05.12.2025, 22:35 ✶
Nie było żadnym zaskoczeniem, że ona wszystko traktowała poważniej niż ja. Mój świat od lat przypominał ciemne zaplecze baru - krzywe, brudne podłogi, mdłe światło, dużo ryzyka, mało logiki, jej świat był poukładany jak skrzynia uzdrowicielskich narzędzi, niemal sterylny, precyzyjny. A jednak jakoś - kompletnie irracjonalnie, chociaż może wcale nie - te dwie rzeczywistości pasowały do siebie, jakby zawsze miały się na siebie nałożyć. Właśnie dlatego jej słowa, że będziemy „aktualizować listę na bieżąco”, sprawiły, że parsknąłem krótkim, miękkim śmiechem. Ona jednak patrzyła na mnie z taką cierpliwą pewnością, że nawet nie próbowałem udawać, że nie wiedziałem, co miała na myśli. Nie chodziło jej o spisy. Ani o zasady. Chodziło o mnie - o to, żebym nie znikał w sobie, jak robiłem to całe życie. Nie byłem przyzwyczajony do tego rodzaju troski, ale jej dotyk nie drażnił mnie, nie odbierał powietrza - nie w tym złym znaczeniu - wręcz przeciwnie, przynosił dziwne poczucie, że nic już nie muszę udowadniać. Powinienem się do tego przyzwyczaić, ale nie dziś - nie dziś, dziś to był tylko wstęp do przyszłości.
Jasne, że wiedziałem, co kryło się pod tym tonem - za tą groźbą było serce, którego nie chciałem martwić bardziej, niż musiałem. Rozmowa rozjechała nam się w dwóch kierunkach, potem w trzech, a ja już przestałem widzieć różnicę między „badaniem” a „zdejmowaniem koszuli z powodów absolutnie niemedycznych”. W tej jednej chwili raczej oboje wiedzieliśmy, że nie mamy już pojęcia, czy rozmawiamy o leczeniu, czy o czymś zupełnie innym, jej policzki lekko się zaróżowiły, moje… Cóż, moje były bardziej kolorowe z przyczyn niezwiązanych z emocjami, ale starałem się wyglądać, jakbym panował nad sytuacją. Dopóki nie pojawił się temat wilkołaków. A potem… Jedno moje słowo, przypadkowa metafora, a jej spojrzenie zmieniło się jak niebo przed burzą. Mógłbym przysiąc, że nawet powietrze wokół nas zrobiło się gęstsze, chłodniejsze. Wilkołak - wszystko się zmieniło, jakby temperatura spadła o dziesięć stopni. Spodziewałem się wszystkiego… Prócz tego. Widziałem wiele reakcji na słowo „wilkołak” - od paniki, przez ciekawość, po politowanie - ale nigdy takiej, to nie było „nie lubię”, to było „chcę, żeby świat był od nich czysty”, to było coś głębokiego, zakorzenionego nie w teoretycznej niechęci, tylko w doświadczeniu, bo kiedy powiedziała, że powinno się je „zlikwidować”… Nie miałem pojęcia, skąd ta niechęć, ta złość, to twarde „zlikwidować”, ale wiedziałem jedno - nie chciałem jej ranić słowem, którego użyłem przypadkiem, jeśli miałem kiedyś dostać od niej wyjaśnienie, będzie chciała je dać sama. Nie dzisiaj, nie tu, nie w tym świetle, które odbijało się od jej oczu - nie musiałem znać całej historii, żeby wiedzieć, że to było paskudne. Nie coś, co powinniśmy poruszać tej nocy. Nie w noc, kiedy powinniśmy być już w hotelu, a zamiast tego staliśmy u drżącej granicy między przyjemnością a bólem, rozluźnieniem a opatrunkami.
Wróciła do uśmiechu, jej „metody przyjemne” były groźniejsze niż jakiekolwiek zaklęcie ofensywne, a ja czułem, że z każdą minutą moja zdolność racjonalnego myślenia drastycznie maleje.
- Gszeczny pacjent, mówisz? - Uniosłem brew. - Pszysięgam, nigdy nie czułem większej pokusy, szeby nie byś gszeczny, tylko po to, szeby sprawdziś, jakie to są te niełagodne metody. - Wypuściłem powietrze, głośniej, z tym charakterystycznym półśmiechem, który zawsze oznaczał, że próbuję ukryć własne reakcje.
Potem przyszła kolej na wspomnienia. „Głupi i zachwycony” - te słowa były jak otwieranie starych kufrów, w których trzymałem rzeczy, o których nikomu nie mówiłem. Nie chciałem się zatrzymywać na przeszłości, ale każda jej reakcja, każda zmiana w oczach, każdy cień wspomnienia mówił mi, że to, co między nami było wtedy - to, co wisiało w powietrzu latami - wcale się nie skończyło, ono po prostu czekało, aż w końcu będziemy mieli odwagę to wybrać. Och, komplement.
- To nie „chyba”. - Uniosłem brew, przechylając głowę w jej stronę. - To był komplement. W pełni zasłuszony, w pełni świadomy i wypowiedziany… Cósz, mose tlochę bezmyślnie, ale to tylko potwielsa tleść.
Wtedy myślałem, że tak wygląda przyjaźń, tak wyglądają ludzie, którzy są sobie bliscy od dziecka, te wszystkie dziwne uczucia, te przebłyski, to palenie w żołądku, to wykrzywione słowa w gardle, to było normalne. Nie było. Miałem trzynaście lat i wszyscy ludzie wokół mnie wydawali się prości, jak rozpisane zaklęcia - ruch nadgarstka, inkantacja, efekt, ona była jedyną osobą, przy której zaklęcia mi się plątały. Aż wreszcie… Ale to już było za nami. Może dlatego zaśmiałem się pod nosem i odparłem:
- To jest niebezpieczne plawo, Pluey. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni. - Jak pozwalasz mi mówiś wszystko na głos, to musisz się liczyś s tym, sze dokładnie tak będzie. - Wydałem z siebie cichy śmiech.
- No. S wiedzą nie. S dyscypliną - dlamat. - Potem roześmiałem się cicho, nisko, z tym chrypiącym brzmieniem, które pojawiało się tylko, gdy naprawdę coś mnie trafiło. Przybliżyła się jeszcze bardziej, ja przyciągnąłem ją odruchem, który miałem zakodowany w kręgosłupie bardziej niż jakiekolwiek inkantacje - była tam, więc ją dotykałem. Moja dłoń na jej biodrze nie była przypadkowa, moja dłoń chciała tam być odkąd miałem lat piętnaście, a prawdopodobnie wcześniej też, tylko nie wiedziałem jeszcze, jak to nazwać. A potem przyszła jej deklaracja, tak zupełnie niepodręcznikowa:
„Całowanie uzdrowiciela jest częścią specjalnej opieki.”
Mogłem tylko zachichotać pod nosem, cicho, nisko, nieprzyzwoicie.
- Och, to wspaniale, sze mnie o tym infolmujesz. - Pochyliłem się bliżej, bardzo świadomie. - Bo muszę zaznaczyś, sze do tego punktu legulaminu jestem gotowy ustosunkowaś się wyjątkowo sumiennie. - Byłem tak blisko, że mógłbym ją pocałować, jeśli wykonałaby najmniejszy ruch, ale ona nie wykonała. Zamiast tego… Przeszła do opatrunku, a ja musiałem udawać, że nic nie czuję, kiedy jej palce dotykały mojej skóry, a ziołowa maść paliła jak jasna cholera. No i to było poniżej pasa - subtelna manipulacja, czysta perfidia.
- Wykoszystujesz moją motywację, szeby obejść moją wolną wolę. - Zauważyłem, ale jednocześnie nachyliłem się, żeby zignorować absolutnie cały medyczny dramat, skoro tak stawiała sprawę. Zacisnąłem zęby, oddychałem przez nos, wbiłem wzrok w jej usta - nie pomogło ani trochę. Problem polegał na tym, że piekący alkohol nie uznawał moich deklaracji o męskości. Wzrok mi na moment pociemniał, ale udawałem, że to tylko gra światła.
- Mhm. - Wydałem z siebie, gdy dezynfekowała ranę, co było, moim zdaniem, aktem dominacji pod przykrywką medycyny. Ona wiedziała, oczywiście, że wiedziała, bo położyła palce na mojej dłoni tak delikatnie, iż poczułem to aż w kręgosłupie - jej ruchy były ostrożne, precyzyjne, ale nadal to była rana, nadal była świeża, nadal pulsowała. Musnąłem ją biodrami, nie dlatego, żeby ją rozproszyć - tylko dlatego, że moje ciało samo szukało czegoś do oparcia, a ona była jedyną stabilnością w tym pokoju. Czasem człowiek nie wiedział, czego mu brakowało, dopóki nie dostał tego w twarz w postaci kobiety, która zdejmuje mu rękę z biodra tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie ma pęknięcia kości śródręcza.
Niech by mnie Merlin porwał, jeśli jej uśmiech nie należał do najbardziej zabójczych rzeczy na świecie. Odchrząknąłem.
- To… - Zerknąłem na drzwi, z powrotem na nią, z powrotem na drzwi. - Savoy czy Dolchestel? Chcesz szucaś monetą? - Zapytałem półgłosem, z tym niskim, przeciągniętym tonem. Powinniśmy wybrać - prawda?
Jasne, że wiedziałem, co kryło się pod tym tonem - za tą groźbą było serce, którego nie chciałem martwić bardziej, niż musiałem. Rozmowa rozjechała nam się w dwóch kierunkach, potem w trzech, a ja już przestałem widzieć różnicę między „badaniem” a „zdejmowaniem koszuli z powodów absolutnie niemedycznych”. W tej jednej chwili raczej oboje wiedzieliśmy, że nie mamy już pojęcia, czy rozmawiamy o leczeniu, czy o czymś zupełnie innym, jej policzki lekko się zaróżowiły, moje… Cóż, moje były bardziej kolorowe z przyczyn niezwiązanych z emocjami, ale starałem się wyglądać, jakbym panował nad sytuacją. Dopóki nie pojawił się temat wilkołaków. A potem… Jedno moje słowo, przypadkowa metafora, a jej spojrzenie zmieniło się jak niebo przed burzą. Mógłbym przysiąc, że nawet powietrze wokół nas zrobiło się gęstsze, chłodniejsze. Wilkołak - wszystko się zmieniło, jakby temperatura spadła o dziesięć stopni. Spodziewałem się wszystkiego… Prócz tego. Widziałem wiele reakcji na słowo „wilkołak” - od paniki, przez ciekawość, po politowanie - ale nigdy takiej, to nie było „nie lubię”, to było „chcę, żeby świat był od nich czysty”, to było coś głębokiego, zakorzenionego nie w teoretycznej niechęci, tylko w doświadczeniu, bo kiedy powiedziała, że powinno się je „zlikwidować”… Nie miałem pojęcia, skąd ta niechęć, ta złość, to twarde „zlikwidować”, ale wiedziałem jedno - nie chciałem jej ranić słowem, którego użyłem przypadkiem, jeśli miałem kiedyś dostać od niej wyjaśnienie, będzie chciała je dać sama. Nie dzisiaj, nie tu, nie w tym świetle, które odbijało się od jej oczu - nie musiałem znać całej historii, żeby wiedzieć, że to było paskudne. Nie coś, co powinniśmy poruszać tej nocy. Nie w noc, kiedy powinniśmy być już w hotelu, a zamiast tego staliśmy u drżącej granicy między przyjemnością a bólem, rozluźnieniem a opatrunkami.
Wróciła do uśmiechu, jej „metody przyjemne” były groźniejsze niż jakiekolwiek zaklęcie ofensywne, a ja czułem, że z każdą minutą moja zdolność racjonalnego myślenia drastycznie maleje.
- Gszeczny pacjent, mówisz? - Uniosłem brew. - Pszysięgam, nigdy nie czułem większej pokusy, szeby nie byś gszeczny, tylko po to, szeby sprawdziś, jakie to są te niełagodne metody. - Wypuściłem powietrze, głośniej, z tym charakterystycznym półśmiechem, który zawsze oznaczał, że próbuję ukryć własne reakcje.
Potem przyszła kolej na wspomnienia. „Głupi i zachwycony” - te słowa były jak otwieranie starych kufrów, w których trzymałem rzeczy, o których nikomu nie mówiłem. Nie chciałem się zatrzymywać na przeszłości, ale każda jej reakcja, każda zmiana w oczach, każdy cień wspomnienia mówił mi, że to, co między nami było wtedy - to, co wisiało w powietrzu latami - wcale się nie skończyło, ono po prostu czekało, aż w końcu będziemy mieli odwagę to wybrać. Och, komplement.
- To nie „chyba”. - Uniosłem brew, przechylając głowę w jej stronę. - To był komplement. W pełni zasłuszony, w pełni świadomy i wypowiedziany… Cósz, mose tlochę bezmyślnie, ale to tylko potwielsa tleść.
Wtedy myślałem, że tak wygląda przyjaźń, tak wyglądają ludzie, którzy są sobie bliscy od dziecka, te wszystkie dziwne uczucia, te przebłyski, to palenie w żołądku, to wykrzywione słowa w gardle, to było normalne. Nie było. Miałem trzynaście lat i wszyscy ludzie wokół mnie wydawali się prości, jak rozpisane zaklęcia - ruch nadgarstka, inkantacja, efekt, ona była jedyną osobą, przy której zaklęcia mi się plątały. Aż wreszcie… Ale to już było za nami. Może dlatego zaśmiałem się pod nosem i odparłem:
- To jest niebezpieczne plawo, Pluey. - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni. - Jak pozwalasz mi mówiś wszystko na głos, to musisz się liczyś s tym, sze dokładnie tak będzie. - Wydałem z siebie cichy śmiech.
- No. S wiedzą nie. S dyscypliną - dlamat. - Potem roześmiałem się cicho, nisko, z tym chrypiącym brzmieniem, które pojawiało się tylko, gdy naprawdę coś mnie trafiło. Przybliżyła się jeszcze bardziej, ja przyciągnąłem ją odruchem, który miałem zakodowany w kręgosłupie bardziej niż jakiekolwiek inkantacje - była tam, więc ją dotykałem. Moja dłoń na jej biodrze nie była przypadkowa, moja dłoń chciała tam być odkąd miałem lat piętnaście, a prawdopodobnie wcześniej też, tylko nie wiedziałem jeszcze, jak to nazwać. A potem przyszła jej deklaracja, tak zupełnie niepodręcznikowa:
„Całowanie uzdrowiciela jest częścią specjalnej opieki.”
Mogłem tylko zachichotać pod nosem, cicho, nisko, nieprzyzwoicie.
- Och, to wspaniale, sze mnie o tym infolmujesz. - Pochyliłem się bliżej, bardzo świadomie. - Bo muszę zaznaczyś, sze do tego punktu legulaminu jestem gotowy ustosunkowaś się wyjątkowo sumiennie. - Byłem tak blisko, że mógłbym ją pocałować, jeśli wykonałaby najmniejszy ruch, ale ona nie wykonała. Zamiast tego… Przeszła do opatrunku, a ja musiałem udawać, że nic nie czuję, kiedy jej palce dotykały mojej skóry, a ziołowa maść paliła jak jasna cholera. No i to było poniżej pasa - subtelna manipulacja, czysta perfidia.
- Wykoszystujesz moją motywację, szeby obejść moją wolną wolę. - Zauważyłem, ale jednocześnie nachyliłem się, żeby zignorować absolutnie cały medyczny dramat, skoro tak stawiała sprawę. Zacisnąłem zęby, oddychałem przez nos, wbiłem wzrok w jej usta - nie pomogło ani trochę. Problem polegał na tym, że piekący alkohol nie uznawał moich deklaracji o męskości. Wzrok mi na moment pociemniał, ale udawałem, że to tylko gra światła.
- Mhm. - Wydałem z siebie, gdy dezynfekowała ranę, co było, moim zdaniem, aktem dominacji pod przykrywką medycyny. Ona wiedziała, oczywiście, że wiedziała, bo położyła palce na mojej dłoni tak delikatnie, iż poczułem to aż w kręgosłupie - jej ruchy były ostrożne, precyzyjne, ale nadal to była rana, nadal była świeża, nadal pulsowała. Musnąłem ją biodrami, nie dlatego, żeby ją rozproszyć - tylko dlatego, że moje ciało samo szukało czegoś do oparcia, a ona była jedyną stabilnością w tym pokoju. Czasem człowiek nie wiedział, czego mu brakowało, dopóki nie dostał tego w twarz w postaci kobiety, która zdejmuje mu rękę z biodra tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie ma pęknięcia kości śródręcza.
Niech by mnie Merlin porwał, jeśli jej uśmiech nie należał do najbardziej zabójczych rzeczy na świecie. Odchrząknąłem.
- To… - Zerknąłem na drzwi, z powrotem na nią, z powrotem na drzwi. - Savoy czy Dolchestel? Chcesz szucaś monetą? - Zapytałem półgłosem, z tym niskim, przeciągniętym tonem. Powinniśmy wybrać - prawda?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)