Spojrzenie zaklęte maską gdzieś w meandrach umysłu, przemglone i zmęczone kolejną bezsenną nocą, o sinych śladach na wrażliwej skórze pod oczami świadczyły jednogłośnie, iż nie była pierwszą. Prawdziwie zbolałe westchnięcie opuściło jej usta naprędce, zupełnie nie zatrzymując się w progu pełni warg. Coś było abstrakcyjnego w tej sytuacji; coś szeptało jej, iż jego obecność jest nieprzypadkowa, a i na proscenium myśli świdrował zakład, którego dokonała parszywie i bezdusznie. Wiedziała jednak, iż Logan Borgin był równie pozbawiony światła w sercu jak ona sama; wiedziała, iż był zdolny do czynów żarliwych i nade wszystko obraźliwych – prawdopodobnie dlatego w jej sercu żmii znalazło się dla niego miejsce specjalne – gdzieś na dnie aberracji przeszłości.
Nie siliła się na uśmiech, jednak jej wargi zadrżały nieprzejednanie, gdy ściągała je w jedną stronę, zupełnie jakby chciała rozprostować zmięte prześcieradło, aby po chwili rozluźnić usta. Wbijała weń sztylety wzroku jeszcze długi czas, analizując każdy jego ruch – wszystkie szkopuły zawierające się w chodzie, prędkość oddechu, stoicyzm wpisany w uwerturę. Nic nie sugerowało, jakoby był pijany wysokoprocentowymi trunkami.
A przecież Logan Borgin nie przyszedłby do niej w stanie nieskalanym.
Najwyraźniej coś w czystości jego niezachwianej trzeźwości przekonało Lycoris dogłębnie o celowości jego przyjścia; wiedziała, że musiał czegoś od niej chcieć.
Skrzyżowała chuderlawe ręce na piersi i dopiero wówczas napomniała się o własnej półnagości. Szybki rzut okiem na to, co przysłonięte zostało utrwalił ją w pewności, iż nie będzie sięgać po szlafrok jak onieśmielona podlotka. Lycoris Black uczucia wstydu nie znała.
Podeszła do aneksu kuchennego, sięgając po dwie kryształowe szklanki, aby wypełnić je sowicie ognistą. Zapatrzyła się na moment w rubinową ciecz, zanim dotarły do niej jego słowa.
– Przysługi? No co ty, byłam pewna, że przyszedłeś na ploteczki – sarknęła jadowicie.
Nieprędko podała mu szkło wypełnione procentami – te zawsze rozwiązywały język i czyniły nieprzytomnie w umyśle; na tyle, aby Logan nie zwymiotował na dywan prosząc ją o pomoc. Rzuciła naprędce okiem na masywny zegar ścienny.
Pierwsza trzydzieści siedem.
Minęło dosłownie pięć minut, które wystarczyły, aby miała go dość. Wysoka, chybotliwa sylwetka skierowała się ku mężczyźnie, zatrzymując się jedynie dziesiątki centymetrów, łamiąc ten umowny dystans, który zawierał się w ich relacji odkąd dała mu kosza w wieku dwunastu lat.
Nie wątpiła, czy ten cynizm, z którym go wówczas potraktowała, jeszcze go przejmuje. Może nawet Logan Borgin płakał w poduszkę, pomny tego zdarzenia?
– No już, czego chcesz? – rzuciła oschle, unosząc szklankę do pełni warg.