06.12.2025, 19:08 ✶
Już w połowie jej pierwszej wypowiedzi zaczęło do mnie docierać, że ona naprawdę wierzyła, że broniła własnego domu przede mną. Nie przed intruzem - przede mną konkretnie. Przede mną, który stał tam jak idiota, z torbą narzędzi i miną „dlaczego znowu?”, a ona ściskała te swoje mikroskopijne piąstki wielkości pięciocentówek, jakby właśnie miała skoczyć mi do gardła i wbić je w tchawicę. To akurat było imponujące - nieskuteczne, ale imponujące. Słuchałem jej, a im dłużej mówiła, tym bardziej upewniałem się w jednym - jej mózg był jak miotła puszczona bez trzymanki - leciała, gdzie chciała, a ja mogłem tylko obserwować trajektorię lotu i mieć nadzieję, że nie wróci do mnie rykoszetem. Była tak pełna swojej „gotowości do walki” - tej samej, którą zademonstrowała, zaciskając łapki jak wiewiórka berserk gotowa napierdolić niedźwiedzia - że aż westchnąłem ledwie słyszalnie.
Kiedy stwierdziła, że „walczy z tym, żeby nic się z niej nie wylało”, tylko przytaknąłem.
- To widaś. - Mruknąłem, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. - Chęci masz więcej nisz masy, ale chuj tam, doceniam starlania. Dobsze ci idzie. - Nie było to otwartym, przesadnym komplementem, bardziej kreatywną konstatacją faktu, że faktycznie nic mi tu nie płynęło po podłodze, mnie też nie zalała, czyli wygrana. Potem stwierdziła, że „to nie jest moment na rozmowy o priorytetach”. - Widzisz. - Przesunąłem ciężar ciała z nogi na nogę. - A ja uwaszam, sze to doskonały moment. Wyglądasz na kogoś, kto ma jakieś dwie minuty dziennie, kiedy cokolwiek jest „momentem”. Muszę wykoszystaś, co mam. - Stwierdziłem, bo jeśli miałbym zgadywać, Heather należała do ludzi, którzy wybuchają metaforycznie i dosłownie. W obu przypadkach bez ostrzeżenia.
Kiedy zaczęła wykładać mi z pełną powagą, że ma dwadzieścia jeden lat, i pytać, czy mam demencję starczą, bo mylę liczby, odchyliłem głowę bardzo wolno, jakbym dokonywał oceny.
- Dwadzieścia jeden lat… Glatuluję. To całkiem ładny wiek, człowiek mosze legalnie piś w Amelyce. - Odparłem tonem informacyjnym. - Sto sześćdziesiąt? Wzlost godny północnoamelykańskiego bobla. Zaokląglasz w gólę, co? - Zabawne - zaczęła wyliczać mi moje lata i dorabiać do nich zmierzch życia, podczas gdy sama miała dwadzieścia jeden lat i niewiele więcej centymetrów - embrion, naprawdę, ale ten embrion patrzył na mnie jak osoba, która nie zamierza spuścić z tonu, więc kiedy zaczęła podważać moją arytmetykę, moją pamięć i mój wzrok, prychnąłem cicho. Byłem całkiem pewien, że w świecie istnieje limit chaosu, jaki można wnieść do jednego pomieszczenia. Otóż - nie istniał, ona go właśnie złamała. Najpierw futryna, pięści i „jestem rozsądna”, cała epopeja o tym, jak to właśnie walczy z tym, żeby nic się z niej nie wylało, potem ta gadka o wieku. Patrzyłem na nią jak człowiek, który pierwszy raz w życiu widzi miniaturowe stworzenie, które jednocześnie grozi mu śmiercią, obraża go, dyskryminuje wiekowo i przeprasza, ale podłogę za potencjalne szkody. Przymrużyłem lekko oczy, jakbym rzeczywiście miał niedowidzenie.
- Mam tszdzieści tszy. Dokumentowo tszydzieści siedem. Demencja jeszcze nie pszyszła, ale dzięki, będę wypatrywał moim sokolim wslokiem. - Mruknąłem, bo nie mogłem się powstrzymać.
A gdy przyszedł komentarz o „zajebistym dziecku” - westchnąłem, tym razem dłużej, jak człowiek, który właśnie dowiedział się, że trafił na klientkę, która nigdy nie będzie mówić tylko na jeden temat. Jej stwierdzenie, że będę o niej myślał, bo jest taka wyjątkowa, kiedy zacznę zakładać rodzinę, skomentowałem tym charakterystycznym głębokim wypuszczeniem powietrza przez usta, które w moim przypadku znaczyło „jestem zbyt trzeźwy na tę rozmowę”.
- Chciałbym mieś takie dziecko jak ty? Melin uchowaj, nie. - Rzuciłem spokojnie. - Właściwie, to tylko utwielsasz mnie w pszekonaniu, sze nie chcę jakichkolwiek, ale doceniam twoją konsekwencję w błędnych załoszeniach. - Skwitowałem to jeszcze spojrzeniem człowieka, który widział już rozsadzonych ludzi, rozpuszczone podłogi i eksplozje klątw, ale nadal potrafił docenić absurd.
Potem znowu powiedziała „zalanie” - zaczęła mi wykładać, że sobie za dużo wyobrażam, a dla niej „zalanie to codzienność”, odchyliłem głowę, patrząc na nią jak na kogoś, kto właśnie wykopał sobie dziurę i zaczynał się w niej energicznie zakopywać - celowo sprawdzała, ile razy będę w stanie nie zareagować, ale jednocześnie sama się pogrążała. Przymknąłem na moment powieki, jak człowiek, który naprawdę próbuje wyłączyć realność sytuacji. Coś mnie szarpało między „nie mów tak, błagam, nie mów tak, brzmi to jak kiepski wstęp do filmów dla dorosłych” a „kurwa, to jest zabawne”.
- Nie, nie. Naduszywasz słowa, któle ma… Konotacje. Duszo konotacji. - Zgasiłem to jednym długim, wolnym wdechem, ale kiedy po raz trzeci powiedziała „zalanie”, tym tonem, który brzmiał jak prowokacja ubrana w bursztynowe loki… Mój mózg zrobił to nielogiczne „klik”, jakby uznał „no, dobrze, poddaję się”. - Jak kiedyś wymyślisz słowo, któle nie bszmi jak instrukcja zapłodnienia, to daj mi znaś. Na lasie jesteśmy w piekle. - Wywróciłem oczami, bardzo zauważalnie, co nie było ani trochę profesjonalne, ale chyba oboje pogodziliśmy się z tym faktem, już od chwili, gdy groziła mi, bo „chciałem ją zabić”. Prawda była jednak taka, że nie chodziło o filtr, nie chodziło o nic logicznego, coś w niej, cholera, wciągało mnie w środek rozmowy jak wir. A ja pozwalałem. Nie dlatego, że powinienem - dlatego, że nie mogłem inaczej. Reagowałem na nią impulsywnie, swobodnie, bez tej ostrożności, którą powinienem zachowywać z każdym nowym klientem. Z każdym nowym człowiekiem - to było niebezpieczne, ale jednocześnie… Cholernie naturalne.
Następnie zagroziła, że następnym razem pierdolnie mnie kaflem. Wydąłem lekko policzki, przemyślałem to przez sekundę, skinąłem głową z aprobatą.
- O, kafel. Wleszcie sensowne naszędzie. Wiesz, to byłby awans po miotle. Jeśli następnym lasem mnie udesys kaflem, to docenię. Kafel ma masę. Kafel ma potencjał. Kafel to wyból świadomy. To jusz bszmi powasznie, o ile będziesz w stanie go podnieść. - Aż mnie rozbawiło to, jak szczerością i dumą była napompowana.
Weszliśmy do salonu, usiadłem naprzeciwko, uważając, żeby nie połamać tych cudownych krzeseł z epoki „moich rodzice byli gwiazdami quidditcha”. A potem zaczęła słuchać, to mnie zaskoczyło bardziej niż jej grożenie miotłą. Usiadłem wygodnie, opowiadałem, a ona się nie wtrącała, jej oczy robiły się większe z każdym zdaniem, a ja opowiadałem dalej, bo w sumie nie widziałem powodu, by tego nie robić. To była historia, nic wielkiego, klątwa jak klątwa. W moim fachu bywało dużo gorszych, a kiedy skończyłem, wystrzeliła z entuzjazmem, który zderzył się z moją twarzą jak tłuczek. Tak, zaczęła się ekscytować. Zachłysnąłem się własnym zdziwieniem, bo od lat nikt tak nie reagował na tę historię, zwykle była cisza, litość, zgroza albo chęć zmiany tematu. Ona? Ona widziała w tym imponującą historię, widziałem błysk w oczach, nie wiedzieć czemu, ten błysk mi odpowiadał.
- Nie lób takich oczu. Mosesz się zalaś s ekscytacji. - To wyszło samo i , cholera, było zabawne. Kąciki ust drgnęły mi w rozbawieniu, jakby ta historia nie była czymś, co przez miesiące odbijało mi się w snach.
A kiedy wymknęło jej się to pełne entuzjazmu:
„Ziomek, ale z ciebie badass!”
Coś we mnie się… Zaśmiało, nie tylko mentalnie, autentycznie. Byłem pewien, że ludzie na Wyspach mają swoje dziwactwa, nic mnie już nie zaskoczy po latach w obu Amerykach, po ruinach, grobowcach, po tym wszystkim, co widziałem, ale potem poznałem Heather Wood, i nagle okazało się, że cały mój katalog dziwactw jest niczym przed nią. Ona nie miała dziwactw - ona była osobnym gatunkiem, i o ile zazwyczaj takie typy doprowadzały mnie do szału, o tyle z tą jedną było coś… Nie wiem. Niewygodnie znajome, jakby ktoś wyjął mi z głowy brakujący element i wsadził go z powrotem, tylko krzywo, więc wszystko zaczęło działać, ale dziwnie.
- Cieszę się niesmielnie, sze „ledwo mnie musnęło”. - Rzuciłem, uśmiechając się półgębkiem. - Gdyby mnie musnęło mocniej, nie siedziałbym tu i nie słuchał, jak mnie nazywasz dziadem, byłoby szkoda.
Potem rzuciła tekst o tym, że wcześniejsi klątwołamacze byli „popierdółami”.
- Dzięki. - Odparłem z lekkim przeciągnięciem. - To oficjalnie pielwszy las, kiedy ktoś nazwał mnie „wyjebanym klątwołamaczem”, a nie „człowiekiem, któly wygląda, jakby lobił ludziom kszywdę na zawołanie”.
Dorzuciła komentarz o uzdrowicielach i o tym, że jej narzeczony - a raczej żona, w moim przypadku - ułatwia życie. W pełni się z tym zgadzałem, posiadanie narzeczonego z dziedziny medycyny z pewnością było dla niej równie dobrą decyzją. Też bez wątpienia miała te schematy - zero zawahania, zero sensu, ale za to pełna determinacja, chociaż gdyby była moim stażystą, kazałbym jej zapisać dziesięć razy w zeszycie „nie walczę z gigantami pięściami, kiedy nie mam planu B” - a potem go spalić; zeszyt, chociaż wroga może też, bo to oznaczałoby posiadanie różdżki w kieszeni - ale ona najwyraźniej wierzyła tylko w plany A, który brzmiały „pierdolnę go z gołej łapy”.
- Mam więcej histolii. - Przyznałem swobodnie. - Ale większość kończy się tak samo. Ktoś, zazwyczaj ja, lobi głupotę, klątwa lobi „jeb”, ja latam, a potem piję alkohol. Jak chcesz, mogę ci powiedzieś, jak kiedyś plawie wpadłem w dziulę czasową w Pelu. To była dopielo komplomitacja. - Powinienem był ugryźć się w język, ale nie - to po prostu wyszło. Odchyliłem się, splotłem dłonie za głową - zupełnie luźny, jakbym siedział w salonie starego znajomego.
W normalnej rozmowie ktoś by oberwał za taki tekst, ale ja poczułem, jak kąciki ust same mi idą do góry - coś między „serio?” a „no dobra, masz mnie”.
- Jak mnie nie znają, to uciekają, ale nie wszystkie. Mose to pszez to, sze dzieci nie pieldolą tyle, co dolośli. Są ploste. Wchodzą, patszą, mówią „o, duszy koleś, fajnie”, i idą dalej. - Powiedziałem szczerze. - Jak mnie znają, to zazwyczaj wiszą mi na lamionach jak małe nietopesze. - Przesunąłem dłonią po brodzie. - Dzieci mnie lubią, bo ze mną czują się bezpieczne. - Dodałem po chwili. - Mosz wyglądam jak ktoś, kto mógłby zlobiś kszywdę, ale… Nigdy nie lobię jej tym, któszy nie zasłuszyli. A telas - westchnąłem, opierając łokcie o stół - skolo jusz ustaliliśmy, że jestem misiem, dziadem, pszytulanką, badass’em i plawie twoim stalym, to mosze wlócimy do twojej klątwy. Pochwal się osiągnięciami.
Kiedy stwierdziła, że „walczy z tym, żeby nic się z niej nie wylało”, tylko przytaknąłem.
- To widaś. - Mruknąłem, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. - Chęci masz więcej nisz masy, ale chuj tam, doceniam starlania. Dobsze ci idzie. - Nie było to otwartym, przesadnym komplementem, bardziej kreatywną konstatacją faktu, że faktycznie nic mi tu nie płynęło po podłodze, mnie też nie zalała, czyli wygrana. Potem stwierdziła, że „to nie jest moment na rozmowy o priorytetach”. - Widzisz. - Przesunąłem ciężar ciała z nogi na nogę. - A ja uwaszam, sze to doskonały moment. Wyglądasz na kogoś, kto ma jakieś dwie minuty dziennie, kiedy cokolwiek jest „momentem”. Muszę wykoszystaś, co mam. - Stwierdziłem, bo jeśli miałbym zgadywać, Heather należała do ludzi, którzy wybuchają metaforycznie i dosłownie. W obu przypadkach bez ostrzeżenia.
Kiedy zaczęła wykładać mi z pełną powagą, że ma dwadzieścia jeden lat, i pytać, czy mam demencję starczą, bo mylę liczby, odchyliłem głowę bardzo wolno, jakbym dokonywał oceny.
- Dwadzieścia jeden lat… Glatuluję. To całkiem ładny wiek, człowiek mosze legalnie piś w Amelyce. - Odparłem tonem informacyjnym. - Sto sześćdziesiąt? Wzlost godny północnoamelykańskiego bobla. Zaokląglasz w gólę, co? - Zabawne - zaczęła wyliczać mi moje lata i dorabiać do nich zmierzch życia, podczas gdy sama miała dwadzieścia jeden lat i niewiele więcej centymetrów - embrion, naprawdę, ale ten embrion patrzył na mnie jak osoba, która nie zamierza spuścić z tonu, więc kiedy zaczęła podważać moją arytmetykę, moją pamięć i mój wzrok, prychnąłem cicho. Byłem całkiem pewien, że w świecie istnieje limit chaosu, jaki można wnieść do jednego pomieszczenia. Otóż - nie istniał, ona go właśnie złamała. Najpierw futryna, pięści i „jestem rozsądna”, cała epopeja o tym, jak to właśnie walczy z tym, żeby nic się z niej nie wylało, potem ta gadka o wieku. Patrzyłem na nią jak człowiek, który pierwszy raz w życiu widzi miniaturowe stworzenie, które jednocześnie grozi mu śmiercią, obraża go, dyskryminuje wiekowo i przeprasza, ale podłogę za potencjalne szkody. Przymrużyłem lekko oczy, jakbym rzeczywiście miał niedowidzenie.
- Mam tszdzieści tszy. Dokumentowo tszydzieści siedem. Demencja jeszcze nie pszyszła, ale dzięki, będę wypatrywał moim sokolim wslokiem. - Mruknąłem, bo nie mogłem się powstrzymać.
A gdy przyszedł komentarz o „zajebistym dziecku” - westchnąłem, tym razem dłużej, jak człowiek, który właśnie dowiedział się, że trafił na klientkę, która nigdy nie będzie mówić tylko na jeden temat. Jej stwierdzenie, że będę o niej myślał, bo jest taka wyjątkowa, kiedy zacznę zakładać rodzinę, skomentowałem tym charakterystycznym głębokim wypuszczeniem powietrza przez usta, które w moim przypadku znaczyło „jestem zbyt trzeźwy na tę rozmowę”.
- Chciałbym mieś takie dziecko jak ty? Melin uchowaj, nie. - Rzuciłem spokojnie. - Właściwie, to tylko utwielsasz mnie w pszekonaniu, sze nie chcę jakichkolwiek, ale doceniam twoją konsekwencję w błędnych załoszeniach. - Skwitowałem to jeszcze spojrzeniem człowieka, który widział już rozsadzonych ludzi, rozpuszczone podłogi i eksplozje klątw, ale nadal potrafił docenić absurd.
Potem znowu powiedziała „zalanie” - zaczęła mi wykładać, że sobie za dużo wyobrażam, a dla niej „zalanie to codzienność”, odchyliłem głowę, patrząc na nią jak na kogoś, kto właśnie wykopał sobie dziurę i zaczynał się w niej energicznie zakopywać - celowo sprawdzała, ile razy będę w stanie nie zareagować, ale jednocześnie sama się pogrążała. Przymknąłem na moment powieki, jak człowiek, który naprawdę próbuje wyłączyć realność sytuacji. Coś mnie szarpało między „nie mów tak, błagam, nie mów tak, brzmi to jak kiepski wstęp do filmów dla dorosłych” a „kurwa, to jest zabawne”.
- Nie, nie. Naduszywasz słowa, któle ma… Konotacje. Duszo konotacji. - Zgasiłem to jednym długim, wolnym wdechem, ale kiedy po raz trzeci powiedziała „zalanie”, tym tonem, który brzmiał jak prowokacja ubrana w bursztynowe loki… Mój mózg zrobił to nielogiczne „klik”, jakby uznał „no, dobrze, poddaję się”. - Jak kiedyś wymyślisz słowo, któle nie bszmi jak instrukcja zapłodnienia, to daj mi znaś. Na lasie jesteśmy w piekle. - Wywróciłem oczami, bardzo zauważalnie, co nie było ani trochę profesjonalne, ale chyba oboje pogodziliśmy się z tym faktem, już od chwili, gdy groziła mi, bo „chciałem ją zabić”. Prawda była jednak taka, że nie chodziło o filtr, nie chodziło o nic logicznego, coś w niej, cholera, wciągało mnie w środek rozmowy jak wir. A ja pozwalałem. Nie dlatego, że powinienem - dlatego, że nie mogłem inaczej. Reagowałem na nią impulsywnie, swobodnie, bez tej ostrożności, którą powinienem zachowywać z każdym nowym klientem. Z każdym nowym człowiekiem - to było niebezpieczne, ale jednocześnie… Cholernie naturalne.
Następnie zagroziła, że następnym razem pierdolnie mnie kaflem. Wydąłem lekko policzki, przemyślałem to przez sekundę, skinąłem głową z aprobatą.
- O, kafel. Wleszcie sensowne naszędzie. Wiesz, to byłby awans po miotle. Jeśli następnym lasem mnie udesys kaflem, to docenię. Kafel ma masę. Kafel ma potencjał. Kafel to wyból świadomy. To jusz bszmi powasznie, o ile będziesz w stanie go podnieść. - Aż mnie rozbawiło to, jak szczerością i dumą była napompowana.
Weszliśmy do salonu, usiadłem naprzeciwko, uważając, żeby nie połamać tych cudownych krzeseł z epoki „moich rodzice byli gwiazdami quidditcha”. A potem zaczęła słuchać, to mnie zaskoczyło bardziej niż jej grożenie miotłą. Usiadłem wygodnie, opowiadałem, a ona się nie wtrącała, jej oczy robiły się większe z każdym zdaniem, a ja opowiadałem dalej, bo w sumie nie widziałem powodu, by tego nie robić. To była historia, nic wielkiego, klątwa jak klątwa. W moim fachu bywało dużo gorszych, a kiedy skończyłem, wystrzeliła z entuzjazmem, który zderzył się z moją twarzą jak tłuczek. Tak, zaczęła się ekscytować. Zachłysnąłem się własnym zdziwieniem, bo od lat nikt tak nie reagował na tę historię, zwykle była cisza, litość, zgroza albo chęć zmiany tematu. Ona? Ona widziała w tym imponującą historię, widziałem błysk w oczach, nie wiedzieć czemu, ten błysk mi odpowiadał.
- Nie lób takich oczu. Mosesz się zalaś s ekscytacji. - To wyszło samo i , cholera, było zabawne. Kąciki ust drgnęły mi w rozbawieniu, jakby ta historia nie była czymś, co przez miesiące odbijało mi się w snach.
A kiedy wymknęło jej się to pełne entuzjazmu:
„Ziomek, ale z ciebie badass!”
Coś we mnie się… Zaśmiało, nie tylko mentalnie, autentycznie. Byłem pewien, że ludzie na Wyspach mają swoje dziwactwa, nic mnie już nie zaskoczy po latach w obu Amerykach, po ruinach, grobowcach, po tym wszystkim, co widziałem, ale potem poznałem Heather Wood, i nagle okazało się, że cały mój katalog dziwactw jest niczym przed nią. Ona nie miała dziwactw - ona była osobnym gatunkiem, i o ile zazwyczaj takie typy doprowadzały mnie do szału, o tyle z tą jedną było coś… Nie wiem. Niewygodnie znajome, jakby ktoś wyjął mi z głowy brakujący element i wsadził go z powrotem, tylko krzywo, więc wszystko zaczęło działać, ale dziwnie.
- Cieszę się niesmielnie, sze „ledwo mnie musnęło”. - Rzuciłem, uśmiechając się półgębkiem. - Gdyby mnie musnęło mocniej, nie siedziałbym tu i nie słuchał, jak mnie nazywasz dziadem, byłoby szkoda.
Potem rzuciła tekst o tym, że wcześniejsi klątwołamacze byli „popierdółami”.
- Dzięki. - Odparłem z lekkim przeciągnięciem. - To oficjalnie pielwszy las, kiedy ktoś nazwał mnie „wyjebanym klątwołamaczem”, a nie „człowiekiem, któly wygląda, jakby lobił ludziom kszywdę na zawołanie”.
Dorzuciła komentarz o uzdrowicielach i o tym, że jej narzeczony - a raczej żona, w moim przypadku - ułatwia życie. W pełni się z tym zgadzałem, posiadanie narzeczonego z dziedziny medycyny z pewnością było dla niej równie dobrą decyzją. Też bez wątpienia miała te schematy - zero zawahania, zero sensu, ale za to pełna determinacja, chociaż gdyby była moim stażystą, kazałbym jej zapisać dziesięć razy w zeszycie „nie walczę z gigantami pięściami, kiedy nie mam planu B” - a potem go spalić; zeszyt, chociaż wroga może też, bo to oznaczałoby posiadanie różdżki w kieszeni - ale ona najwyraźniej wierzyła tylko w plany A, który brzmiały „pierdolnę go z gołej łapy”.
- Mam więcej histolii. - Przyznałem swobodnie. - Ale większość kończy się tak samo. Ktoś, zazwyczaj ja, lobi głupotę, klątwa lobi „jeb”, ja latam, a potem piję alkohol. Jak chcesz, mogę ci powiedzieś, jak kiedyś plawie wpadłem w dziulę czasową w Pelu. To była dopielo komplomitacja. - Powinienem był ugryźć się w język, ale nie - to po prostu wyszło. Odchyliłem się, splotłem dłonie za głową - zupełnie luźny, jakbym siedział w salonie starego znajomego.
W normalnej rozmowie ktoś by oberwał za taki tekst, ale ja poczułem, jak kąciki ust same mi idą do góry - coś między „serio?” a „no dobra, masz mnie”.
- Jak mnie nie znają, to uciekają, ale nie wszystkie. Mose to pszez to, sze dzieci nie pieldolą tyle, co dolośli. Są ploste. Wchodzą, patszą, mówią „o, duszy koleś, fajnie”, i idą dalej. - Powiedziałem szczerze. - Jak mnie znają, to zazwyczaj wiszą mi na lamionach jak małe nietopesze. - Przesunąłem dłonią po brodzie. - Dzieci mnie lubią, bo ze mną czują się bezpieczne. - Dodałem po chwili. - Mosz wyglądam jak ktoś, kto mógłby zlobiś kszywdę, ale… Nigdy nie lobię jej tym, któszy nie zasłuszyli. A telas - westchnąłem, opierając łokcie o stół - skolo jusz ustaliliśmy, że jestem misiem, dziadem, pszytulanką, badass’em i plawie twoim stalym, to mosze wlócimy do twojej klątwy. Pochwal się osiągnięciami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)