04.12.2025, 19:40 ✶
Razem z Anthonym ma sprawdzaną tożsamość na wejściu, a potem rozkoszuje się atmosferą rezydencji.
Zdecydowała się na czerń. Nie była to jednak czerń żałobna, ciężka od smutku po wrześniowych zgliszczach, lecz czerń użytkowa, elegancka i – co najważniejsze dla Ceolsige – dająca swobodę. Suknia, choć sięgała kostek, nie pętała nóg zbędnymi warstwami tiulu, a jej krój, dopasowany w talii szeroką szarfą z butelkowozielonego jedwabiu, podkreślał sylwetkę w sposób zdecydowany, acz nienachalny. Materiał opływał jej ciało jak druga skóra, a romboidalny dekolt i wysoki kołnierzyk nadawały jej wygląd surowej, niemal wiktoriańskiej guwernantki, która skrywa pod gorsetem sztylet.
Największe wrażenie robiła jednak maska, która zacierała granicę między kobietą a stworzeniem. Czarne pióra spływały na jej czoło niczym grzywka, rzucając cień na oczy, by potem jaśnieć i przejść płynnie w kremową biel okalającą skronie, aż wreszcie stapiały się z jej naturalnymi, prostymi blond włosami. Z profilu wyglądała jak drapieżny ptak szykujący się do lotu, ze srebrnym dziobem lśniącym w świetle żyrandoli. En face jednak pozostawała sobą – Ceolsige Burke, z jej charakterystycznym, spokojnym spojrzeniem, teraz jedynie bardziej tajemniczym przez wachlarz piór i zachodzący na nos srebrny dziób.
Przechodząc przez kontrolę, obdarzyła ochroniarzy uprzejmym, niemal zawodowym uśmiechem. Znała ten typ ludzi – to oni pilnowali porządku, gdy "wielcy" bawili się w politykę. Szacunek dla bramkarza to podstawa bezpieczeństwa w każdym lokalu, czy to na Nokturnie, czy w Maida Vale.
Gdy zbliżyli się do stołu z eliksirami, jej reakcja była instynktowna. Lata obracania towarem niewiadomego pochodzenia wyrobiły w niej odpowiednie zasady a środowisko nie było szczególnie zaufane: nie pije się niczego, co nie zostało nalane z butelki otwartej na twoich oczach, zwłaszcza gdy efekt ma być "magiczny". – Nie, dziękuję – rzuciła cicho, ale stanowczo do kobiety w masce, unosząc dłoń w geście, który był jednocześnie uprzejmą odmową i barierą nie do przebycia. Nie potrzebowała lewitować ani obrastać w pióra bardziej niż te, które już miała na twarzy. Tym bardziej, że niektóre obserwowane efekty wykraczały poza jej poczucie dobrego smaku.
Odruchowo przyjęła dostojną pozę na gest Anthony'eg. Kiedy chłód jego srebrzystej maski zbliżył się do jej dłoni, Ceolsige poczuła ukłucie satysfakcji z dobranych stylizacji. Pasowali do siebie – on jako lśniący, odległy księżyc, ona jako ptak nocy, który w tym świetle czuje się najlepiej. Miała przeczucie, że jej doradca zarobi kilka punktów.
– Panie Shafiq, jest pan ucieleśnieniem nocy, o której poeci piszą wiersze, a której inni się lękają – odpowiedziała, a jej głos był ciepły, choć niosący nutę rozbawienia. Spojrzała na jego maskę, doceniając kunszt wykonania. Była warta fortunę. – Mój strój to zaledwie cień przy pańskim blasku, ale cieszę się, że nie razi on pańskiego gustu. - Oczywiście nie była to prawda. Materiał, wykonanie, haftowane i wyszywane zdobienia na barkach jej sukni nie należały do tanich. Wiele z kunsztu tego stroju schowane było w wygodzie i swobodzie jaką zapewniał, mimo że na taki nie wyglądał.
Gdy wspomniał o ogrodach i czarnych różach, jej oczy, ukryte pod pióropuszem, błysnęły zainteresowaniem. Groza nieoznaczoności brzmiała jak coś, co Burke'owie cenią najbardziej. – Czarne róże brzmią jak obietnica sekretu, którego nie sposób nie poznać – odparła, splatając palce z jego ramieniem, gotowa dać się poprowadzić. – A groza... cóż, w odpowiednim towarzystwie staje się jedynie dreszczem emocji. Prowadź, Anthony. Zobaczmy, co wyrosło na zgliszczach nastrojów tego miasta.
Ruszyła z nim, pozwalając, by dół jej sukni zawirował w mlecznej mgle pokrywającej posadzkę, ignorując rosnącą grupę gości skuszonych pułapką eliksirów.
Zdecydowała się na czerń. Nie była to jednak czerń żałobna, ciężka od smutku po wrześniowych zgliszczach, lecz czerń użytkowa, elegancka i – co najważniejsze dla Ceolsige – dająca swobodę. Suknia, choć sięgała kostek, nie pętała nóg zbędnymi warstwami tiulu, a jej krój, dopasowany w talii szeroką szarfą z butelkowozielonego jedwabiu, podkreślał sylwetkę w sposób zdecydowany, acz nienachalny. Materiał opływał jej ciało jak druga skóra, a romboidalny dekolt i wysoki kołnierzyk nadawały jej wygląd surowej, niemal wiktoriańskiej guwernantki, która skrywa pod gorsetem sztylet.
Największe wrażenie robiła jednak maska, która zacierała granicę między kobietą a stworzeniem. Czarne pióra spływały na jej czoło niczym grzywka, rzucając cień na oczy, by potem jaśnieć i przejść płynnie w kremową biel okalającą skronie, aż wreszcie stapiały się z jej naturalnymi, prostymi blond włosami. Z profilu wyglądała jak drapieżny ptak szykujący się do lotu, ze srebrnym dziobem lśniącym w świetle żyrandoli. En face jednak pozostawała sobą – Ceolsige Burke, z jej charakterystycznym, spokojnym spojrzeniem, teraz jedynie bardziej tajemniczym przez wachlarz piór i zachodzący na nos srebrny dziób.
Przechodząc przez kontrolę, obdarzyła ochroniarzy uprzejmym, niemal zawodowym uśmiechem. Znała ten typ ludzi – to oni pilnowali porządku, gdy "wielcy" bawili się w politykę. Szacunek dla bramkarza to podstawa bezpieczeństwa w każdym lokalu, czy to na Nokturnie, czy w Maida Vale.
Gdy zbliżyli się do stołu z eliksirami, jej reakcja była instynktowna. Lata obracania towarem niewiadomego pochodzenia wyrobiły w niej odpowiednie zasady a środowisko nie było szczególnie zaufane: nie pije się niczego, co nie zostało nalane z butelki otwartej na twoich oczach, zwłaszcza gdy efekt ma być "magiczny". – Nie, dziękuję – rzuciła cicho, ale stanowczo do kobiety w masce, unosząc dłoń w geście, który był jednocześnie uprzejmą odmową i barierą nie do przebycia. Nie potrzebowała lewitować ani obrastać w pióra bardziej niż te, które już miała na twarzy. Tym bardziej, że niektóre obserwowane efekty wykraczały poza jej poczucie dobrego smaku.
Odruchowo przyjęła dostojną pozę na gest Anthony'eg. Kiedy chłód jego srebrzystej maski zbliżył się do jej dłoni, Ceolsige poczuła ukłucie satysfakcji z dobranych stylizacji. Pasowali do siebie – on jako lśniący, odległy księżyc, ona jako ptak nocy, który w tym świetle czuje się najlepiej. Miała przeczucie, że jej doradca zarobi kilka punktów.
– Panie Shafiq, jest pan ucieleśnieniem nocy, o której poeci piszą wiersze, a której inni się lękają – odpowiedziała, a jej głos był ciepły, choć niosący nutę rozbawienia. Spojrzała na jego maskę, doceniając kunszt wykonania. Była warta fortunę. – Mój strój to zaledwie cień przy pańskim blasku, ale cieszę się, że nie razi on pańskiego gustu. - Oczywiście nie była to prawda. Materiał, wykonanie, haftowane i wyszywane zdobienia na barkach jej sukni nie należały do tanich. Wiele z kunsztu tego stroju schowane było w wygodzie i swobodzie jaką zapewniał, mimo że na taki nie wyglądał.
Gdy wspomniał o ogrodach i czarnych różach, jej oczy, ukryte pod pióropuszem, błysnęły zainteresowaniem. Groza nieoznaczoności brzmiała jak coś, co Burke'owie cenią najbardziej. – Czarne róże brzmią jak obietnica sekretu, którego nie sposób nie poznać – odparła, splatając palce z jego ramieniem, gotowa dać się poprowadzić. – A groza... cóż, w odpowiednim towarzystwie staje się jedynie dreszczem emocji. Prowadź, Anthony. Zobaczmy, co wyrosło na zgliszczach nastrojów tego miasta.
Ruszyła z nim, pozwalając, by dół jej sukni zawirował w mlecznej mgle pokrywającej posadzkę, ignorując rosnącą grupę gości skuszonych pułapką eliksirów.