04.12.2025, 16:27 ✶
Dostałem list. Krótki, rzeczowy, może aż nadto, podpisany „Heather Wood”. Zero szczegółów, poza tym, że „wujek polecił”. Jaki wujek? Kim, do cholery, jest wujek? Ale praca to praca, klątwa to klątwa, jeżeli ktoś pisze, że potrzebuje ogarnąć własną magiczną niedyspozycję, to naturalnie - brzmi to po prostu, jak robota. Nic nie wyjaśniałem, nie miałem zamiaru, po prostu umówiłem się na wizję, bo tak było najwygodniej, jeśli ktoś pisze do mnie, że potrzebuje klątwołamacza, to nie zaczynam rozległej korespondencji i wykładów o cudzym życiorysie, swoim tym bardziej. Przyszedłem, bo było zlecenie - tyle.
Pukanie brzmiało normalnie, nie za mocno, nie za słabo, raczej nie do pomylenia z niczym innym, więc nie musiałem czekać zbyt długo, aby lokatorka otworzyła drzwi. Zrobiła to jednak tak szeroko, jakby już na starcie szykowała się do wywalenia mnie z progu kopniakiem, a nie do przyjęcia gościa, którego - teoretycznie - sama zaprosiła. Kiedy otworzyła, a ja zobaczyłem tę… Istotę, pierwsze, co poczułem, to niepokojące déjà vu, jakby moja podświadomość próbowała mi przypomnieć coś bardzo konkretnego, a mój mózg odmawiał przyjęcia faktów dla własnego dobra - bo tę twarz widziałem już raz, i wtedy próbowała mi wypierdolić światło z oczodołów. Mgliście, gdzieś w bardzo odległej przegródce mózgu, kojarzyłem tę mikrą istotę o wzroście dziecka i energii rozjuszonego charta, która ostatnim razem rzuciła się na mnie w kompletnym chaosie, wrzeszcząc coś, czego nawet nie miałem czasu zrozumieć, zanim próbowała mnie trafić pięścią w żuchwę. Wtedy myślałem, że to przypadek, desperacja, jakiś gwałtowny odruch, który można wybaczyć w zamieszaniu.
Ale teraz?
Przyszedłem normalnie - żadnego czającego się gówna, żadnych dramatów - jak ktoś chce kogoś zabić, to nie stuka trzy razy jak sąsiad proszący o sól, ale kiedy drzwi rozwarły się tak szeroko, że prawie wyrżnąłem w futrynę, zobaczyłem ją - najpierw z rozdziawionym, idiotycznie radosnym uśmiechem - zbyt szerokim, zbyt entuzjastyczny, takim na zasadzie „hej, zapraszam, w ogóle niczego się nie boję” - a potem z miną, jakbym przyszedł tu spalić jej dom. Jej twarz zmieniła się gwałtowniej niż u wilkołaka tuż przed pełnią.
Mrugnięcie okiem później stała przede mną ta sama ruda furiatka, w tym samym bojowym nastroju. Nie miałem pojęcia, kim była, o co chodziło, ani dlaczego wyglądała, jakby zamierzała spróbować mi rozbić nos pięścią wielkości jednej czwartej mojej dłoni.
Jej wzrok: morderczy.
Jej wzrost: przesadzone metr sześćdziesiąt.
Jej masa: tyle co średnia torba ekwipunku.
A mimo to stała naprzeciwko mnie jak wojownik gotowy rozpruć trolla na pół.
Otworzyłem usta, zamknąłem. Znowu otworzyłem. Musiałem na nią spojrzeć naprawdę długo, zanim byłem w stanie wykrztusić cokolwiek sensownego. W mojej głowie kłębiło się tylko narastające, podejrzane poczucie déjà vu i pytanie, czy może przypadkiem nie pomyliłem adresów, bo nikt normalny nie zapraszałby do domu kogoś, kogo wcześniej próbował - bardzo ambitnie wierząc w swoje umiejętności i predyspozycje fizyczne - zajebać.
- …co kulwa? - Zapytałem, bo nie przyszło mi do głowy nic bardziej elokwentnego. Zawiesiłem na niej spojrzenie, ciężkie, nieprzyjemne, takie, jakim obdarza się ludzi, którzy prawdopodobnie właśnie zmarnowali ci czas. Co ja miałem jej niby powiedzieć? „Hej, witam, dzień dobry, cześć i czołem, jestem Benjy, przychodzę sprawdzić klątwę, nie wiem kim jesteś, nie wiem czemu ostatnio mnie napadłaś, nie wiem kim jest twój wujek, ale bardzo doceniam, że zaczynasz od grożenia mi gołymi rękami? Twój wujas chyba nie lubi ani ciebie, ani mnie.” Na Merlina, dlaczego znów ktoś zamierzał mnie bić w czyimś przedpokoju?
Miała wielkie oczy, rozszerzone źrenice, i wyglądała tak, jakby dosłownie czekała, aż wyciągnę różdżkę i odpalę Avadę na progu. A ja tylko stałem, jak debil, bo nie byłem zwyrolem mordującym ludzi za dnia w ich mieszkaniach, nie znałem jej, nie wiedziałem, kim do diabła jest „wujek”, który mnie polecił, i dlaczego ta dziewczyna, o twarzy wkurzonego skrzata domowego, reagowała na mój widok jak byk na czerwoną płachtę. Stała jak zawodnik gotowy na gong, z tą swoją determinacją, której nie da się kupić, ani nauczyć - trzeba ją mieć wrodzoną. Najwyraźniej miała jej za dużo.
Podniosłem brew. Powoli.
- Młoda… - Zacząłem, głosem kompletnie pozbawionym ciepła, bo niby skąd miałoby się tam wziąć, z tą zimną ostrożnością - taką, którą każdy racjonalny człowiek stosuje wobec kogoś, kto uważa, że może mu nagle pogryźć kostki - bo najwyraźniej tak należało mówić do kogoś w trybie „atakuję każdego człowieka w zasięgu półtora metra”. - Jeśli planujesz mnie biś, to mose… Wybiesz naszędzie, któle ma chociasz teoletyczne szanse, dobsze? Masz w domu kij, lulę, cokolwiek? Pytam s tloski. - Spojrzałem za jej plecy, machając podbródkiem. - Moses mnie walnąś stołkiem. Stołki są stwoszone do takich akcji.
Pukanie brzmiało normalnie, nie za mocno, nie za słabo, raczej nie do pomylenia z niczym innym, więc nie musiałem czekać zbyt długo, aby lokatorka otworzyła drzwi. Zrobiła to jednak tak szeroko, jakby już na starcie szykowała się do wywalenia mnie z progu kopniakiem, a nie do przyjęcia gościa, którego - teoretycznie - sama zaprosiła. Kiedy otworzyła, a ja zobaczyłem tę… Istotę, pierwsze, co poczułem, to niepokojące déjà vu, jakby moja podświadomość próbowała mi przypomnieć coś bardzo konkretnego, a mój mózg odmawiał przyjęcia faktów dla własnego dobra - bo tę twarz widziałem już raz, i wtedy próbowała mi wypierdolić światło z oczodołów. Mgliście, gdzieś w bardzo odległej przegródce mózgu, kojarzyłem tę mikrą istotę o wzroście dziecka i energii rozjuszonego charta, która ostatnim razem rzuciła się na mnie w kompletnym chaosie, wrzeszcząc coś, czego nawet nie miałem czasu zrozumieć, zanim próbowała mnie trafić pięścią w żuchwę. Wtedy myślałem, że to przypadek, desperacja, jakiś gwałtowny odruch, który można wybaczyć w zamieszaniu.
Ale teraz?
Przyszedłem normalnie - żadnego czającego się gówna, żadnych dramatów - jak ktoś chce kogoś zabić, to nie stuka trzy razy jak sąsiad proszący o sól, ale kiedy drzwi rozwarły się tak szeroko, że prawie wyrżnąłem w futrynę, zobaczyłem ją - najpierw z rozdziawionym, idiotycznie radosnym uśmiechem - zbyt szerokim, zbyt entuzjastyczny, takim na zasadzie „hej, zapraszam, w ogóle niczego się nie boję” - a potem z miną, jakbym przyszedł tu spalić jej dom. Jej twarz zmieniła się gwałtowniej niż u wilkołaka tuż przed pełnią.
Mrugnięcie okiem później stała przede mną ta sama ruda furiatka, w tym samym bojowym nastroju. Nie miałem pojęcia, kim była, o co chodziło, ani dlaczego wyglądała, jakby zamierzała spróbować mi rozbić nos pięścią wielkości jednej czwartej mojej dłoni.
Jej wzrok: morderczy.
Jej wzrost: przesadzone metr sześćdziesiąt.
Jej masa: tyle co średnia torba ekwipunku.
A mimo to stała naprzeciwko mnie jak wojownik gotowy rozpruć trolla na pół.
Otworzyłem usta, zamknąłem. Znowu otworzyłem. Musiałem na nią spojrzeć naprawdę długo, zanim byłem w stanie wykrztusić cokolwiek sensownego. W mojej głowie kłębiło się tylko narastające, podejrzane poczucie déjà vu i pytanie, czy może przypadkiem nie pomyliłem adresów, bo nikt normalny nie zapraszałby do domu kogoś, kogo wcześniej próbował - bardzo ambitnie wierząc w swoje umiejętności i predyspozycje fizyczne - zajebać.
- …co kulwa? - Zapytałem, bo nie przyszło mi do głowy nic bardziej elokwentnego. Zawiesiłem na niej spojrzenie, ciężkie, nieprzyjemne, takie, jakim obdarza się ludzi, którzy prawdopodobnie właśnie zmarnowali ci czas. Co ja miałem jej niby powiedzieć? „Hej, witam, dzień dobry, cześć i czołem, jestem Benjy, przychodzę sprawdzić klątwę, nie wiem kim jesteś, nie wiem czemu ostatnio mnie napadłaś, nie wiem kim jest twój wujek, ale bardzo doceniam, że zaczynasz od grożenia mi gołymi rękami? Twój wujas chyba nie lubi ani ciebie, ani mnie.” Na Merlina, dlaczego znów ktoś zamierzał mnie bić w czyimś przedpokoju?
Miała wielkie oczy, rozszerzone źrenice, i wyglądała tak, jakby dosłownie czekała, aż wyciągnę różdżkę i odpalę Avadę na progu. A ja tylko stałem, jak debil, bo nie byłem zwyrolem mordującym ludzi za dnia w ich mieszkaniach, nie znałem jej, nie wiedziałem, kim do diabła jest „wujek”, który mnie polecił, i dlaczego ta dziewczyna, o twarzy wkurzonego skrzata domowego, reagowała na mój widok jak byk na czerwoną płachtę. Stała jak zawodnik gotowy na gong, z tą swoją determinacją, której nie da się kupić, ani nauczyć - trzeba ją mieć wrodzoną. Najwyraźniej miała jej za dużo.
Podniosłem brew. Powoli.
- Młoda… - Zacząłem, głosem kompletnie pozbawionym ciepła, bo niby skąd miałoby się tam wziąć, z tą zimną ostrożnością - taką, którą każdy racjonalny człowiek stosuje wobec kogoś, kto uważa, że może mu nagle pogryźć kostki - bo najwyraźniej tak należało mówić do kogoś w trybie „atakuję każdego człowieka w zasięgu półtora metra”. - Jeśli planujesz mnie biś, to mose… Wybiesz naszędzie, któle ma chociasz teoletyczne szanse, dobsze? Masz w domu kij, lulę, cokolwiek? Pytam s tloski. - Spojrzałem za jej plecy, machając podbródkiem. - Moses mnie walnąś stołkiem. Stołki są stwoszone do takich akcji.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)