Nigdy przecież nie wtapiała się w uogólnione konwenanse; nigdy nie odrzucała gęstych, lśniących pukli z wdziękiem; nigdy nie pozwalała słowom zlepić się słodkim syropem kurtuazji – rozbrajająco prawdziwa w swym cynizmie, z premedytacją okrywała barchanowym całunem hańby rodzinę na bankietach, ze szczerym rozbawieniem myląc nazwiska i koneksje łączące poszczególnych czarodziei – a te przecież znała doskonale; choroba Milforda pozwalała jej zapamiętywać takie szkopuły prędzej, niż pstryknięcie palcami.
Możliwe, że dlatego przyjaźniła się z Theonem – był on tak autentyczny w swej prozie, jak ona sama. I choć różnili się niebagatelnie, posiadali wiele wspólnych mianowników, a ich rutynowe upijanie się w barowych przestrzeniach narosło mianem tradycji. I choć niejednokrotnie ją irytował, czego nie śmiała ukrywać, nie potrafiłaby go zastąpić żadnym innym ludzkim pierwiastkiem; był jej zbyt bliski; zbyt dobrze ją rozumiał.
A przecież ona – niezrozumiana przez ogół, przędła życie po cichu; z dala od nagłówków szmatławców i równie daleko od ocząt biurw zaczytujących się w tego typu literackich szczynach; nie dążyła do sławy, nie lubiła się pokazywać; chętniej zamknęłaby się w prosektorium, aniżeli obcowała z ludźmi.
No chyba, że fragmentem tych ludzi był Theon Yaxley.
– Gdybym ci powiedziała, to byś nie poszedł – rzekła miękko, unosząc wysoko brwi.
Istotnie, jej umysł przeciążało multum myśli i pomysłów, które nawałnicą szturmowały jego twarde ryzy. Idea udania się na cmentarz wpadła do uporządkowanych przemyśleń niczym niewielka burza, która swe ujście znalazła w wargach, opuszczając je w formie propozycji.
Chwiejny krok ubarwiał jej uogólniony chód w zabawny sposób; niskie obcasy stukały o londyński bruk, a jej wysoka, smukła sylwetka gibała się delikatnie na boki – widać było, iż w jej głowie zaszumiało pożądanie, ale nawet to nie zbijało jej z pantałyku, czyniąc chociaż odrobinę bardziej przystępną; królowa lodu w stanie upojenia procentowego.
Pozwoliła bezsłownie wyjąć sobie papierosa spomiędzy palców, a gdy go odzyskała, wsuwając między wargi, uśmiechnęła się nieomal – jakkolwiek ten grymas można było nazwać jakkolwiek przyjemnym wygięciem ust.
– Wiesz, że wymienienie się śliną to prawie pocału… – zadrwiła bezczelnie, wtem jednak coś przerwało jej w chyżej myśli.
Trwało to raptem sekundy. Wystająca kostka brukowa okazała się być pojemniejsza w siłę od niewysokich, eleganckich obcasów, które owijały się zapięciem wokół jej kostki. Potknąwszy się spektakularnie, poleciała z gwałtownością piorunu na Yaxley’a.