04.12.2025, 22:55 ✶
Słuchanie swojego własnego głosu było chyba największym wyzwaniem. Brzmiał dziwacznie, skoro normalnie rozchodził jej się pod czaszką, a teraz nagle słyszała to z tak kompletnie innej perspektywy. Ale wzrok, och oczy jej były o wiele bardziej zachwycone. Zafascynowane.
— Tak… to chyba tak znaczy… — zamyśliła się rozmarzona a potem… bardzo niedługo potem zaburczało jej w brzuchu, co totalnie popsuło moment i jakąkolwiek intymność tej sytuacji, nawet jeśli owa intymność była czytelna tylko dla jednej ze stron. — Kończmy i chodźmy na obiad. — wyrzuciła z siebie ochoczo, morfując w siebie z włosami ułożonymi jak trzeba, przetkanymi amuletami i koralikami z rodzinnych stron. — Pokażę Ci najlepszą NAJLEPSZĄ knajpę w całym Londynie. Przetrwała pożar właściwie wiesz, ja też ledwie go przetrwałam wszystko było takie dziwne, serio to popiół padał z czarnych chmur, totalnie tego nie ogarnęłam, a w podziemiach zdawali się wszyscy świętować i dobrze bawić, nie wiem, to było dziwne, tu ludzie umierają, tam uprawiają seks w łazience… Ale to krąg życia mama zawsze mi mówiła, że duch musi krążyć, a ja… a my wiemy to najlepiej. Wiesz. Przez naszą krew. — paplała sobie jak gdyby nigdy nic, przestawiając kartony, porządkując je według wcześniejszej instrukcji. To były takie piękne, takie piękne rzeczy, że nie mogła się na nie napatrzeć, mimo, że tak na prawdę to były tylko rzeczy z e-e… pieca numer cztery być może, a nie rubiny i szafiry. Nie było to ważne.
Co było ważne, że nie dała się zbyt łatwo odlepić o siebie, a nim weszli w ulicę bardzo niemiłą dla wielu osób, przywdziała twarz innego chłopaka, takiego bardzo dobrze znanego w okolicy. Lewis McKinnon może nie dał jej na to permanentnej zgody, ale tak jej się bezpieczniej szło, gdy ludzie kiwali jej głową na powitanie a nie patrzyli spodełba. No i chciała się popisać przed swoim nowym przyjacielem. I była głodna. Bardzo głodna.
- Ja stawiam. - rzuciła radośnie gdy stanęli przed drzwiami jakże przemiłego miejsca o jakże przemiłym szyldzie głoszącym:
— Tak… to chyba tak znaczy… — zamyśliła się rozmarzona a potem… bardzo niedługo potem zaburczało jej w brzuchu, co totalnie popsuło moment i jakąkolwiek intymność tej sytuacji, nawet jeśli owa intymność była czytelna tylko dla jednej ze stron. — Kończmy i chodźmy na obiad. — wyrzuciła z siebie ochoczo, morfując w siebie z włosami ułożonymi jak trzeba, przetkanymi amuletami i koralikami z rodzinnych stron. — Pokażę Ci najlepszą NAJLEPSZĄ knajpę w całym Londynie. Przetrwała pożar właściwie wiesz, ja też ledwie go przetrwałam wszystko było takie dziwne, serio to popiół padał z czarnych chmur, totalnie tego nie ogarnęłam, a w podziemiach zdawali się wszyscy świętować i dobrze bawić, nie wiem, to było dziwne, tu ludzie umierają, tam uprawiają seks w łazience… Ale to krąg życia mama zawsze mi mówiła, że duch musi krążyć, a ja… a my wiemy to najlepiej. Wiesz. Przez naszą krew. — paplała sobie jak gdyby nigdy nic, przestawiając kartony, porządkując je według wcześniejszej instrukcji. To były takie piękne, takie piękne rzeczy, że nie mogła się na nie napatrzeć, mimo, że tak na prawdę to były tylko rzeczy z e-e… pieca numer cztery być może, a nie rubiny i szafiry. Nie było to ważne.
Co było ważne, że nie dała się zbyt łatwo odlepić o siebie, a nim weszli w ulicę bardzo niemiłą dla wielu osób, przywdziała twarz innego chłopaka, takiego bardzo dobrze znanego w okolicy. Lewis McKinnon może nie dał jej na to permanentnej zgody, ale tak jej się bezpieczniej szło, gdy ludzie kiwali jej głową na powitanie a nie patrzyli spodełba. No i chciała się popisać przed swoim nowym przyjacielem. I była głodna. Bardzo głodna.
- Ja stawiam. - rzuciła radośnie gdy stanęli przed drzwiami jakże przemiłego miejsca o jakże przemiłym szyldzie głoszącym:
REJWACH
Koniec sesji