07.12.2025, 00:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.12.2025, 01:21 przez Vakel Dolohov.)
Usłyszawszy głos Longbottoma, Dolohov poczuł jak po jego karku przesuwa się ukradkiem zimny dreszcz.
Czy ten wieczór mógł mieć gorsze zakończenie? Czy gdyby ich pożarły teraz płomienie jak w tych wszystkich bogom ducha winnych biedaków w Spaloną Noc, to byłoby gorsze od pozbawienia go życia w taki sposób? Jeżeli coś miało być ostatecznym dowodem tego, że sięgnął swoimi czynami boskości to było tym powstrzymanie łez napływających mu do oczu. Kłamca i oszust. Nauczył się grać i udawać, żeby jakkolwiek radzić sobie z okrucieństwem własnego ojca, a później płynął na tej fali i płynął, płynął... Ta fala musiała rozbić się o ten przeklęty strój, bo czuł się teraz tak spocony, jakby go ktoś zalał wiadrem wody i uciekł. Chciał to z siebie zmyć. Ten pot, ten brud, to pragnienie, to wszystko co się teraz działo. Gdyby mógł to z siebie zmyć, szorowałby swoją skórę do czerwoności, wydrapałby sobie na niej dziury. Tylko, że w głębi duszy czuł to - nic tego nie zmyje. Ten eliksir musiał być jakąś czarną magią, czymś podłym i okrutnym, z czego Annaleigh nie zdawała sobie sprawy, bo gdyby tylko wiedziała o tej socjalnej katastrofie, powstrzymałaby go przed wypiciem całości, albo skierowała jego wzrok na siebie.
Całe swoje życie poświęcił śledzeniu przyszłości, a teraz widział tam tylko czerń.
Zrobić to tutaj i karmić swoich psychofanów, kiedy tylko ktoś się o tym dowie? Uderzyć czołem o ścianę kilka razy? Napaść seksualnie na człowieka, którego kochał? Żadne społeczne konsekwencje nie miały znaczenia, kiedy dokładnie wiedział, jak to się skończy.
Uparcie, silnie jak na kogoś o tak wątłej budowie ciała, chwycił go swoją zimną ręką i pociągnął w kierunku bocznego korytarza, którym chciał dostać się do łazienki. Posiadłość rodowa Lestrange nie była mu obcym miejscem - Annaleigh nie nosiła jego nazwiska od wczoraj, a on nie unikał jej rodziny. Wiedział więc gdzie dokładnie pójść, które drzwi zamykały się na jaki klucz i jaki korytarz oszczędzi im zagadkowych spojrzeń, nawet jeżeli maski nadawały im sztucznej anonimowości, a on już teraz był pewien, że po wszystkim wybiegnie stąd nie oglądając się za siebie, bo był zbyt wielkim tchórzem, żeby się z tego wyspowiadać komukolwiek innemu niż lustro w pustym gabinecie.
Usłyszał odmowę, która jeszcze mocniej ustawiała go w pozycji napastnika. Nienawiść do organizatorów tego przedsięwzięcia narastała w nim z każdą kolejną sekundą, ale to nie miało w nim jeszcze ujścia. Nie teraz, kiedy miał jeden, jedyny wyraźny cel.
Zamknął drzwi łazienki na klucz, ściągnął z siebie tę absurdalną maskę i widać było, że ledwo panuje nad ogarniającym go napięciem. Rzadko można było zobaczyć go w takiej rozsypce, ale w całym tym gniewie, w całym tym szale nienawiści nie kryła się słabość i uległość - wszystko w nim krzyczało o dominacji, w Dolohovie kryła się niesamowicie silna energia, która pożerała wszystko wokół, rozbrajała innych ze wszystkiego, co miało ich chronić i przytłaczała swoją intensywnością. Oto zerwał te gwiazdy z twarzy Morpheusa największy mistrz materializacji w całej Anglii, chodzący fundament rewolucji, idei, wolności i indywidualizmu, który nie potrzebował istniejących struktur, żeby czynić cuda, bo rzeczywistość zdawała się ulegać jego myślom i przekształcać się pod jego wymysły. Figura słynnego na cały kraj Vakela Dolohova mogła mieć wszystko i miała wszystko, czego chciała.
Wszystko, oprócz mężczyzny, którego chwyciła za te kremowe szmaty, przyciągnęła do ciebie i pocałowała z całą tą swoją pasją.
Dolohovowi w tym momencie wydawało się, że Morpheusa nie miał nigdy, a jednak pocałował go tak, jakby mu się ten pocałunek należał.
Nie należał mu się.
Wiedział o tym bardzo dobrze. Ten pocałunek nie należał się nikomu, kto całował go nie dlatego, że tego chciał i tam zaprowadziły ich wspólne decyzje, tylko dlatego, że igrał z losem i przegrał na loterii paskudnych ludzi lubiących bawić się cudzymi uczuciami, jakby każde przyjęcie musiało wyprodukować nowe artykuły do rubryki plotkarskiej.
Czy ten wieczór mógł mieć gorsze zakończenie? Czy gdyby ich pożarły teraz płomienie jak w tych wszystkich bogom ducha winnych biedaków w Spaloną Noc, to byłoby gorsze od pozbawienia go życia w taki sposób? Jeżeli coś miało być ostatecznym dowodem tego, że sięgnął swoimi czynami boskości to było tym powstrzymanie łez napływających mu do oczu. Kłamca i oszust. Nauczył się grać i udawać, żeby jakkolwiek radzić sobie z okrucieństwem własnego ojca, a później płynął na tej fali i płynął, płynął... Ta fala musiała rozbić się o ten przeklęty strój, bo czuł się teraz tak spocony, jakby go ktoś zalał wiadrem wody i uciekł. Chciał to z siebie zmyć. Ten pot, ten brud, to pragnienie, to wszystko co się teraz działo. Gdyby mógł to z siebie zmyć, szorowałby swoją skórę do czerwoności, wydrapałby sobie na niej dziury. Tylko, że w głębi duszy czuł to - nic tego nie zmyje. Ten eliksir musiał być jakąś czarną magią, czymś podłym i okrutnym, z czego Annaleigh nie zdawała sobie sprawy, bo gdyby tylko wiedziała o tej socjalnej katastrofie, powstrzymałaby go przed wypiciem całości, albo skierowała jego wzrok na siebie.
Całe swoje życie poświęcił śledzeniu przyszłości, a teraz widział tam tylko czerń.
Zrobić to tutaj i karmić swoich psychofanów, kiedy tylko ktoś się o tym dowie? Uderzyć czołem o ścianę kilka razy? Napaść seksualnie na człowieka, którego kochał? Żadne społeczne konsekwencje nie miały znaczenia, kiedy dokładnie wiedział, jak to się skończy.
Uparcie, silnie jak na kogoś o tak wątłej budowie ciała, chwycił go swoją zimną ręką i pociągnął w kierunku bocznego korytarza, którym chciał dostać się do łazienki. Posiadłość rodowa Lestrange nie była mu obcym miejscem - Annaleigh nie nosiła jego nazwiska od wczoraj, a on nie unikał jej rodziny. Wiedział więc gdzie dokładnie pójść, które drzwi zamykały się na jaki klucz i jaki korytarz oszczędzi im zagadkowych spojrzeń, nawet jeżeli maski nadawały im sztucznej anonimowości, a on już teraz był pewien, że po wszystkim wybiegnie stąd nie oglądając się za siebie, bo był zbyt wielkim tchórzem, żeby się z tego wyspowiadać komukolwiek innemu niż lustro w pustym gabinecie.
Usłyszał odmowę, która jeszcze mocniej ustawiała go w pozycji napastnika. Nienawiść do organizatorów tego przedsięwzięcia narastała w nim z każdą kolejną sekundą, ale to nie miało w nim jeszcze ujścia. Nie teraz, kiedy miał jeden, jedyny wyraźny cel.
Zamknął drzwi łazienki na klucz, ściągnął z siebie tę absurdalną maskę i widać było, że ledwo panuje nad ogarniającym go napięciem. Rzadko można było zobaczyć go w takiej rozsypce, ale w całym tym gniewie, w całym tym szale nienawiści nie kryła się słabość i uległość - wszystko w nim krzyczało o dominacji, w Dolohovie kryła się niesamowicie silna energia, która pożerała wszystko wokół, rozbrajała innych ze wszystkiego, co miało ich chronić i przytłaczała swoją intensywnością. Oto zerwał te gwiazdy z twarzy Morpheusa największy mistrz materializacji w całej Anglii, chodzący fundament rewolucji, idei, wolności i indywidualizmu, który nie potrzebował istniejących struktur, żeby czynić cuda, bo rzeczywistość zdawała się ulegać jego myślom i przekształcać się pod jego wymysły. Figura słynnego na cały kraj Vakela Dolohova mogła mieć wszystko i miała wszystko, czego chciała.
Wszystko, oprócz mężczyzny, którego chwyciła za te kremowe szmaty, przyciągnęła do ciebie i pocałowała z całą tą swoją pasją.
Dolohovowi w tym momencie wydawało się, że Morpheusa nie miał nigdy, a jednak pocałował go tak, jakby mu się ten pocałunek należał.
Nie należał mu się.
Wiedział o tym bardzo dobrze. Ten pocałunek nie należał się nikomu, kto całował go nie dlatego, że tego chciał i tam zaprowadziły ich wspólne decyzje, tylko dlatego, że igrał z losem i przegrał na loterii paskudnych ludzi lubiących bawić się cudzymi uczuciami, jakby każde przyjęcie musiało wyprodukować nowe artykuły do rubryki plotkarskiej.
with all due respect, which is none