- Jestem rozsądna, zawsze zakładam najgorsze. - Powiedziała jeszcze bardzo pewnym tonem. Tak, jasne - można było o niej powiedzieć naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że była rozsądna. Zresztą widać to było po jej dzisiejszym zachowaniu, była gotowa się na niego rzucić, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że szansa na powodzenie tego planu praktycznie nie istniała, bo typ był wielki jak niedźwiedź, a ona bardziej przypominała wkurzoną wiewiórkę. - To dobrze, bez sensu jest robić przy tym niepotrzebny bałagan. - Mimo wszystko wydawało jej się, że jednak nie chce jej zabić, bo jakby chciał to zrobić, to pewnie już by zaczął, a nadal stali i dyskutowali, więc nie było tak źle.
Później przyszła miotła i magia i wszystko się zesrało, chociaż była dumna ze swojego przedstawienia, jednak zakończenie nie do końca przebiegło po jej myśli. Musiała na chwilę odwrócić od niego swoją uwagę, aby skupić się nad tym, by panować nad klątwą. Nie znosiła tej części siebie, wkurzała ją okropnie, znaczy czasem się przydawała, ale to było bardzo sporadyczne, zresztą poza tymi przypadkowymi atakami nie miała z tego żadnej przyjemności, nie mogła sięgać po tę magię, aby nią kierować i próbować używać na swoją korzyść, to była walka z tym, czy wybuchnie, czy nie.
Udało jej się nad tym zapanować, oczywiście, że jej się udało, poświęciła bardzo dużo czasu na to, aby opanować doskonale kształtowanie magii, bo w ten sposób mogła się temu opierać, Ruda naprawdę była specjalistką w tej dziedzinie magii, ale co z tego?
- Staram się nie wybuchnąć. - Dodała jeszcze, bo typ chyba nie zrozumiał, co właśnie robiła. Przewróciła przy tym oczami, jakby to była najbardziej banalna rzecz na świecie i najbardziej logiczna.
- Lizzy nie chce kafelek, ma swoją wizję, której nie można zmienić. - Jej matka miała specyficzny gust i bardzo dużo galeonów, musiała się pokazać i dbała o to, aby każda z jej nieruchomości spełniała odpowiednie standardy, nawet ta tutaj na Pokątnej, chociaż Ruda zdecydowanie wolała dom w Hiszpanii, który znajdował się przy samej plaży, ten to dopiero był wyjebany w kosmos, ta dziura w ogóle go nie przypominała, chociaż jak na londyńskie standardy i tak była nie najgorsza.
Ruda otworzyła szeroko usta. Nie, nie zrobił tego, czy naprawdę wszystkim zalanie musiało się kojarzyć z jednym? FUUUUJ, jak mógł sobie o tym pomyśleć. - Bez obrazy, ale jesteś starym dziadem. - Otaksowała go oceniająco spojrzeniem od stóp do głów. - Mógłbyś być moim starym, jakbyś się trochę postarał. - Dodała jeszcze. - To jak mam to niby nazywać, nie stworzę Ci potoku? nie popłynę? Pasuje? - Zalanie było proste, mówiło wszystko, ale najwyraźniej brzmiało niezbyt dobrze, ludzie zawsze tak reagowali kiedy korzystała z tej nomenklatury.
- To jak nie analizujesz wyglądasz milej? - Ciekawe, przecież nie dało się zmienić twarzy, a podejrzewała, że nawet jak się uśmiechał to mógł wzbudzać raczej strach. Niektórzy tak mieli.
Dobrze jednak, że wyjaśnili sobie cel jego wizyty, był klątwołamaczem od Erika, miał jej pomóc, no, to wystarczyło, aby nieco zeszła z tonu i zaprosiła go do środka, mieli pewnie trochę rzeczy do obgadania, chociaż też zdążyła mu już co nieco pokazać.
- Nie doceniasz mnie, potrafię pierdolnąć, może nie wyglądam, ale nie warto lekceważyć przeciwnika. - Miała świadomość, że raczej nie wzbudzała respektu z racji na swoje gabaryty, ale znała trochę sztuczek, przez większość swojego życia przypadkowo wpakowywała się w kłopoty i wiele razy udawało jej się powalić większego przeciwnika, to nie było spowodowane tylko i wyłącznie szczęściem.
- Chodźmy do salonu. - Korytarz był długi, ciągnął się i ciągnął, a na jego końcu znajdował się ogromny, jasny salon. Pełen różnych, dziwnych pierdół związanych z quidditchem, zdjęć, trofeów, na ścianach wisiały miotły, były to pamiątki jej i Lizzy, w końcu obie grały zawodowo w quidditcha, tylko Ruda rzuciła to w pizdu, bo posadzili ją na ławce.
- Przy stole chyba będzie git. - Powiedziała do niego, po czym sama usiadła na jednym z krzeseł. Patrzyła na niego dłuższą chwilę, aż znowu się odezwała.
- Czemu tak śmiesznie gadasz? Wiesz, jakbyś sobie czegoś napchał do ust? Masz tak od zawsze? Mój Camiś się jąka jak jest zestresowany, też tak mówisz jak się stresujesz? Nie wyglądasz, jakbyś się stresował? Od dziecka tak masz? Trochę nie pasuje to do takiego dużego typa, wiesz? - Zastanawiało ją to od tej kulwy, którą rzucił, bo nieco ją to rozbawiło. Po chwili jednak dotarło do niej, że to mogło być nieco niegrzeczne. - To znaczy wiesz, tak tylko pytam, z ciekawości, nie, żeby coś, nie nabijam się z Ciebie, ok? - Mówiła i mówiła, chyba złapała jeden z tych swoich słowotoków. - Wiesz, to nic takiego, wiem, że niektórzy tak mają czasem, znaczy to chyba nie czasem, bo odkąd tu jesteś to tak mówisz ale no, chciałam zapytać.