06.12.2025, 23:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.12.2025, 23:50 przez Vakel Dolohov.
Powód edycji: Tak mnie ten krytyk wyjebał z kapci że zapomniałam o avku ciąg dalszy.
)
Ale to go pożerało.
To był ten pierdolony w dupę drink, czy ktoś rzucił na niego klątwę? Dlaczego to się działo? Przez głowę przelatywało mu teraz tyle absurdalnych myśli, że nawet on nie potrafił tego udźwignąć. Jego żona, z którą łączyła go niewątpliwie zielona nić wykręciła już łabędzią szyję i ruszyła w kierunku swoich kuzynek i ciotek, posyłając mu jakieś sztuczne całusy świadczące o niezainteresowaniu jego stanem.
Dolohov stał tak w bezruchu, spoglądając w otchłań. Ta otchłań też wydawała się spoglądać na niego. Też to czuł? Też coś kazało mu porzucić wszystko inne, zmiażdżyć wszelkie konwenanse i krzyczeć, syczeć w jego głowie kusząc go do czegoś, czego realnie nie powinien chcieć zrobić? Był zbyt mądry żeby nie dostrzegać w tym sztuczności. Nie czuł napięcia, jakie czuł, kiedy nastoletni Morpheus oblizywał jego palce, ani kiedy Peregrinus przesuwał palcami po krawędzi materiału satynowego szlafroka. Chciał go po prostu pocałować. Jego. Albo ją. Jakieś mu się to wszystko wydało wyjątkowo obojętne. Mogła to być ona. Może ona mogłaby wyleczyć go z homoseksualizmu, który zdaniem jego ojca niszczył mu życie i plamił dziedzictwo ich rodziny? Może jak ją pocałuje, to jak w bajce któreś z nich przeobrazi się i stanie lepszą wersją samego siebie?
Gdyby nie to, jak doskonale panował nad swoim ciałem, zapewne by zaszlochał. Bo jego dusza właśnie szlochała.
Odziany w kostium nieba odbitego w jeziorze jegomość szedł w kierunku w pełni zamaskowanej persony. Zignorował wszystkich tych śpiewaków, chochliki, skrzaty, skrzydlate potwory. Swoją córkę i swoich znajomych krążących po sali. Byli tam tylko oni.
- Dobry wieczór - miał ochotę zacząć to wszystko od przepraszam, ale nie zaczynało się takiej rozmowy od przepraszam, bo wtedy od razu było wiadomo, że to napaść. - Nie chciałbym przerywać - (idioto, przecież ta osoba stoi tu SAMA!) - ale jest coś, do czego naprawdę potrzebuję teraz towarzystwa i...
...i miał wrażenie, że tak łatwo było rozpoznać go po głosie, że pierwszy raz od wielu lat nie dokończył rozpoczętego zdania, bo się zawahał. A później odetchnął, ubrał się znów w swoją doskonałość nieulegającą dyskomfortowi, jaki zalał całe jego ciało i bezceremonialnie wyciągnął przed siebie dłoń, jakby zapraszał kogoś do tańca.
- Jeżeli wzbudziłem chociaż iskrę zainteresowania, to chciałbym teraz podkreślić, że trzymam ich w rękawie dużo więcej. Ale naprawdę nie mogę powiedzieć o tym tutaj.
To był ten pierdolony w dupę drink, czy ktoś rzucił na niego klątwę? Dlaczego to się działo? Przez głowę przelatywało mu teraz tyle absurdalnych myśli, że nawet on nie potrafił tego udźwignąć. Jego żona, z którą łączyła go niewątpliwie zielona nić wykręciła już łabędzią szyję i ruszyła w kierunku swoich kuzynek i ciotek, posyłając mu jakieś sztuczne całusy świadczące o niezainteresowaniu jego stanem.
Dolohov stał tak w bezruchu, spoglądając w otchłań. Ta otchłań też wydawała się spoglądać na niego. Też to czuł? Też coś kazało mu porzucić wszystko inne, zmiażdżyć wszelkie konwenanse i krzyczeć, syczeć w jego głowie kusząc go do czegoś, czego realnie nie powinien chcieć zrobić? Był zbyt mądry żeby nie dostrzegać w tym sztuczności. Nie czuł napięcia, jakie czuł, kiedy nastoletni Morpheus oblizywał jego palce, ani kiedy Peregrinus przesuwał palcami po krawędzi materiału satynowego szlafroka. Chciał go po prostu pocałować. Jego. Albo ją. Jakieś mu się to wszystko wydało wyjątkowo obojętne. Mogła to być ona. Może ona mogłaby wyleczyć go z homoseksualizmu, który zdaniem jego ojca niszczył mu życie i plamił dziedzictwo ich rodziny? Może jak ją pocałuje, to jak w bajce któreś z nich przeobrazi się i stanie lepszą wersją samego siebie?
Gdyby nie to, jak doskonale panował nad swoim ciałem, zapewne by zaszlochał. Bo jego dusza właśnie szlochała.
Odziany w kostium nieba odbitego w jeziorze jegomość szedł w kierunku w pełni zamaskowanej persony. Zignorował wszystkich tych śpiewaków, chochliki, skrzaty, skrzydlate potwory. Swoją córkę i swoich znajomych krążących po sali. Byli tam tylko oni.
- Dobry wieczór - miał ochotę zacząć to wszystko od przepraszam, ale nie zaczynało się takiej rozmowy od przepraszam, bo wtedy od razu było wiadomo, że to napaść. - Nie chciałbym przerywać - (idioto, przecież ta osoba stoi tu SAMA!) - ale jest coś, do czego naprawdę potrzebuję teraz towarzystwa i...
...i miał wrażenie, że tak łatwo było rozpoznać go po głosie, że pierwszy raz od wielu lat nie dokończył rozpoczętego zdania, bo się zawahał. A później odetchnął, ubrał się znów w swoją doskonałość nieulegającą dyskomfortowi, jaki zalał całe jego ciało i bezceremonialnie wyciągnął przed siebie dłoń, jakby zapraszał kogoś do tańca.
- Jeżeli wzbudziłem chociaż iskrę zainteresowania, to chciałbym teraz podkreślić, że trzymam ich w rękawie dużo więcej. Ale naprawdę nie mogę powiedzieć o tym tutaj.
with all due respect, which is none