04.12.2025, 13:23 ✶
Patrzyłem, jak przygląda mi się tak, jakby zastanawiała się, gdzie podział się typ, który trzy dni temu wyglądał jak porzucona brudna szmata. Zerknąłem na nią spod oka, bo wyglądała tak, jakby faktycznie wyobrażała sobie moją upierdliwą zjawoformę siedzącą jej na kanapie, a kiedy powiedziała, że to „urocze”, że zamierzałem słuchać swojej żony nawet po śmierci, spojrzałem na nią jak na osobę, która właśnie zdiagnozowała u mnie coś śmiertelnego.
- No tak, tak, „ulosze”. - Parsknąłem. - Jakbyś wiedziała, ile lasy ja się jusz na śmielsi pszejechałem, to na moim miejscu tesz doceniłabyś, sze pszynajmniej jedna kobieta tszyma cię za moldę nawet w zaświatach. - Zmrużyłem oczy, bo musiała zrozumieć, że nie rzucam tego lekko.
Patrzyła na mnie jak na jakiegoś jebanego wielkiego psa, który próbował udawać groźnego, a kończył szczęśliwie machając ogonem, co było samo w sobie tak absurdalne, że aż poczułem, jak zmienia mi się mina - szczeniak, ja? - co gorsza, poza tym spojrzeniem, nie mogłem nic z tym zrobić, bo humor miałem tak dobry, że aż nienaturalny - ona też to zauważyła, nie dało się tego uniknąć, za żadne skarby. Patrzyła na mnie jak na jakiegoś jebanego optymistę z przeceny.
I wtedy padło to jej „to czyni mnie trochę wyjątkową”.
- Wyjątkowa to ty byłaś zawsze. - Prychnąłem. Rodzinna tradycja pasywnej agresji - tęskniłem za tym.
Prychnąłem znowu - dziś dużo prychałem - kiedy zaczęła filozofować o katastrofach i o tym, że czasem warto być rozpierdolonym. Usłyszałem jej tłumaczenie o byciu takim od czasu do czasu, oczywiście, że mogłem się z nią zgodzić - każdy z nas miał swoje pieprzone dna, jakoś mnie to nawet uspokajało.
- Wszyscy czasem wyglądamy jak gówno wyciągnięte s szeki. - Wzruszyłem ramionami. - Lósnisa polega na tym, sze nie kaszdy potlafi s tego wyjść. Ty potlafis. Ja tesz. Zawsze byliśmy tlochę nie do zajebania. - Było w tym dużo prawdy, zawsze działała intensywnością, którą dało się pomylić z autodestrukcją, a ja byłem nie lepszy. Kiedy mówiła, że pamiętamy rzeczy „do wyciągania sobie nawzajem”, kiwnąłem głową z udawanym namysłem.
- Nie po to mam język, szeby go glyść. - Uniosłem głowę, zmrużyłem oczy, uśmiechnąłem się kątem ust. - Pamiętam. Ty pamiętasz. Oboje jesteśmy pamiętliwi jak stale baby na talgu. - Powiedziałem, zerkając na nią spod uniesionych brwi. - I właśnie dlatego ta współplaca s nami to dla innych koszmal. Idealnie. Supel pelspektywa, dziękuję balso. - Wyszczerzyłem się, prezentując tę nieszczęsną jedynkę, która faktycznie wyglądała jak wyjęta z komedii.
A kiedy dodała to swoje, że „nie interesuje jej, co robię w wolnym czasie, chyba że z jej mężem”, uniosłem brwi.
- Nie maltw się. Najgolsze szeszy lobiłem s nim za młodu, więc nic nowego cię nie czeka. Jak będę lobił s twoim męszem coś niewłaściwego, to ci napiszę list. „Dloga Gelaldine, dziś s twoim męszem piliśmy, paliliśmy, pszeklinaliśmy i szaltowaliśmy s tlupów. S powaszaniem, Benjy”. - Uniosłem palec. - I nalysuję seldusko. - Geraldine lubiła serduszka.
Usiadłem na kanapie jak u siebie w domu, w końcu znałem gospodynię wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że albo tego nie skomentuje, albo skomentuje w charakterystycznie paskudny sposób - jej wybór.
Ale cała gadka prysła w sekundę, kiedy dostrzegła obrączkę. A potem… Och, kurwa, potem zaczęła się część z patrzeniem na mnie, jak jastrząb. Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się, jakby właśnie zobaczyła smoka w ich salonie, a nie metalowy krążek na moim palcu. Wybuchła jak bombarda, a ja wiedziałem, że nie ma odwrotu, ale kiedy powiedziała, że to „grube”, wciąż parsknąłem.
- Dziękuję, doceniam. Lobię wszystko na glubą skalę. Ty tesz byś nie poszła do niej s kwiatkami, gdybyś była pewna, nie pieldol. - Spojrzałem na nią z politowaniem. Potem słuchała, kiwała, przetwarzała wszystko jak alchemiczną recepturę, a ja patrzyłem na nią z rosnącym rozbawieniem, bo naprawdę wyglądała na kogoś, kto właśnie usłyszał o nowym gatunku magicznego stworzenia. Chodziła po salonie jak jakaś rozkręcona zaklinaczka deszczu, próbująca przetworzyć zlecenie, które dostała zbyt wcześnie. Słuchałem, jak mówi, że nie wyglądam już na truposza na krawędzi - jasne, nadal miałem obitą twarz i tę cholerna jedynkę wyłamaną, ale… Miała rację, czułem się inaczej, jakby ktoś mi wyciągnął gwóźdź z mostka. Worek gwoździ, właściwie.
„Nie wyglądasz już jak zbity pies” - na to prychnąłem.
- Dzięki, balso plofesjonalna opinia. Naplawdę, twoje wspalsie jest jak balsam na duszę. Cieszę się, sze nie wyglądam jak pies. Uff, ulga. - Na jej reakcję parsknąłem śmiechem - rzadko to robiłem, nie przy niej, ale teraz było inaczej - śmiałem się za głośno, naturalniej, jakbym dopiero uczył się oddychać po raz drugi, a ona patrzyła na mnie tak, jakby nie mogła uwierzyć, że jestem tą samą osobą, którą widziała wcześniej, może nie byłem.
- No co poladzę? Zawsze miałem doble pledyspozycje. Stabilność emocjonalna, wysoka wytszymałość, silne lęce, a do tego potlafię lobiś śniadania i pszeplaszaś tak, sze nogi miękną. To się nazywa „pakiet małszeński.” - Wyciągnąłem nogi przed siebie i odchyliłem głowę. - Usiąś w końcu, bo zaczniesz mi pszypominaś mojego ojca, kiedy liczył, ile podatków mu zablali, a jebaniec i tak uklywał większość dochodów, bo by był na jakimś szóstym plogu podatkowym. - Mruknąłem, chociaż widok jej w tej formie naprawdę mnie bawił.
Potem przyszło jej stwierdzenie o „bad boy’ach”. W końcu padło „widzę twoją mordę, ale laski na takich lecą.”
- Stop, stop, stop. - Opowiedziałem, unosząc rękę, jakbym zatrzymywał rozpędzoną miotłę
Wypuściłem powietrze przez nos, oparłem przedramię o kolano, pochyliłem się lekko w jej stronę - że niby nie jestem przystojny, trzeba mnie „podrasować” w książce. Tu już mi ręce opadły.
- Weś spieldalaj, Gelda, naplawdę. - Przygryzłem policzek, patrząc na nią z udawanym wyrzutem, chociaż ten pierdolony błysk w moich oczach zepsuł cały efekt. - Jestem, kulwa, pszystojny. Wyplaszam sobie. - Prychnąłem, bo sama sugestia, że mogłem kiedykolwiek uchodzić za nieatrakcyjnego, była absurdem. - Telas i w młodości tesz. Widziałaś mnie w Hogwalsie. I, pszeplasam balso, ale miałem wtedy większe powodzenie nisz połowa twojego loku szeńskiego, a jusz na pewno więcej nisz ci wszyscy nadęci debile, któszy myśleli, że spolt i pieniądze wylównają blak osobowości. - Wskazałem na siebie dłonią, powoli. - Nie jestem szadnym maszkalonem, nie wyglądam jak galgulec ani troll. A to, sze moja sona jest spoza mojej ligi, to świadczy tylko o tym, sze mam dobly gust i potlafię podejmowaś ambitne wyzwania. Miałem zawsze powodzenie, tylko byłem zbyt zajęty lobieniem głupich szeszy, szeby się tym chwaliś. Wiesz, jak to działa. - Prychnąłem, poprawiając kołnierz, jakby miał mi dać dodatkowe pięć punktów do urody.
A potem wyskoczyła z tym, że mam ją zatrzymać, jak będzie przeginać, mam ją trzaskać, jak trzeba. Powiodłem spojrzeniem po jej salonie, jakbym szukał odpowiednich słów.
- Zatszymam cię. - Powiedziałem twardo. - Bo nie potszebuję kolejnego tlupa do kolekcji, posa tym lubię cię całą i żywą, jak będziesz lobiś sklajne głupoty, to cię otsząsnę tak, jak ty mnie ostatnio. Dzięki. - Oparłem ramię na oparciu kanapy, waląc jej spojrzenie pełnenagłej powagi.
A gdy wspomniała o kiecce…
- Och, w sukience to ja wyglądałem zajebiście. - Mruknąłem z absolutnym brakiem wstydu. Zamknąłem oczy, parsknąłem i potrząsnąłem głową. - Zlesztą to była jakaś piepszona punkowa spódnica, nie sukienka. Wyglądałem świetnie. Zdecydowanie miałem nogi. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była najmniej żenująca rzecz na świecie. - To było dla jaj. Zakład, gówno wale zasady, McGonagall plawie dostała zawału, no i było po splawie, ale nie mów, sze cię to asz tak szokuje. Nie lobiłem s tego tajemnicy. W sumie… Ty wtedy byłaś ze tszy lata niszej, więc mosze ci umknęło. - Wzruszyłem ramionami i parsknąłem. - Więc jak mówisz, sze masz telas pszed oczami mnie w sukience… Śmiało. To nie pielwszy las, kiedy ktoś ma to w głowie. Niektószy mają nawet zdjęcia. - Wzruszyłem ramionami z bezczelną prostotą.
Gdy skończyła, kiedy w końcu wypowiedziała „gratulacje”, poczułem coś dziwnie miękkiego pod żebrami. Nieczęsto słyszałem gratulacje, które brzmiały tak, jakby naprawdę je myślała.
- Dzięki, kuzynko. - Powiedziałem spokojniej niż kiedykolwiek wcześniej. - Doceniam. - W końcu wiedziałem, że nie była od takich rzeczy, to faktycznie miało znaczenie.
- No tak, tak, „ulosze”. - Parsknąłem. - Jakbyś wiedziała, ile lasy ja się jusz na śmielsi pszejechałem, to na moim miejscu tesz doceniłabyś, sze pszynajmniej jedna kobieta tszyma cię za moldę nawet w zaświatach. - Zmrużyłem oczy, bo musiała zrozumieć, że nie rzucam tego lekko.
Patrzyła na mnie jak na jakiegoś jebanego wielkiego psa, który próbował udawać groźnego, a kończył szczęśliwie machając ogonem, co było samo w sobie tak absurdalne, że aż poczułem, jak zmienia mi się mina - szczeniak, ja? - co gorsza, poza tym spojrzeniem, nie mogłem nic z tym zrobić, bo humor miałem tak dobry, że aż nienaturalny - ona też to zauważyła, nie dało się tego uniknąć, za żadne skarby. Patrzyła na mnie jak na jakiegoś jebanego optymistę z przeceny.
I wtedy padło to jej „to czyni mnie trochę wyjątkową”.
- Wyjątkowa to ty byłaś zawsze. - Prychnąłem. Rodzinna tradycja pasywnej agresji - tęskniłem za tym.
Prychnąłem znowu - dziś dużo prychałem - kiedy zaczęła filozofować o katastrofach i o tym, że czasem warto być rozpierdolonym. Usłyszałem jej tłumaczenie o byciu takim od czasu do czasu, oczywiście, że mogłem się z nią zgodzić - każdy z nas miał swoje pieprzone dna, jakoś mnie to nawet uspokajało.
- Wszyscy czasem wyglądamy jak gówno wyciągnięte s szeki. - Wzruszyłem ramionami. - Lósnisa polega na tym, sze nie kaszdy potlafi s tego wyjść. Ty potlafis. Ja tesz. Zawsze byliśmy tlochę nie do zajebania. - Było w tym dużo prawdy, zawsze działała intensywnością, którą dało się pomylić z autodestrukcją, a ja byłem nie lepszy. Kiedy mówiła, że pamiętamy rzeczy „do wyciągania sobie nawzajem”, kiwnąłem głową z udawanym namysłem.
- Nie po to mam język, szeby go glyść. - Uniosłem głowę, zmrużyłem oczy, uśmiechnąłem się kątem ust. - Pamiętam. Ty pamiętasz. Oboje jesteśmy pamiętliwi jak stale baby na talgu. - Powiedziałem, zerkając na nią spod uniesionych brwi. - I właśnie dlatego ta współplaca s nami to dla innych koszmal. Idealnie. Supel pelspektywa, dziękuję balso. - Wyszczerzyłem się, prezentując tę nieszczęsną jedynkę, która faktycznie wyglądała jak wyjęta z komedii.
A kiedy dodała to swoje, że „nie interesuje jej, co robię w wolnym czasie, chyba że z jej mężem”, uniosłem brwi.
- Nie maltw się. Najgolsze szeszy lobiłem s nim za młodu, więc nic nowego cię nie czeka. Jak będę lobił s twoim męszem coś niewłaściwego, to ci napiszę list. „Dloga Gelaldine, dziś s twoim męszem piliśmy, paliliśmy, pszeklinaliśmy i szaltowaliśmy s tlupów. S powaszaniem, Benjy”. - Uniosłem palec. - I nalysuję seldusko. - Geraldine lubiła serduszka.
Usiadłem na kanapie jak u siebie w domu, w końcu znałem gospodynię wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że albo tego nie skomentuje, albo skomentuje w charakterystycznie paskudny sposób - jej wybór.
Ale cała gadka prysła w sekundę, kiedy dostrzegła obrączkę. A potem… Och, kurwa, potem zaczęła się część z patrzeniem na mnie, jak jastrząb. Widziałem, jak jej oczy rozszerzają się, jakby właśnie zobaczyła smoka w ich salonie, a nie metalowy krążek na moim palcu. Wybuchła jak bombarda, a ja wiedziałem, że nie ma odwrotu, ale kiedy powiedziała, że to „grube”, wciąż parsknąłem.
- Dziękuję, doceniam. Lobię wszystko na glubą skalę. Ty tesz byś nie poszła do niej s kwiatkami, gdybyś była pewna, nie pieldol. - Spojrzałem na nią z politowaniem. Potem słuchała, kiwała, przetwarzała wszystko jak alchemiczną recepturę, a ja patrzyłem na nią z rosnącym rozbawieniem, bo naprawdę wyglądała na kogoś, kto właśnie usłyszał o nowym gatunku magicznego stworzenia. Chodziła po salonie jak jakaś rozkręcona zaklinaczka deszczu, próbująca przetworzyć zlecenie, które dostała zbyt wcześnie. Słuchałem, jak mówi, że nie wyglądam już na truposza na krawędzi - jasne, nadal miałem obitą twarz i tę cholerna jedynkę wyłamaną, ale… Miała rację, czułem się inaczej, jakby ktoś mi wyciągnął gwóźdź z mostka. Worek gwoździ, właściwie.
„Nie wyglądasz już jak zbity pies” - na to prychnąłem.
- Dzięki, balso plofesjonalna opinia. Naplawdę, twoje wspalsie jest jak balsam na duszę. Cieszę się, sze nie wyglądam jak pies. Uff, ulga. - Na jej reakcję parsknąłem śmiechem - rzadko to robiłem, nie przy niej, ale teraz było inaczej - śmiałem się za głośno, naturalniej, jakbym dopiero uczył się oddychać po raz drugi, a ona patrzyła na mnie tak, jakby nie mogła uwierzyć, że jestem tą samą osobą, którą widziała wcześniej, może nie byłem.
- No co poladzę? Zawsze miałem doble pledyspozycje. Stabilność emocjonalna, wysoka wytszymałość, silne lęce, a do tego potlafię lobiś śniadania i pszeplaszaś tak, sze nogi miękną. To się nazywa „pakiet małszeński.” - Wyciągnąłem nogi przed siebie i odchyliłem głowę. - Usiąś w końcu, bo zaczniesz mi pszypominaś mojego ojca, kiedy liczył, ile podatków mu zablali, a jebaniec i tak uklywał większość dochodów, bo by był na jakimś szóstym plogu podatkowym. - Mruknąłem, chociaż widok jej w tej formie naprawdę mnie bawił.
Potem przyszło jej stwierdzenie o „bad boy’ach”. W końcu padło „widzę twoją mordę, ale laski na takich lecą.”
- Stop, stop, stop. - Opowiedziałem, unosząc rękę, jakbym zatrzymywał rozpędzoną miotłę
Wypuściłem powietrze przez nos, oparłem przedramię o kolano, pochyliłem się lekko w jej stronę - że niby nie jestem przystojny, trzeba mnie „podrasować” w książce. Tu już mi ręce opadły.
- Weś spieldalaj, Gelda, naplawdę. - Przygryzłem policzek, patrząc na nią z udawanym wyrzutem, chociaż ten pierdolony błysk w moich oczach zepsuł cały efekt. - Jestem, kulwa, pszystojny. Wyplaszam sobie. - Prychnąłem, bo sama sugestia, że mogłem kiedykolwiek uchodzić za nieatrakcyjnego, była absurdem. - Telas i w młodości tesz. Widziałaś mnie w Hogwalsie. I, pszeplasam balso, ale miałem wtedy większe powodzenie nisz połowa twojego loku szeńskiego, a jusz na pewno więcej nisz ci wszyscy nadęci debile, któszy myśleli, że spolt i pieniądze wylównają blak osobowości. - Wskazałem na siebie dłonią, powoli. - Nie jestem szadnym maszkalonem, nie wyglądam jak galgulec ani troll. A to, sze moja sona jest spoza mojej ligi, to świadczy tylko o tym, sze mam dobly gust i potlafię podejmowaś ambitne wyzwania. Miałem zawsze powodzenie, tylko byłem zbyt zajęty lobieniem głupich szeszy, szeby się tym chwaliś. Wiesz, jak to działa. - Prychnąłem, poprawiając kołnierz, jakby miał mi dać dodatkowe pięć punktów do urody.
A potem wyskoczyła z tym, że mam ją zatrzymać, jak będzie przeginać, mam ją trzaskać, jak trzeba. Powiodłem spojrzeniem po jej salonie, jakbym szukał odpowiednich słów.
- Zatszymam cię. - Powiedziałem twardo. - Bo nie potszebuję kolejnego tlupa do kolekcji, posa tym lubię cię całą i żywą, jak będziesz lobiś sklajne głupoty, to cię otsząsnę tak, jak ty mnie ostatnio. Dzięki. - Oparłem ramię na oparciu kanapy, waląc jej spojrzenie pełnenagłej powagi.
A gdy wspomniała o kiecce…
- Och, w sukience to ja wyglądałem zajebiście. - Mruknąłem z absolutnym brakiem wstydu. Zamknąłem oczy, parsknąłem i potrząsnąłem głową. - Zlesztą to była jakaś piepszona punkowa spódnica, nie sukienka. Wyglądałem świetnie. Zdecydowanie miałem nogi. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była najmniej żenująca rzecz na świecie. - To było dla jaj. Zakład, gówno wale zasady, McGonagall plawie dostała zawału, no i było po splawie, ale nie mów, sze cię to asz tak szokuje. Nie lobiłem s tego tajemnicy. W sumie… Ty wtedy byłaś ze tszy lata niszej, więc mosze ci umknęło. - Wzruszyłem ramionami i parsknąłem. - Więc jak mówisz, sze masz telas pszed oczami mnie w sukience… Śmiało. To nie pielwszy las, kiedy ktoś ma to w głowie. Niektószy mają nawet zdjęcia. - Wzruszyłem ramionami z bezczelną prostotą.
Gdy skończyła, kiedy w końcu wypowiedziała „gratulacje”, poczułem coś dziwnie miękkiego pod żebrami. Nieczęsto słyszałem gratulacje, które brzmiały tak, jakby naprawdę je myślała.
- Dzięki, kuzynko. - Powiedziałem spokojniej niż kiedykolwiek wcześniej. - Doceniam. - W końcu wiedziałem, że nie była od takich rzeczy, to faktycznie miało znaczenie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)