesunął palcami po jej policzku, żeby unieść jej podbródek. - Znajdziemy rozwiązanie, ale zaufaj mi, nie będziesz w stanie nic z tym zrobić, jak doprowadzisz się do wykończenia. Małymi krokami, osiągniesz swój cel, ale musisz mieć siłę, żeby je robić. Złapię Cię, gdy Ci jej braknie, ale nie mogę iść za Ciebie. - rzucił cicho, patrząc jej w oczy z łagodnością, ale i troską, bo autentycznie obawiał się, że zamkną ją w Mungu. Anthony westchnął, przysunął się i musnął jej czoło, a potem złapał dłoń dziewczyny i pociągnął nieco w stronę parkietu. - Chodź, zatańczymy.
Nie zdołał jednak odejść daleko, gdyż pojawiła się przed nimi znajoma sylwetka. Zlustrował mężczyznę wzrokiem i uśmiechnął się, chyba na wspomnienie ich ostatniego spotkania i rozmowy, gdy to odkrywał nowe rzeczy. Wciąż miał mieszane uczucia względem niego, cholernie trudno było rozgryźć, o co właściwie w życiu mu chodziło, ale nawet trochę go polubił. Zaimponował mu chyba sprawą z motorem. Zatrzymał się tak, aby cały czas mieć na uwadze swoją partnerkę.
- Anthony! Co za niespodzianka. Nie wiedziałem, że znasz moją kuzynkę. Czy może jesteś gościem Pana młodego? - przywitał się, prostując. Wolną dłoń rozluźnił, pozwalając jej opaść wzdłuż ciała, chociaż korciło go poprawienie koszuli. Drugą natomiast, przyciągnął ją delikatnie do siebie, pilnując, aby marynarka wciąż tkwiła na drobnych ramionach. - Pozwól, że przedstawię Ci moją olśniewającą narzeczoną, Roselyn Greengrass.