04.12.2025, 17:08 ✶
Śledził ruchy Gabriela wzrokiem i kiedy ten zbliżył się, leniwie podniósł głowę z oparcia i zabrał rękę z poręczy, robiąc mu miejsce, jakby to był całkiem naturalny odruch. Przyjął kieliszek z rąk wampira, a potem jego szkło z cichym dźwiękiem spotkało się z szyjką butelki i Hannibal z wielkim zainteresowaniem obserwował wypełniający naczynie trunek, bardzo starannie nie patrzył na górującego nad nim na poręczy fotela hrabiego, do chwili, gdy padło jego imię, a tyrada Gabriela z jakiegoś powodu została skierowana do niego osobiście (czyli żenująco krótko).
To mógł być błąd, jeżeli chodziło o jego plan udawania niewzruszonego. Podniósłszy wzrok napotkał niebieskie oczy wampira i zorientował się, że nigdy jeszcze nie widział ich w porządnym świetle. I że nie błyszczą już niewylanymi łzami, jak wtedy, tylko… czymś innym.
Dopiero, gdy hrabia uniósł butelkę do ust, chłopak przypomniał sobie o własnym kieliszku. Przełknął ślinę, oderwał wzrok od poruszającej się grdyki Gabriela i szybko wychylił swój koniak, ogrzany w dłoni i tak paskudny w smaku, że przeszły go ciarki. Słuchając dalszej części opowieści, zajął się obserwacją Jessiego, który wyglądał na trochę zdezorientowanego i bardziej, niż trochę poirytowanego oraz Jonathana, który miał minę, jakby był zmuszony jeść żyletki.
Co ten Montbel wygadywał? Czyżby faktycznie ktoś nasłał na niego łowcę wampirów? Uśmiechnął się lekko, na wpół do siebie, a na wpół - porozumiewawczo - do Jessiego.
Oh, doprawdy? Zabić takiego pluszowego misia?
Wcale nie zdziwiłoby go, gdyby Gabriel sobie na to zasłużył. Mógł się zarzekać, że pyta o zgodę, ale Hannibal doskonale pamiętał uderzenie plecami i głową o deski sceny, szarpnięcie za włosy, syczane z furią obelgi… desperacki szept i chłodne wargi na gorącej skórze i…
...i byłem tylko rekwizytem, bo pewnie cały czas myślał o Jonathanie!
Te słowa ledwo przechodziły mu przez myśl i sprawiały, że błogosławił swój brak skłonności do rumieńców. Zacisnął palce na nóżce pustego kieliszka i wbił weń wzrok, by nie musieć patrzeć nikomu w oczy w tym momencie. Odetchnął powoli, rozluźniając się.
Spokojnie. Wypuść to. Graj.
Wdech. Wydech. Usiadł wygodniej, rozsuwając szerzej kolana, zajmując przestrzeń, jakby doskonale panował nad sytuacją, chociaż miał wrażenie, że nie panuje nad niczym, nawet nad sobą. Ciało wampira nie musiało promieniować ciepłem, by był doskonale świadom jego obecności tuż obok, zrządzeniem losu albo może jakąś dziwną wampirzą preferencją akurat po stronie blizny, którą w rozprzężeniu wolnego od pracy dnia po pełnym wydarzeń weekendzie pozostawił niezakrytą, polegając na tym, że przyćmione światło i kołnierzyk koszuli uchronią ją przed zauważeniem.
Kap.
Drgnął, kiedy zimna woda skapnęła mu za koszulę i spłynęła na obojczyk. Podniósł dłoń, jakby chciał ją zetrzeć, ale zamiast tego odgarnął włosy za ucho i powolnym, pieszczotliwym gestem przesunął palcami po białych, nierównych śladach zębów, niby mimochodem poprawiając kołnierzyk tak, by były doskonale widoczne dla patrzącego z góry Gabriela, choć raczej nie dla pozostałych. Niespiesznie, spokojnie, bo przecież taką rolę grał, przeciwwagi dla szurniętego krwiopijcy, podniósł na niego oczy. Oblizał wargi, całkiem niechcący w dokładnie tym samym momencie, co on.
- Gdybyś zobaczył, co mają za żelazną kurtyną, nie byłbyś tak chętny do krytykowania wyposażenia Jonathana… - mruknął z lekkim, uśmiechem, na tyle wyraźnie, by było to doskonale słyszalne przez pozostałych.
Przeniósł wzrok na kuzyna, który teraz, TERAZ chciał odpowiadać na pytania. Nie miesiąc temu, kiedy rozmawiali podczas próby do “Martynki i Duchów”. Nie w Mabon, kiedy padały te wszystkie aluzje o gryzieniu. Nawet nie kwadrans albo dwa temu, kiedy hrabia Rochefuck…cokolwiek Montbel stanął w drzwiach, kiedy Hannibal żył jeszcze w błogiej nieświadomości.
Teraz to już nie potrzebuję twoich odpowiedzi, pomyślał, patrząc na Jonathana.