• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy

[09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
06.12.2025, 16:11  ✶  
Merlinie, gdyby trzynastoletni ja to widział, padłby trupem. Nie wiedziałem, czy miała pojęcie, jak to brzmiało dla kogoś, kto przez większość życia musiał stać sam, sam walczyć, sam się zszywać, sam się sklejać i sam wracać do pustych pomieszczeń. Chciałem jej powiedzieć „ty już jesteś domem”, ale nie mogłem, jeszcze nie teraz, to zdanie miało wagę, która mogłaby nas oboje wgnieść w ziemię. Wychodziło daleko, znacznie dalej, aż pod same fundamenty Hogwartu, gdzie to wszystko zaczęło się w sposób, którego wtedy nie byłem w stanie pojąć. Kiedy zaczęła się rumienić, naprawdę musiałem odwrócić wzrok na sekundę. Nie dlatego, że chciałem ukryć własną reakcję - w sumie to ona powinna była ją zobaczyć, skoro już tak uczciwie wymienialiśmy swoje obrażenia - tylko dlatego, że ten rumieniec działał na mnie od zawsze. Zawsze. Wtedy, w szkole, kiedy jeszcze z pewnością nie rozumiała, dlaczego nagle spoglądałem gdzieś obok, udając, że szukam czegoś na niebie, albo dlaczego zapominałem własnych zdań, kiedy się uśmiechała, albo dlaczego na zajęciach ONMS patrzyłem tylko na nią, a nie na cholerne hipogryfy. Jej twarz była jak książka, którą mogłem czytać bez znajomości alfabetu, to się nie zmieniło - jedyna różnica była taka, że teraz już nic nie musiałem ukrywać. Chciałem tego wszystkiego, dużo bardziej, niż sam mogłem zakładać, zanim nie pokłóciliśmy się po ciemku w tym samym mieszkaniu, w którym teraz staliśmy - za drugim razem, już po słowie, już naprawdę razem.
A potem przyszły wilkołaki, i jakby ktoś nagle zmienił temperaturę w pomieszczeniu. Nie znałem tego tonu, nie z jej ust, ten chłód był cięty, ciężki, nieznoszący sprzeciwu. Tak definitywny, że aż mnie wbiło w ziemię. Nie miałem pojęcia, dlaczego reaguje tak ostro, nie mogłem nawet próbować tego zrozumieć, nie mając danych, ale jedno wiedziałem - nie zamierzałem naciskać, choć ukłuło mnie to gdzieś głęboko, tak, jakby ktoś pokazał mi fragment jej historii, ale zamknął księgę, zanim zdążyłem zobaczyć stronę. Jej głos wrócił do normalności tak szybko, że mógłbym wmówić sobie, że nic się nie stało, ale widziałem, zbyt dobrze widziałem. Nawet wtedy, gdy wróciliśmy do innych tematów.
- Łagodną? - Powtórzyłem, cicho, jakby mi to słowo nie przechodziło przez gardło. - Pluey… Kiedy ja w szyciu poszedłem łagodną dlogą? Łagodna dloga nigdy mnie nie plowadziła tam, gdzie chciałem byś. - Mruknąłem, przechylając głowę lekko na bok. Gdybym kiedykolwiek szedł łagodną drogą… Nigdy bym nie trafił tu, gdzie byliśmy, to była prawda. Gdybym był ostrożny, rozsądny, ułożony, ominąłbym ją o włos. Musiałem być chaosem, żeby wejść w jej orbitę. - A poza tym… - Głos obniżył mi się o ton. - Gdybyś naplawdę chciała mieś łagodnego, potulnego męsza, nie wyblałabyś mnie. - Uśmiechnąłem się do niej miękko - takim uśmiechem, którego nie widział nikt poza nią. Nie tym bezczelnym półuśmiechem, który wykorzystywałem do flirtowania. Tym, który pojawiał się, kiedy widziałem coś, na czym naprawdę mi zależało.
Groźba o „torbie pełnej instrumentów” powinna była mnie przestraszyć. Zamiast tego… Merlinie, nie wiedziałem, czy sobie zdawała sprawę, jak brzmiała, czasem mówiła takie rzeczy. Jej miny były lepsze niż jakikolwiek eliksir regenerujący, a kiedy podkreśliła, że miała tę swoją medyczną torbę i zagroziła przyrządami, o mało nie parsknąłem. Jakby nie miała pojęcia, jak brzmią, gdy słyszy je facet, który nie ma dziś absolutnie żadnych waniliowych instynktów. Uśmiechnąłem się powoli, przeciągle - nie drwiąco, ale tak, jak uśmiechał się ktoś, kto właśnie dostał zaproszenie, którego nie powinien dostać.
- Och, tak. Glośny alsenał uzdlowisielki. Mnie to tlafia w… Balso niewłaściwe obszaly wyoblaźni, ale postalam się nie lobiś ploblemów. - Rzuciłem na tyle neutralnie, że mogła to wziąć za żart, na tyle prawdziwie, by wiedziała, że to nie do końca żart. Mój uśmiech był wolny, leniwy i wyraźnie nielękliwy. Przechyliłem głowę, mierząc ją spojrzeniem, które już dawno przestało być niewinne, a zaczęło stawać się czymś bardziej zdecydowanym.
- Znam ten ton. - Mruknąłem. Nie tylko ja byłem tym, który na sekundę zapominał, po co jesteśmy jeszcze w mieszkaniu na Nokturnie. - To ten, któlego uszywałaś, kiedy udawałaś, sze nie jesteś ciekawa, co zlobię w odpowiedzi. - Odchyliłem brodę lekko w bok, przyglądając się jej takim spojrzeniem, które kiedyś zatrzymywało ludzi w pół kroku, ale w tym wypadku raczej nie o to mi chodziło.
- Wiesz mi… Jesteś ostatnią osobą, pszy któlej chcę udawaś, sze mam wszystkie myśli na wodzy. - Przesunąłem spojrzeniem po jej policzkach, wargach, linii szyi. - Skolo chcesz… To wiedz, sze to, co siedzi mi w głowie, nie ma nic wspólnego s medycyną. Ani tlochę. - Mruknąłem, niżej niż wcześniej.
Uśmiechnęła się - to był ten ciepły, nieprzyzwoicie miękki uśmiech, robiący ze mnie kompletnego idiotę, który przestał pamiętać, że przed sekundą był ranny i na Nokturnie - oczy jej błysnęły w sposób, który znałem aż za dobrze - tak patrzyła na mnie, kiedy byliśmy młodzi i jeszcze nie wiedzieliśmy, że pociąg, który nas łączy, nie był przyjaźnią, tylko czymś o wiele bardziej zawiłym, ale te słowa… Te słowa. Okej… To była chwila, w której poczułem to w biodrach, głęboko, ciężko, nisko, tam gdzie kończy się samokontrola. Nie wiedziała, jak to działało na człowieka takiego jak ja. A może wręcz przeciwnie - doskonale to rozumiała?
Spojrzałem na nią tak, jakbym właśnie po raz pierwszy ją zobaczył, mimo że znałem każdy szczegół jej twarzy od lat, nawet pomimo rozłąki. Dziś to nie był Hogwart, nie była ławeczka przy murach, nie byliśmy dwiema głupimi agonistycznymi kometami, które nie wiedziały, że krążą wokół siebie. Nie byliśmy w Exmoor, ani poza nim, nie byliśmy nawet na Nokturnie, a przynajmniej nie myślami. Dziś byliśmy małżeństwem.
- Doplawdy? - Mruknąłem. - To świetnie. Bo ja balso chcę zobaczyś, jak to wygląda, kiedy plóbujesz mnie zdyscyplinowaś. Do tej części mogę się pszychyliś. - To nie była kpina, to była zachęta. To było niebezpieczne, przyznawać się do takiej rzeczy, ale ona i tak wszystko czytała z mojej twarzy.
Zamknąłem oczy na moment, bo dezynfekcja piekła, piekła porządnie, ale to nie ból wywołał drżenie mojego oddechu, tylko jej palce -  precyzyjne, chłodne, sprawne, uzdrowicielskie, błyskawicznie wchodzące w rejestr „nie powinienem tak reagować, kiedy ona mnie leczy.” Wyprostowałem się minimalnie, ale nie cofnąłem, ani o krok. Patrzyłem na nią, jakby była czymś między uzdrowicielem, grzechem a cholernym spełnieniem. Zbliżyłem usta do jej ucha, nawet nie próbując ukryć tonu.
- Było… Wybitnie stymulujące. - Pochyliłem głowę z półuśmiechem, tym najbardziej winowajczym.
Uzdrowicielka, pewna siebie, spokojna, a mnie udało się sprawić, że drgnął jej oddech, już za to powinienem dostać nagrodę przed wyruszeniem w podróż. Odchyliłem głowę tylko trochę, żeby móc patrzeć na nią prosto.
- Nic nie pójdzie nie tak. Los nie jest nam dzisiaj przeciwny. Chce, szebyś była ze mną w miejscu, w któlym… - Zatrzymałem się w pół zdania, uśmiechnąłem się lekko.
- …w którym jeszcze nigdy z nikim nie chciałem być naprawdę.
Nie musiałem kończyć wypowiedzi ona potrafiła czytać mnie aż za dobrze. Miałem poczucie, że to wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno. A potem rzuciła monetą.
Savoy.
Przez sekundę, tylko sekundę, wróciło dawne życie - złoto, marmury, kryształowe żyrandole, zapach cygar w barach, wieczory, których młody Aloysius nie powinien spędzać w taki sposób. Savoy znałem jak własną kieszeń. Miejsce, do którego kiedyś zabierano mnie w ramach tresury „jak ma wyglądać czystokrwisty dżentelmen”, gdzie uczono mnie, że romantyzm to odpowiednio dobrane kwiaty i równie odpowiednio skalkulowane małżeństwo. Ale po tej sekundzie wszystko, co tamto miejsce kiedyś znaczyło, wyparowało, bo teraz to był nasz Savoy wybrany rzutem monety, ale też świadomie - by spędzić wieczór tak, jak na to zasługiwaliśmy. Podniosłem wzrok na Prudence, na jej policzki w kolorze wina, na oczy, które w świetle lampy błyszczały brązem i złotem, i zanim w ogóle zdążyłem otworzyć usta, w środku już coś mi się kotłowało. To uczucie… To miękkie, spokojne, rozlewające się po mnie jak ciepło ognia, i od razu, w tym samym miejscu, to drugie - gęste, ciężkie, głębokie, to, które sprawiało, że głos robił mi się chrapliwy, że ciało napinało się od samej świadomości, że byliśmy metaforyczny o krok od hotelu, byliśmy małżeństwem - ona jest moja, a ja jestem jej, nie ma już żadnych „ale”.
A potem, żeby nie pozwolić nam obojgu ugrzęznąć w zbyt wielkich słowach - które i tak wisiały w powietrzu jak zaklęcie - wplątałem jej dłoń w swoją zdrową rękę i przechyliłem głowę odrobinę w bok. Prue trzymała jeszcze tę monetę między palcami, jakby to ona była zwiastunem dalszej nocy, a nie fakt, że stała przede mną z policzkami zaróżowionymi i oczami, które właśnie zaczynały mówić rzeczy znacznie, znacznie poważniejsze.
Savoy. Romantyczny. Jasne, że to powiedziałem - półżartem, półświadomie, wtedy, w bramie, ale teraz, kiedy wypowiedziała to ona… Coś we mnie zadrżało. Jakby los stuknął mnie w tył głowy i szepnął „przestań się wykręcać, Fenwick, masz dokładnie to, czego chciałeś od lat, tylko nawet nie wiedziałeś, jak to nazwać.”
- Savoy nigdy nie był dla mnie tak lomantyczny, jak jest dzisiaj. - Pochyliłem się jeszcze bardziej - centymetr, tylko centymetr, ale taki, który mówił wszystko. - Będzie idealny. - Oczywiście, że byłem zadowolony.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8146), Prudence Fenwick (8004)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 03.12.2025, 19:06
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 03.12.2025, 20:35
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 03.12.2025, 22:25
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 04.12.2025, 00:47
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.12.2025, 12:12
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 04.12.2025, 19:01
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.12.2025, 21:28
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 04.12.2025, 23:45
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 05.12.2025, 01:00
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 05.12.2025, 03:38
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 05.12.2025, 15:35
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 05.12.2025, 22:35
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 06.12.2025, 01:44
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Benjy Fenwick - 06.12.2025, 16:11
RE: [09.10.1972] just a moment | Prudence, Benjy - przez Prudence Fenwick - 07.12.2025, 00:43

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa