Tak, można było zapomnieć i było to swego rodzaju wybawienie, bo życie w ciągłym stresie o to, że w każdej chwili ten cholerny pył znowu spadnie, że znowu podpali pół kraju, wpływało na życie ludzi tak samo mocno, jak skutki Spalonej Nocy na tych, którzy byli nań wystawieni bezpośrednio. Dla Ginny ta praca była teraz odskocznią od stresu wiązanego ze zmartwieniem o dziadków, o ich dom, o kolegów i koleżanki z pracy, gdy się z nimi nie widziała. A ten kiepski sen, jaki miała od tamtej pory, też nie pomagał, chociaż tutaj podejrzewała, że jednak jest to kwestia psychiki, która nie potrafi odpocząć, ciągle będąc gdzieś w gotowości i czuwaniu, zamiast się po prostu… wyłączyć. Już wcześniej Guinevere potrafiły męczyć przedziwne sny pełne symboliki i obrazów, po których nie raz wstawała zlana potem, by następnie malować na odstresowanie, ale teraz działo się to praktycznie codziennie. Dlatego też nie wahała się zbyt długo, gdy sadownik zachwalił swoje zwęglone owoce w ten właśnie sposób: że mogły pomóc na bezsenność.
– Część na pewno – przyznała po chwili zastanowienia, mieląc w głowie wszystkie za i przeciw. Bardzo naiwnym byłoby wierzyć, że taka instytucja jak ministerstwo Magii nie ma w swych szeregach tych okropnych czarnoksiężników. A przecież chowali twarze za maskami, istniała więc na to jakaś niezerowa szansa. Biorąc zaś pod uwagę jak po dwóch tygodniach wyglądał nadal świat, w jakim przyszło im żyć, było to nawet więcej niż prawdopodobne. A McGonagall może i była takim pozytywnym, uśmiechniętym promyczkiem, ale nadal jednak miała głowę na karku i potrafiła myśleć krytyczne. Robiła to, tak po prawdzie, częściej niż mogło się wydawać, tylko przykrywała to wszystko pod uśmiechem. Próbowała to robić nawet teraz, choć dla Cathala musiało być jasne, że była zmęczona. – Jak nie ma odpowiedniego eliksiru, to trzeba się zgłosić do kogoś, kto takowe tworzy i poprosić o zamówienie indywidualne – odparła za to cierpliwie, zupełnie niezrażona. – Tak, cydr – potwierdziła, po czym wzruszyła ramionami. – Chyba nie? Nawet nie wiem czego – spojrzała na koszyczek, który wzięła od tamtego mężczyzny, a później gdzieś przed nich. Nie kręciło się tutaj zbyt wiele ludzi, ot… Chyba mało kto miał humor w ogóle odwiedzić taki kiermasz. A Ginny była trochę dumna z tych osób, które się tutaj dzisiaj wystawiły i chciały jakkolwiek uczcić tradycję tego święta. – Tak, mało obfite są tegoroczne zbiory – temu nie dało się zaprzeczyć.
Uniosła w końcu głowę i obróciła ją w kierunku Cala.
– Cal? Jak bardzo jesteś ostatnio zajęty? Zastanawiałam się, czy nie mógłbyś dla mnie spojrzeć na pewien symbol… – cholernie uparty symbol, jak na jej znajomość i opatrzenie z różnymi takimi, to wyglądało to właśnie na jakąś runę, ale co znaczyła, to za cholerę nie wiedziała.