27.02.2023, 18:58 ✶
Uśmiechnął się gdy tak złagodniała na jego widok. W zaciszu domowym wydawała się mniej surowa niż w miejscu publicznym.
- Przeprowadziłem się na jacht żeby być bliżej wody. Co mi po wiecznie pustym domu z gderającymi portretami? - uniósł pytająco brew. Wolał "pójść sobie na rękę" i przenieść się tam, gdzie przeszkoda w postaci morza będzie selekcjonować wytrwałość potencjalnych gości. Podobała mu się taka niezależność i nie miał żadnych oporów przed podjęciem tej decyzji. Ba, żałował, że nie zrobił tego wcześniej. Czas spędzony z Fergusem dodał mu odwagi i dzięki temu nie bał się sięgać po to, czego pragnął. Zachciało mu się jachtu więc co powstrzymuje go przed realizacją planu? Nic.
- Gdybym nie pakował się w kłopoty to zanudziłbym się na śmierć. - rozłożył ręce na boki na znak, że nie ma co szukać w nim żalu czy pokory za nieumyślne naruszanie zdrowia fizycznego.
- Nic wielkiego się nie stało. Spadł na mnie Julien z sześcioma stołami na plecach. To cud, że się nie połamaliśmy. Brenna pojawiła się, jak zawsze znikąd i po raz setny zapanowała nad sytuacją. Raz dwa nas odkopali. - opowiadał o tym z wesołością w głosie co było niewątpliwą poprawą po ostatnich dwóch tygodniach gdzie towarzyszyło mu przygnębienie. Cynthia znała go na tyle aby spostrzec, że coś zaczęło się w nim zmieniać. Z każdym dniem przestawał być tym cichym, anonimowym klątwołamaczem i pozwalał swym cechom charakteru ujrzeć światło dzienne. Otwierał się na ludzi i póki co było to doświadczenie nader ekscytujące. Z tego powodu Cynthia mogła do woli oglądać regularnie pojawiający się na jego twarzy uśmiech.
- Zwykłe dawki eliksirów na mnie nie działają. Wiesz, ten szybki metabolizm i wilczy głód są ze sobą połączone. Zerkniesz też na moją głowę? Dwukrotnie w nią oberwałem i choć nie mam guza to i tak mnie boli cała szerokość czoła. - otworzył się przed siostrą ze świadomością, że potępi jego obrażenia, które powoli przestawały się kwalifikować jako lekkie. Gdy wyszła wyciągnął nową różdżkę i machnął nią w kierunku okiennic, które to otworzyły się na oścież wpuszczając zimne wieczorne powietrze. Potrzebował trochę rześkości bowiem w jego odczuciu było tu zbyt duszno.
Rozpromienił się od ucha do ucha kiedy wróciła z całym arsenałem wzmacniającym. Zdjął z siebie buty i jeden z ostatnich swetrów (jakoś tak Fergus regularnie je wynosił...) i podziękował siostrze spojrzeniem za opiekę.
- Wiggenowy brałem trzy godziny temu. Mogę wziąć jeszcze jedną dawkę po tak krótkim czasie? - zapytał kiedy sięgał po podwójnie mięsną kanapkę, którą pochłonął w nieprzyzwoicie krótkim czasie. Dopiero uzmysłowił sobie jaki był głodny. Opędzlował całą zawartość tacy, zostawiając póki co eliksiry lecznicze na sam koniec.
- To ja mam jego pilnować czy on mnie? - zapytał ze śmiechem i ocierał chusteczką usta. - Chcę dobrze się bawić, a Fergusa przecież dobrze znasz - on zawsze spada na cztery łapy. - wspominanie Olivandera sprawiało mu nieprzyzwoitą przyjemność. Dbał o to aby jego imię nie było otulone zbyt dużą ilością ciepła gdy je wymawiał lecz mimo wszystko nie uciekał od jego tematu. Gdy człowiek zakochany to i gadatliwy. Mimo ciężkiego dnia był bardzo zadowolony.
- Rozmawiałaś ostatnio z Sophie? Ona wynajmuje pokój w gospodzie. Nie przeszkadza ci to? - zmienił temat bo jednak odnosił wrażenie, że za mocno cieszy się przy poprzednich słowach.
- Przeprowadziłem się na jacht żeby być bliżej wody. Co mi po wiecznie pustym domu z gderającymi portretami? - uniósł pytająco brew. Wolał "pójść sobie na rękę" i przenieść się tam, gdzie przeszkoda w postaci morza będzie selekcjonować wytrwałość potencjalnych gości. Podobała mu się taka niezależność i nie miał żadnych oporów przed podjęciem tej decyzji. Ba, żałował, że nie zrobił tego wcześniej. Czas spędzony z Fergusem dodał mu odwagi i dzięki temu nie bał się sięgać po to, czego pragnął. Zachciało mu się jachtu więc co powstrzymuje go przed realizacją planu? Nic.
- Gdybym nie pakował się w kłopoty to zanudziłbym się na śmierć. - rozłożył ręce na boki na znak, że nie ma co szukać w nim żalu czy pokory za nieumyślne naruszanie zdrowia fizycznego.
- Nic wielkiego się nie stało. Spadł na mnie Julien z sześcioma stołami na plecach. To cud, że się nie połamaliśmy. Brenna pojawiła się, jak zawsze znikąd i po raz setny zapanowała nad sytuacją. Raz dwa nas odkopali. - opowiadał o tym z wesołością w głosie co było niewątpliwą poprawą po ostatnich dwóch tygodniach gdzie towarzyszyło mu przygnębienie. Cynthia znała go na tyle aby spostrzec, że coś zaczęło się w nim zmieniać. Z każdym dniem przestawał być tym cichym, anonimowym klątwołamaczem i pozwalał swym cechom charakteru ujrzeć światło dzienne. Otwierał się na ludzi i póki co było to doświadczenie nader ekscytujące. Z tego powodu Cynthia mogła do woli oglądać regularnie pojawiający się na jego twarzy uśmiech.
- Zwykłe dawki eliksirów na mnie nie działają. Wiesz, ten szybki metabolizm i wilczy głód są ze sobą połączone. Zerkniesz też na moją głowę? Dwukrotnie w nią oberwałem i choć nie mam guza to i tak mnie boli cała szerokość czoła. - otworzył się przed siostrą ze świadomością, że potępi jego obrażenia, które powoli przestawały się kwalifikować jako lekkie. Gdy wyszła wyciągnął nową różdżkę i machnął nią w kierunku okiennic, które to otworzyły się na oścież wpuszczając zimne wieczorne powietrze. Potrzebował trochę rześkości bowiem w jego odczuciu było tu zbyt duszno.
Rozpromienił się od ucha do ucha kiedy wróciła z całym arsenałem wzmacniającym. Zdjął z siebie buty i jeden z ostatnich swetrów (jakoś tak Fergus regularnie je wynosił...) i podziękował siostrze spojrzeniem za opiekę.
- Wiggenowy brałem trzy godziny temu. Mogę wziąć jeszcze jedną dawkę po tak krótkim czasie? - zapytał kiedy sięgał po podwójnie mięsną kanapkę, którą pochłonął w nieprzyzwoicie krótkim czasie. Dopiero uzmysłowił sobie jaki był głodny. Opędzlował całą zawartość tacy, zostawiając póki co eliksiry lecznicze na sam koniec.
- To ja mam jego pilnować czy on mnie? - zapytał ze śmiechem i ocierał chusteczką usta. - Chcę dobrze się bawić, a Fergusa przecież dobrze znasz - on zawsze spada na cztery łapy. - wspominanie Olivandera sprawiało mu nieprzyzwoitą przyjemność. Dbał o to aby jego imię nie było otulone zbyt dużą ilością ciepła gdy je wymawiał lecz mimo wszystko nie uciekał od jego tematu. Gdy człowiek zakochany to i gadatliwy. Mimo ciężkiego dnia był bardzo zadowolony.
- Rozmawiałaś ostatnio z Sophie? Ona wynajmuje pokój w gospodzie. Nie przeszkadza ci to? - zmienił temat bo jednak odnosił wrażenie, że za mocno cieszy się przy poprzednich słowach.