27.02.2023, 01:09 ✶
Cathal nic z tego nie rozumiał.
Czuł się zagubiony i nawet logika snu nie mogła do końca tego poczucia niewłaściwości zniwelować. W jego głowie odbijała się myśl, że bardzo chciałby stąd wyjść, nie potrafił jednak jeszcze zrozumieć, że to wszystko nie jest prawdziwe. Miał raczej wrażenie, że oszalał, a może podpadł w jakiś sposób Nell i kobieta zamiast wyjąć z apteczki środek na chorobę albo obrażenia, sprezentowała mu coś halucynogennego…
– Na Slytherina… – syknął, wyciągając różdżkę i celując w wodę. Chciał sprawić, że ta wyparowała, ale z jakichś powodów miał problem z wykonaniem właściwego gestu. Opuścił rękę, skonfundowany. Nie zapominał inkantacji. Gdy raz zobaczył prawidłowy ruch, wiedział, jak go wykonać. Dlaczego teraz to nie działało tak, jak trzeba?
– Może w takim razie ja jestem Kapelusznikiem – powiedział, unosząc głowę ku niebu. Gdy rośliny wokół były tak duże, zdawało się nieskończenie dalekie. Nie wiedzieć czemu na słowa Nell przed oczyma stanął mu obraz Slytherina, takim jakim był na posągu, który Cathal widział w Hogwarcie, ale z kapeluszem na głowie.
Ciekawe, czy Salazar też był szalony, i to szaleństwo przekazał wszystkim swoim przodkom w dziedzictwie, czy to jego podszepty doprowadzały Gauntów do obłędu…
– A moja matka zabiłaby cię za te słowa – dodał jeszcze, nim przeniósł wzrok z powrotem na Jamila. Czy widział go kiedyś tak zdenerwowanym? Może wtedy, kiedy się martwił, że nie zdążą wrócić do obozu na deser, a tego dnia podawali bardzo smaczną bakławę…? Kim była Królowa Kier, że wzbudzała w Anwarze aż takie zdenerwowanie?
– Twój wachlarz właśnie zjadła Nell, z nią rozmawiaj – odparł z irytacją. Może i czarodzieje dyskryminowali głównie z uwagi na krew, ale Cathal, choć lubił uważać się za obywatela świata, był jednak Anglikiem. Źle znosił to, że rozkazy wydawał mu Egipcjanin, młodszy w dodatku od niego… a nie, zaraz. Nie Egipcjanin. Królik. – A zielony szalik Slytherinu jest mój. Nie jesteś Ślizgonem. Nie byłeś nawet w Hogwarcie. A gdybyś był, na pewno trafiłbyś do Hufflepuffu.
Dla Cathala była to swego rodzaju obelga. W końcu, choć nie był śmierciożercą, to Ślizgonem z krwi i kości już owszem. W porządku, w okolicach piątego czy szóstego roku dotarło do niego to i owo, i po SUMAch nawet zadawał się z osobami z innych Domów, i do pewnego stopnia lubił paru Puchonów (acz wtedy miał raczej niewielu znajomych i trudno było to nazwać przyjaźnią), ale teraz, w tej przedziwnej krainie, nie myślał o takich rzeczach.
A potem rozległy się trąbki.
Oczywiście.
– Powinienem się domyśleć – westchnął, odkrywając, że to Alethea anonsowała swoje przybycie w ten sposób. – Co to w ogóle ma znaczyć? I dlaczego tak uparcie Jamil szuka dla ciebie wachlarza? Ten, który zabrałaś mnie z bagaży, gdy wracaliśmy z Egiptu, a jestem pewien, że to byłaś ty, ci już nie wystarczy? – prychnął, wodząc spojrzeniem po towarzyszącej kobiecie talii kart.
Z jakichś powodów większość z nich też zdawała się mu znajoma, choć twarze były nieco zamazane. Zamrugał.
Może jednak wypił coś, co doprowadziło go do takiego stanu…
Czuł się zagubiony i nawet logika snu nie mogła do końca tego poczucia niewłaściwości zniwelować. W jego głowie odbijała się myśl, że bardzo chciałby stąd wyjść, nie potrafił jednak jeszcze zrozumieć, że to wszystko nie jest prawdziwe. Miał raczej wrażenie, że oszalał, a może podpadł w jakiś sposób Nell i kobieta zamiast wyjąć z apteczki środek na chorobę albo obrażenia, sprezentowała mu coś halucynogennego…
– Na Slytherina… – syknął, wyciągając różdżkę i celując w wodę. Chciał sprawić, że ta wyparowała, ale z jakichś powodów miał problem z wykonaniem właściwego gestu. Opuścił rękę, skonfundowany. Nie zapominał inkantacji. Gdy raz zobaczył prawidłowy ruch, wiedział, jak go wykonać. Dlaczego teraz to nie działało tak, jak trzeba?
– Może w takim razie ja jestem Kapelusznikiem – powiedział, unosząc głowę ku niebu. Gdy rośliny wokół były tak duże, zdawało się nieskończenie dalekie. Nie wiedzieć czemu na słowa Nell przed oczyma stanął mu obraz Slytherina, takim jakim był na posągu, który Cathal widział w Hogwarcie, ale z kapeluszem na głowie.
Ciekawe, czy Salazar też był szalony, i to szaleństwo przekazał wszystkim swoim przodkom w dziedzictwie, czy to jego podszepty doprowadzały Gauntów do obłędu…
– A moja matka zabiłaby cię za te słowa – dodał jeszcze, nim przeniósł wzrok z powrotem na Jamila. Czy widział go kiedyś tak zdenerwowanym? Może wtedy, kiedy się martwił, że nie zdążą wrócić do obozu na deser, a tego dnia podawali bardzo smaczną bakławę…? Kim była Królowa Kier, że wzbudzała w Anwarze aż takie zdenerwowanie?
– Twój wachlarz właśnie zjadła Nell, z nią rozmawiaj – odparł z irytacją. Może i czarodzieje dyskryminowali głównie z uwagi na krew, ale Cathal, choć lubił uważać się za obywatela świata, był jednak Anglikiem. Źle znosił to, że rozkazy wydawał mu Egipcjanin, młodszy w dodatku od niego… a nie, zaraz. Nie Egipcjanin. Królik. – A zielony szalik Slytherinu jest mój. Nie jesteś Ślizgonem. Nie byłeś nawet w Hogwarcie. A gdybyś był, na pewno trafiłbyś do Hufflepuffu.
Dla Cathala była to swego rodzaju obelga. W końcu, choć nie był śmierciożercą, to Ślizgonem z krwi i kości już owszem. W porządku, w okolicach piątego czy szóstego roku dotarło do niego to i owo, i po SUMAch nawet zadawał się z osobami z innych Domów, i do pewnego stopnia lubił paru Puchonów (acz wtedy miał raczej niewielu znajomych i trudno było to nazwać przyjaźnią), ale teraz, w tej przedziwnej krainie, nie myślał o takich rzeczach.
A potem rozległy się trąbki.
Oczywiście.
– Powinienem się domyśleć – westchnął, odkrywając, że to Alethea anonsowała swoje przybycie w ten sposób. – Co to w ogóle ma znaczyć? I dlaczego tak uparcie Jamil szuka dla ciebie wachlarza? Ten, który zabrałaś mnie z bagaży, gdy wracaliśmy z Egiptu, a jestem pewien, że to byłaś ty, ci już nie wystarczy? – prychnął, wodząc spojrzeniem po towarzyszącej kobiecie talii kart.
Z jakichś powodów większość z nich też zdawała się mu znajoma, choć twarze były nieco zamazane. Zamrugał.
Może jednak wypił coś, co doprowadziło go do takiego stanu…