Morpheus mógł być kimkolwiek tego wieczoru. Omotany w białą jedwabną chustę dookoła głowy i ciemnogranatową szatę z tafty, szeleszczącą przy każdym kroku, udrapowaną w fantazyjny sposób, tak aby się o nią nie potknął, przypominał postać ze swoich kart. Kapłana zapomnianej religii. Strój był bardzo prosty, ale wrażenie robiła maska. Maska bowiem nie była zwykłą, materialną maską. Założona na twarz, chociaż składała się tylko z górnej części, aby pozwolić na jedzenie i picie, zaklęta iluzją, obejmowała całe wnętrze kaptura, tak że wyglądało to, jakby w szacie chodziła nicość. Noc, migocząca delikatnie gwiezdnym pyłem, z odległymi galaktykami, jeżeli ktoś chciał przyjrzeć się bliżej. Nie trzeba było pytać, kim był tej nocy Morpheus. Był nocnym niebem.
Longbottom wiedział mniej więcej, kto będzie na balu, nawet bez potwierdzeń, wglądu na listę czy jasnowidzenia. Wbrew opinii sporej części osób nie był idiotą kompletnie zaopatrzonym w swoje kartoniki. Znał za dobrze socjetę, żeby nie wiedzieć, że będą balować na spopielonych kościach i lamentować nad przypalonymi ogródkami, a ich maski przysłaniają im szersze spojrzenie. To kolejny raz, kiedy nie chciał przychodzić. Ale przyszedł. Przyszedł tutaj z celem. Chciał spotkać kobietę z pewną konkretną różdżką. Porozmawiać z nią. Oczywiście, porozmawiać.
Wymienił kilka słów na temat swojej maski z przechodzącą obok niego parą, która była zachwycona jego pomysłem. Ich maski składały się z lustra, przez co Morpheus bardzo dobrze widział samego siebie. Nie wyglądał jak on, drapowania skutecznie zniekształcały jego sylwetkę, a ze swoim wzrostem, mógł być kobietą. Zdradzał go dopiero głos, który ubrał w radośnie kłamliwe dźwięki. Nawet pachnidła różniły się od zwykłych, wytwór Elise, dające wrażenie wąchania wieczoru po burzy. Bardziej skojarzenie, niż zapach.
Tego wieczoru ubrał się w iluzję. Iluzję tego, że nic się nie zmieniło, że Spalona Noc się nie wydarzyła, że Florence nadal żyje, że Warownia nadal stoi. Równie dobrze mógłby mieć na swojej szacie modlitwy tych, którzy pożarów nie przeżyli.
Wziął do ręki eliksir, ale ostatecznie z niego zrezygnował i oddał. Zczynał przyznawać przed samym sobą, że ma paranoję, a przyjęcia Brenny oraz Czarne Wesele nauczyły go nieufności do zabawowych specyfików. Nie chciał musieć mówić prawdy ani zmieniać się w przerośniętego szczura.