03.12.2025, 20:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2025, 20:41 przez Benjy Fenwick.)
Drzwi ustąpiły od razu, weszliśmy do środka, a jasność walnęła mnie w oczy tym swoim bezczelnym „no to pokaż, Fenwick, co tam masz”. Zatrzymałem się ledwie krok za nią, kiedy światło buchnęło jak zaklęcie ofensywne i odsłoniło całą prawdę o mojej twarzy. Mrużyłem oczy sekundę dłużej niż powinienem, i kiedy otworzyłem je z powrotem, ona już patrzyła na mnie jak na coś, co zaraz zacznie się osuwać na ziemię. A przecież stałem. Stałem całkiem stabilnie, tylko trochę… Krzywo. Jej wzrok poleciał najpierw na moją twarz, potem na rękę, tę gorszą, potem na tę drugą, też kiepską, ale przynajmniej w jednym kawałku. Ja za to patrzyłem na nią - bardzo spokojną, bardzo bladą i bardzo moją.
„Oho,” pomyślałem. „Zaraz zauważy, że brakuje mi kawałka jedynki. Trudno, małżeństwo to małżeństwo, już jest po przysiędze, nie może mnie oddać.”
- Jeśli telas wyglądam dlamatysznie, to poczekaj, asz zobaczysz mnie bes koszuli. - Ruszyłem lekko brwiami, tak jak robiłem to zawsze, w odległej przeszłości, kiedy próbowałem ją rozśmieszyć, albo chociaż odciągnąć od powagi.
Przeżyłem już parę takich momentów w życiu, kiedy ktoś pierwszy raz widział mnie po robocie i robił wielkie oczy, ale nigdy jeszcze nie była to moja żona. Nowa. Świeża. Jeszcze ciepła z Nokturnu. Jej palce wciąż trzymały moje, a ja poczułem, jak mięsień na policzku drgnął mi lekko, jakby chciał się uśmiechnąć, ból nie powstrzymał go przed nadmiernym optymizmem. Kiedy tak na mnie patrzyła, jakby właśnie zobaczyła moje zdjęcie z miejsca zbrodni, wyrwało mi się ciche, krzywe prychnięcie - bagatelizujące mój stan? Tak. Szczere? Również. Uniósłem brwi, jakbym musiał sobie przypomnieć, który z incydentów dziś kwalifikował się na główne wydarzenie wieczoru. Wydałem z siebie kolejny krótki, niski dźwięk, coś między parsknięciem a westchnieniem, bo sam nie wiedziałem, od czego zacząć, by się nie martwiła. To był ten rodzaj zblednięcia, który znałem u niej aż za dobrze - taki, w którym najpierw robiła się cicho, potem nienaturalnie spokojna, a dopiero na końcu zadawała pytania, dokładnie to robiła teraz.
- Eee… Lumunia? - Mruknąłem w końcu. - Cztely dni temu? - Wywróciłem oczami, próbując sobie przypomnieć, ale coś mi się nie kleiło. - Albo tszy. Albo pięś. Wygląda to na cztely, nie? No, s glubsza. Doktolowa wywaliła mnie pszes balkon. S pielwszego piętla, spokojnie, nie s jakichś wysokości, nie panikuj. Poszło o… Cósz… Kobieca solidalność, i… No, w kaszdym lasie potem wielka, wiejska gęś, tym lasem płci męskiej, miała do mnie ploblem. - Rzuciłem to tak spokojnie, jakbym mówił o potknięciu na schodach. Przecież mówiłem, że nie lubię tego kraju i nie chcę go odwiedzać - w Rumunii wszystko albo chce cię zjeść, albo oskubać, chce cię przekląć, albo jedno i drugie, i trzecie, czasem w kolejności losowej. - Wiesz, że gęsi są aglesywne, ale tesz tlafnie pszepowiadają sukcesy miłosne? Bo ja jusz wiem. - Uniósłem pogryzioną rękę, tę, za którą trzymała mnie w drodze, żeby jej zaprezentować ślady po dziobie, i dopiero jak to zrobiłem, poczułem, jak bardzo mnie to właściwie ciągnęło.
- Pruey, kochanie… Ja mam w tej chwili sześć plocent ciała, któle nie boli. Jak chcesz, mogę ci pokazaś któle, ale podejszewam, sze akurlat tego nie miałaś na myśli. - Nie żartowałem po to, żeby zbagatelizować własny stan - po prostu tak działałem. - Hej. Szyję, pszeciesz widzisz. - Nachyliłem się, żeby mogła mnie sprawdzić tą śliczną parą oczu jeszcze raz, z bliska. - Gdyby było naplawdę źle, to bym nie szedł po schodach. Tylko laczkował. Lewą. Bo plawą to jusz ślednio. - Wypuściłem powietrze powoli, z tym krótkim, zawieszonym westchnieniem, które samo mówiło „to nie wygląda tak źle, jak wygląda”. Przez moment w jej oczach było coś ostrego, jakby wyrzucała sobie, że tego nie zauważyła. Ścisnąłem jej dłoń mocniej, tym razem świadomie.
- Ej. Spokojnie. Gdyby bolało na dziewięś, powiedziałbym. Obiecałem, pamiętasz? - Przekrzywiłem głowę, żeby skupiła się na moich oczach, nie na kolorach tęczy, które miałem na twarzy. - To jest jakieś… Pieś. Mose cztely pięś, zaleszy od kąta. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tym swoim typowym, całkiem bezczelnym błyskiem w oczach.
„Oho,” pomyślałem. „Zaraz zauważy, że brakuje mi kawałka jedynki. Trudno, małżeństwo to małżeństwo, już jest po przysiędze, nie może mnie oddać.”
- Jeśli telas wyglądam dlamatysznie, to poczekaj, asz zobaczysz mnie bes koszuli. - Ruszyłem lekko brwiami, tak jak robiłem to zawsze, w odległej przeszłości, kiedy próbowałem ją rozśmieszyć, albo chociaż odciągnąć od powagi.
Przeżyłem już parę takich momentów w życiu, kiedy ktoś pierwszy raz widział mnie po robocie i robił wielkie oczy, ale nigdy jeszcze nie była to moja żona. Nowa. Świeża. Jeszcze ciepła z Nokturnu. Jej palce wciąż trzymały moje, a ja poczułem, jak mięsień na policzku drgnął mi lekko, jakby chciał się uśmiechnąć, ból nie powstrzymał go przed nadmiernym optymizmem. Kiedy tak na mnie patrzyła, jakby właśnie zobaczyła moje zdjęcie z miejsca zbrodni, wyrwało mi się ciche, krzywe prychnięcie - bagatelizujące mój stan? Tak. Szczere? Również. Uniósłem brwi, jakbym musiał sobie przypomnieć, który z incydentów dziś kwalifikował się na główne wydarzenie wieczoru. Wydałem z siebie kolejny krótki, niski dźwięk, coś między parsknięciem a westchnieniem, bo sam nie wiedziałem, od czego zacząć, by się nie martwiła. To był ten rodzaj zblednięcia, który znałem u niej aż za dobrze - taki, w którym najpierw robiła się cicho, potem nienaturalnie spokojna, a dopiero na końcu zadawała pytania, dokładnie to robiła teraz.
- Eee… Lumunia? - Mruknąłem w końcu. - Cztely dni temu? - Wywróciłem oczami, próbując sobie przypomnieć, ale coś mi się nie kleiło. - Albo tszy. Albo pięś. Wygląda to na cztely, nie? No, s glubsza. Doktolowa wywaliła mnie pszes balkon. S pielwszego piętla, spokojnie, nie s jakichś wysokości, nie panikuj. Poszło o… Cósz… Kobieca solidalność, i… No, w kaszdym lasie potem wielka, wiejska gęś, tym lasem płci męskiej, miała do mnie ploblem. - Rzuciłem to tak spokojnie, jakbym mówił o potknięciu na schodach. Przecież mówiłem, że nie lubię tego kraju i nie chcę go odwiedzać - w Rumunii wszystko albo chce cię zjeść, albo oskubać, chce cię przekląć, albo jedno i drugie, i trzecie, czasem w kolejności losowej. - Wiesz, że gęsi są aglesywne, ale tesz tlafnie pszepowiadają sukcesy miłosne? Bo ja jusz wiem. - Uniósłem pogryzioną rękę, tę, za którą trzymała mnie w drodze, żeby jej zaprezentować ślady po dziobie, i dopiero jak to zrobiłem, poczułem, jak bardzo mnie to właściwie ciągnęło.
- Pruey, kochanie… Ja mam w tej chwili sześć plocent ciała, któle nie boli. Jak chcesz, mogę ci pokazaś któle, ale podejszewam, sze akurlat tego nie miałaś na myśli. - Nie żartowałem po to, żeby zbagatelizować własny stan - po prostu tak działałem. - Hej. Szyję, pszeciesz widzisz. - Nachyliłem się, żeby mogła mnie sprawdzić tą śliczną parą oczu jeszcze raz, z bliska. - Gdyby było naplawdę źle, to bym nie szedł po schodach. Tylko laczkował. Lewą. Bo plawą to jusz ślednio. - Wypuściłem powietrze powoli, z tym krótkim, zawieszonym westchnieniem, które samo mówiło „to nie wygląda tak źle, jak wygląda”. Przez moment w jej oczach było coś ostrego, jakby wyrzucała sobie, że tego nie zauważyła. Ścisnąłem jej dłoń mocniej, tym razem świadomie.
- Ej. Spokojnie. Gdyby bolało na dziewięś, powiedziałbym. Obiecałem, pamiętasz? - Przekrzywiłem głowę, żeby skupiła się na moich oczach, nie na kolorach tęczy, które miałem na twarzy. - To jest jakieś… Pieś. Mose cztely pięś, zaleszy od kąta. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tym swoim typowym, całkiem bezczelnym błyskiem w oczach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)