Achath Ruach Elohim Chiim. Jeden jest duch Bogów Żywych. A powietrze, żywioł przypisywany Merkuremu, jest również najwłaściwszym Oddechem Życia, Słowem, samym Logosem. Jest żywiołem Asa Mieczy. I ten As Mieczy, jak miecz Damoklesa, właśnie rozcinał koronę z promieni.
Dał się pociągnąć, bez kolejnego słowa protestu, zastanawiając się nad tym, czy za chwilę nie będzie musiał ukrywać czyjegoś morderstwa, bo wcześniej miał być wrobiony w jego dokonanie, jako losowa ofiara. Myśl była absurdalna, bo nie sądził, aby Vakel kiedykolwiek naraził swoją reputację w tak prymitywny sposób, jakim jest zabójstwo. Z drugiej strony nigdy Vasilij nie ciągnął go za rękę w nieznany korytarz, na przyjęciu. Wieczorami często sobie przypominał, że już nie zna Dolohova, oboje się zmienili, dorośli, przeżyli swoje życia, które zostawiły na nich ślady, ale to nie pasowało do jasnowidza. Napięcie, milczenie i akcja. Kiedy zapłonął Londyn to on ciągnął go na taras widokowy. To on zabrał go na Horyzontalną, a teraz role się odwróciły.
Nie było trupa do posprzątania. Było coś zupełnie innego. Dźwięk przekręcanego zamka zabrzmiał jak gong wyroku, tak samo jak samo zdjęcie masek. Tak, to był Vakel. Nikt nie podrobiłby go w taki sposób. Morpheus znów chciał zadać pytanie, ale nie zdążył bo wtedy Vasilij go pocałował.
W pierwszym odruchu po prostu objął dłońmi twarz Dolohova i poddał się temu, ale ostatecznie nie umiał wyłączyć swojej głowy. Dolohov miał możliwość zrobienia tego kiedykolwiek chciał. Bezpieczniej dla nich obojga. Dolohov chyba nie wiedział, że to on, gdy rozpoczął rozmowę. Dolohov by się tak nie zachował.
Chociaż jego hedonistyczne pragnienie udawania, że to może trwać, że porozmawiają później, teraz to nie ma znaczenia, krzyczało w nim, aby po prostu kontynuować wbrew zdrowemu rozsądkowi, przerwał to. Oddech miał przerywany, źrenice rozszerzone do granic możliwości. Miał nadzieję, że nie zostawił na skórze Vasilija otarcia od brody.
— Vasilij? — zapytał, szeptem, patrząc w górę na jego twarz. Jego własna wyrażała ogromne sprzeczności, ale na wierzchu wybijało się niedowierzanie i troskę. Łapał oddech, adrenalina krążyła w jego krwi, serce nie nadążało. Cały czas trzymał w dłoniach jego twarz, bojąc się, że gdy go wypuści, stanie się coś złego. — To do ciebie niepodobne. Co się dzieje? Wszystko z tobą w porządku?
Morpheus wyraźnie się o niego bał. Czy był poddany władzy jakiegoś zaklęcia manipulującego wolą? Szantażu? Wysłany przez wrogów Zakonu, którzy ich zdemaskowali po Spalonej Nocy, aby potwierdzić podejrzenia? Tak obawiał się spojrzeć w przyszłość. Tak bardzo wolałby wrócić do momentu, gdy żarliwie oddał niespodziewany pocałunek i przez kilka sekund świat był w końcu na swoim miejscu.