06.12.2025, 08:56 ✶
– Mówimy o Ministerstwie Magii. Gdy będą potrzebowali takiego eliksiru, ogłoszą przetarg, w imię uczciwości. Finalnie okaże się, że fiolka, którą w sklepie można kupić za pięć sykli, będzie kosztować galeona, bo taka jest najtańsza oferta, spełniająca kryteria. I że prawdopodobnie szef firmy jest bratem narzeczonej szefa jakiegoś departamentu – skwitował Cathal, z nieskończoną pogardą kogoś, kto nie był zwolennikiem ogólnej anarchii głównie dlatego, że w państwie, w którym anarchia panuje, ciężko byłoby prowadzić prace archeologiczne. Ale to ani trochę nie zmieniało jego podejścia wobec biurokracji i ogólnie rzecz biorąc... całej reszty.
Uśmiechnął się, dość nieoczekiwanie, sam do siebie: trafiony tą dziwną wesołością, której nie podszywała prawdziwa radość. Na myśl, że zaczynał zamieniać się w starego marudę, jednego z tych, na których te dziesięć lat temu pewnie wzdychałby w duchu, a jeżeli nie przewracał oczami, to głównie dlatego, że rzadko coś takiego robił. Uniósł do ust kufel, smakując cydr, jeden łyk, drugi, po których nastąpiła chwila milczenia – gdy myślał o innych trunkach z jabłek, których smakował w swoim życiu, i przez chwilę cieszył się tym, że ten smak był naprawdę unikalny.
– Sadownicy z Doliny Godryka mimo wszystko nie zawodzą – ocenił, ruszając dalej. Normalnie wędrówka przez teren sabatu z kuflem wymagałaby ostrożności, ale tegoroczne Mabon było… specjalne. I to nie w tym pozytywnym sensie. – W takim wypadku zbieramy się? Czy chcesz zajrzeć jeszcze do kowenu?
Nie był człowiekiem szczególnie religijnym: trochę z natury, trochę, bo widział już dziesiątki świątyń poświęconych zapomnianym bogom, którzy nie ocalili ani swych wyznawców, ani miejsc kultu. Zresztą zaistniałby tu pewien dysonans, bo zdarzało się mu robić rzeczy, które z punktu widzenia religii w porządku z pewnością nie były. Ale głęboko zakorzeniony szacunek wobec historii i korzeni trochę na religię się przekładał – bo ona też była elementem tego, co ich świat kształtowano.
– Nigdy nie jestem zbyt zajęty, żeby spojrzeć na symbol. Pokaż, co tam masz.
Uśmiechnął się, dość nieoczekiwanie, sam do siebie: trafiony tą dziwną wesołością, której nie podszywała prawdziwa radość. Na myśl, że zaczynał zamieniać się w starego marudę, jednego z tych, na których te dziesięć lat temu pewnie wzdychałby w duchu, a jeżeli nie przewracał oczami, to głównie dlatego, że rzadko coś takiego robił. Uniósł do ust kufel, smakując cydr, jeden łyk, drugi, po których nastąpiła chwila milczenia – gdy myślał o innych trunkach z jabłek, których smakował w swoim życiu, i przez chwilę cieszył się tym, że ten smak był naprawdę unikalny.
– Sadownicy z Doliny Godryka mimo wszystko nie zawodzą – ocenił, ruszając dalej. Normalnie wędrówka przez teren sabatu z kuflem wymagałaby ostrożności, ale tegoroczne Mabon było… specjalne. I to nie w tym pozytywnym sensie. – W takim wypadku zbieramy się? Czy chcesz zajrzeć jeszcze do kowenu?
Nie był człowiekiem szczególnie religijnym: trochę z natury, trochę, bo widział już dziesiątki świątyń poświęconych zapomnianym bogom, którzy nie ocalili ani swych wyznawców, ani miejsc kultu. Zresztą zaistniałby tu pewien dysonans, bo zdarzało się mu robić rzeczy, które z punktu widzenia religii w porządku z pewnością nie były. Ale głęboko zakorzeniony szacunek wobec historii i korzeni trochę na religię się przekładał – bo ona też była elementem tego, co ich świat kształtowano.
– Nigdy nie jestem zbyt zajęty, żeby spojrzeć na symbol. Pokaż, co tam masz.