Różnice, które otulały miękką mgłą ich sylwetki zdawały się zbliżać ich ku sobie nieuchronnie coraz bardziej, wraz z każdą niezapomnianie przemijającą wiosną – i choć te stawały dla niej pod znakiem uporczywej bezsenności i uzależnienia od opium, cień uśmiechu osnuwał umysł, gdy myślała o przyjaźni z nim; o bliskości, która przy nim nie musi być stężałym w cierpieniu ciałem. Drobne gesty budowały ich w całej krasie, nadając niebywałemu charakteru temu, co ich łączyło. I choć w Lycoris nie było za grosz dziecka (nawet, gdy sama dzieckiem była), miłe uosobienie Theona nie drażniło jej w równej mierze, jak miejsce to miało w przypadku innych jednostek, u których widziała tenże szkopuł jako przejaw niekrytej słabości.
Różnice stanowiły podwaliny i budulec ich relacji dzielonej na dwoje; tej posypanej nutą ekscytacji i doprawioną wzajemnym przywiązaniem. Bo choć Lycoris nigdy by się do tego nie przyznała – czuła, że mogła mu ufać w kwestii absolutnie każdej; mniejszej, czy też większej. Wspomnienia z Hogwartu zacierały się miękko, pozostając raptem mirażem w akwenie życiorysu, nadawały im jednak solidnego gruntu do budowania przywiązania.
Niektóre wspomnienia pozostawiały jedynie bladego ducha przeszłości.
Potrafiła być przystępna, urocza i urokliwa – może gdyby miała zgoła inny charakter, chętniej trzepotałaby rzęsami, nosiła się kobieco i dbała o rozwichrzony stan włosów upiętych w niedbałego koka. Tymczasem, rozbrajająco rzeczywista, pozostawała przy sylwecie cynizmu, który rzucał niebywały cień na jej osobowość; to nie tak, że się siliła, ona po prostu taka była. Oschła do granic możliwości, o ciętym języku i zawiłej osobowości.
On przecież nigdy jej nie oceniał.
Gdy wpadła mu w ramiona z siłą piorunu, czując ręce otulające sylwetkę, dłonie zaciskające się na skórze pleców, zamarła na moment; były to jednak spopielone sekundy, nim uniosła na niego niepewnie wzrok i wyswobodziła się z uścisku.
– Tak – rzuciła, pesząc się odrobinę.
Przez moment patrzyła na niego, jakby go nie znała; jakby znaleźli się w innym uniwersum, w którym jej usta wydawały się miękkie, a jego kosmyki włosów gładkie – w świecie, w którym nie było między nimi rozlanego mleka przeszłości i osobliwości. Prędko jednak otrząsnęła się z marazmu.
– Nigdy – uniosła groźnie palec wskazujący – nigdy o tym nie wspominamy – dodała po chwili, okrywając swoje słowa całunem niewypowiedzianej groźby.
Zamiast tego wzrok umościła w linii horyzontu, kierując się w dalszej mierze ku cmentarzowi. Noc, rześka i przyjemna, skłaniała bardziej do spacerów, aniżeli bezwzględnej teleportacji. Wcisnęła więc dłonie w kieszenie odzienia, nic jednak nie mogło zamaskować czerwieni, której barwą oblały się jej na ogół blade, smukłe policzki kostuchy.
Celowo przecież nie patrzyła mu w oczy.
– To był impuls. Nie wiem, co my tu robimy, ale możemy się napić wina na nagrobku – wydusiła z siebie w końcu, gdy przechodzili przez ciężką bramę cmentarną.