Przez moment nie działo się właściwie nic. To znaczy, działo się wiele, ktoś śpiewał, ktoś dostał skrzydła, ktoś zmienił się w małą pixie. Rozmowy płynęły kolorowym nurtem kolejnych, wchodzących gości. Ktoś go nawet szturchnął, przechodząc obok, trochę wina lub jakiegoś innego, czerwonego trunku rozlało się na posadzkę i równie szybko, jak ją zabarwiło, tak szybko obsługa użyła magii, aby plama całkowicie zniknęła. On szukał dalej, zauważył Anthony'ego, w jego charakterystycznej masce, którą widział przed przyjęciem, nawet chciał do niego podejść, ale poczuł czyjś wzrok na sobie.
Przeczesał spojrzeniem najbliższe otoczenie, aby wyłapać odpływającą łabędzicę oraz srebrną, księżycową maskę. Nawet, jeżeli nie rozpoznał Dolohova po jego sylwetce, zrobiłby to po charakterystycznym kroku władcy świata, tego, który jest ponad każdego, kto bawił się na tej sali. Tylko, że z jakiegoś powodu nie był pewien. W tej melodii był fałsz.
To jednak był niezaprzeczalnie Vakel. Vakel, który do niego podszedł, nie wiedząc, że on to on. Nie mógł tego wiedzieć, bo nie padła żadna forma familijnej wymiany zdań podszytej pogardą.
Morpheus kilkukrotnie otwierał usta, których nie było widać, dzięki bogom, bo wyglądałby jak śnięta ryba wyciągnięta z wody, aby przerwać Vakelowi, powiedzieć mu, że to on.
Chociaż nie było tego widać, Morpheus spojrzał na wyciągniętą rękę Vakela, na jego maskę, szukając bardzo niesprawiedliwe do swojej pustki, jego oczu, wrócił do dłoni i ugryzł wnętrze swojego policzka. Czy Dolohov rzeczywiście go nie poznał czy była to kolejna gierka. Zabawa w kogoś innego na ten wieczór.
— Nie wiem, czy to dobry pomysł, Vasilij. Patronuje mi dzisiaj Odwrócony As Mieczy — powiedział, wyraźnie swoim głosem, pełnym jakiejś wątpliwości, ale w zaprzeczeniu do tych słów, jednocześnie, wysunął z fałd szaty dłoń, zdecydowanie jego dłoń, aby uścisnąć ją z ręką drugiego jasnowidza. Nie chciał się kłócić, nie chciał zwady, nie chciał tego przeklętego odwróconego asa mieczy, przecinającego wszelkie umowy.