– Bal ku pokrzepieniu serc – odparła spokojnie. – Nie możemy ciągle siedzieć w domu i trząść się nad tym, jak i kiedy nastąpi kolejne nieszczęście – Lestrange’om pasowała taka narracja, ale kto wiedział, ten wiedział: pomysł powstał wcześniej i chodziło o ten cholerny ślub u Blacków, na który sproszono cyrk mugolaków, biegano za kapibarami i jakimiś kurczakami i kto wie co jeszcze. – Wszyscy dostaliśmy zaproszenia, ale nie było żadnego przymusu. Na przykład bardzo wątpię, że Daphne dzisiaj przyjdzie – mówiła rzecz jasna o swojej drugiej siostrze. Nie wiedziała też co z Primrose, ale wydawało jej się, że ta będzie chciała zabłysnąć w towarzystwie – i nie mogła jej za to winić. Więc przymusu nie było, chociaż oczywiście im więcej członków rodziny się dzisiaj pokaże, tym lepiej. Victoria nie wątpiła przy tym, że to, jak skończył ich rodzinny dom, jak najbardziej mogło być związane z tym, co podziało się na Beltane i przy tym nie miała dowodów, że tak właśnie jest dokładnie z tego samego powodu, o którym myślał Chris: bo ucierpieli też inni.
– To prawda, ale przy tym nie przypominam sobie, żeby jakakolwiek jaka wyszła z twoich rąk była niewypałem – a miała przecież całą szafę sukien uszytych właśnie przez niego, w których pokazywała się od lat na różnych imprezach. A na kolejny komplement, jaki spłynął z ust Chrisa, kobieta uśmiechnęła się pod nosem, lekko mrużąc oczy, co akurat nie było dostrzegalne pod maską, która je zakrywała. – Bajerant – skomentowała cicho, oddając pustą fiolkę.
Dobrze, że zdążyli wejść do sali, bo inaczej skrzydła uderzyłyby w ściany korytarza, taranując go w zupełności, a tak – rozłożyły się miękko na sali balowej, zmuszając niektórych ludzi do odsunięcia się, gdy dotknęła ich miękkimi piórami. Przesunęli się lekko do przodu, dość naturalnie, nie robili więc korka na samym wejściu. Jedno ze skrzydeł zresztą przesunęło się po plecach Rosiera, kiedy ten wypowiedział jej imię i złapał za dłoń, po czym…
[a]Zaczął… śpiewać?
Victoria wytrzeszczyła oczy w zaskoczeniu i szybko zakryła usta drugą dłonią, nie chcąc rozdziawiać buzi tak nieelegancko. A po kilku sekundach roześmiała się serdecznie – dawno nie czuła się taka… lekka, taka wolna. Od zmartwień, smutków, stresu; jakby ktoś ściągnął z jej ramion ogromny ciężar, który dociskał ją do ziemi. I uniosła się w górę, wciąż trzymana za dłoń przez Chrisa – roześmiała się jeszcze bardziej.
– Nie wiedziałam, że potrafisz śpiewać! – naprawdę nie wiedziała! Christopher był Artystą przez duże A, ale nie sądziła, że był tez uzdolniony muzycznie. A widząc jego minę: wydawało jej się, że i on o tym nie wiedział.