Heather Wood czekała. Nie miała pojęcia, kim był klątwołamacz o którym wspomniał Erik. Napisała jednak do niego, bo skoro wuja mówił, że jest dobry, to musiał być dobry. Nie wprowadziłby ją w maliny, czy coś. Musiała znaleźć sobie nowego opiekuna, bo Florence umarła, jej klątwa nadal istniała, więc warto było się zainteresować tematem. Ogólnie nie była dla niej jakoś bardzo uciążliwa, Heather pracowała nad sobą, udawało jej się szkolić kształtowanie, dzięki czemu surowa magia, która w niej siedziała wydawała się być całkiem nieźle opanowana. Nie zalewała już wszystkich jak leci, ale nadal bywały te momenty. Gdy traciła nad sobą kontrolę, kiedy wypełniały ją zbyt intensywne emocje, te pozytywne i negatywne, nie mogła pozwalać sobie na taką niedyspozycję, zwłaszcza, że przecież ryzykowała życie i w pracy i poza nią. Musiała nieć pewność, że jej ciało jej nie zawiedzie, że nagle nie pozwoli sobie odpłynąć, no kurde.
Była podekscytowna, jak zawsze przed tym kiedy miała się spotkać z kimś nowym. Korzystała z usług najróżniejszych klątwołamaczy, zastanawiała się, czy ten będzie podobny do którego z tych z jej przeszłości. Miała nadzieję, że nie będzie jak Florence, ją lubiła najmniej, jasne, szkoda, że umarła - to jednak nie zmieniało tego, że jak żyła Ruda za nią nie przepadała, no wcale jej nie lubiła. Florence była wredna i gnębiła Camerona, to był wystarczający powód, aby jej nie lubić. Była niezłą uzdrowicielką, ale człowiekiem... cóż, nie powinno się mówić źle o zmarłych, więc nawet w myślach nie powinna tego komentować, bo znając ją postanowi wrócić na ziemię tylko po to, aby spojrzeć na kogoś swoim oceniającym spojrzeniem.
Jej rodziców nie było w domu. Ojciec znajdował się w w sklepie na dole, pewnie znowu robił jakieś turbo-super-ekstra miotły na zapleczu, a mama, mama była gdzieś, znowu wysłali ją na jakieś zgrupowanie za granicę, Heather była przywyczajona do tego, że rzadko kiedy Lizzy można było złapać na miejscu.
Usłyszała pukanie do drzwi, wyrwała bardzo szybko w ich stronę, powinna zdjąć z twarzy ten uśmiech, bo typ pomyśli, że jest jakaś pojebana, ale tak już miała, że jak się ekscytowała to okazywała to przede wszystkim wyrazem swojej twarzy.
Otworzyła drzwi na oścież i wtedy zmienił się jej wyraz twarzy. Pamiętała tego typa. O kurwa, gdzie jest różdżka??? Jak niby mogła zostawić różdżkę w salonie, kiedy pierdoleni śmierciożercy pukali do drzwi, sama mu otworzyła, nosz kurwa mać, będzie musiała walczyć na pięści. Już raz próbowała go znokautować, ale jej nie wyszło, była jednak zawzięta, jak nie wtedy to teraz, czy coś. Oczywiście, że racjonalnie oceniała swoje szanse, typ był od niej cięższy chyba z dziesięć razy, ale ona była zwinna, zwinna jak salamandra, nawet nie zauważy jak go capnie.
Dużo działo się w jej głowie, tyle, że typ nadal stał, nie podniósł różdżki, to było dziwne.
- Co tak stoisz? - Napięła się nieco, wyglądała jak wkurzony skrzat, uniosła pięści, gotowa do ewentualnej walki. - Nie zabijesz mnie tak łatwo. - Dodała jeszcze.