07.12.2025, 16:55 ✶
Nie jesteś potworem. Nie jesteś potworem. Nie jesteś potworem. Nie jesteś potworem. Nie jesteś potworem. Nie jesteś potworem. Nie jesteś...
Powtarzał to w kółko w swojej głowie jak mantrę, ale nie chciało mu się to wyryć w niej na stałe. Bo całowanie Morpheusa, niezależnie od okoliczności w których się znaleźli, wciąż smakowało jak ziszczenie snów.
Dolohov nie miał pojęcia dlaczego jego życie musiało tak wyglądać.
Czekał na niego latami. Czekał na niego przygotowując się do wesela z panną Mulciber. Czekał na niego kiedy rodziło mu się dziecko. Czekał na niego stojąc na ołtarzu i przysięgając kobiecie, której nie kochał miłość i wierność do końca swojego życia. Czekał na niego rozwodząc się. Czekał na niego na konferencjach naukowych, na balach. Czekał na niego żeniąc się drugi raz, nawet jeżeli sam nie był tego świadomy - na niego, bo kto inny miał zauważyć, że coś z nim było nie tak, jeżeli nie jedyna osoba na świecie, która go wtedy znała. Morpheus nigdy po niego nie przyszedł. Dopiero kiedy jakiś dziwny, szczęśliwy traf uwolnił go spod działania amortencji, a on znalazł kogoś, kto mu wreszcie pomógł zaleczyć duszę, Morpheus raczył się zjawić. Nie pojawił się w Prawach Czasu aby uwolnić go od samotności, cierpienia ani trucizny. Pojawił się dopiero wtedy, kiedy wszystko w czym potrzebował pomocy zostało już zdobyte. Kiedy mógł rozlewać się już tylko wszerz, bo na górze zdążył sięgnąć gwiazd. Po co? Żeby czerpać przyjemność z tego, jak serce głupiego Dolohova wyrywało się w dwie strony naraz? Może chciał zobaczyć minę Peregrinusa po powiedzeniu mu, że spędzili razem noc? Nie wiedział. Jedynym czego nauczył się być pewnym przy Morpheusie, to że z dnia na dzień potrafił uczynić kogoś bliskiego zupełnie obcym, nawet jeśli przed chwilą obiecywał mu wieczność. Z miłości jego życia do obcego człowieka z branży w jeden dzień. A jednak nie potrafił nie zachłysnąć się tym pocałunkiem. Przecież myślał o tym już wcześniej. Chciał przesuwać palcami po tej szorstkiej brodzie, wplątać je w czarne loki i chwycić go mocno, nie wypuścić. Chciał słuchać o tym, co ten dureń odkrył w piwnicach Ministerstwa Magii. Kwitować kolejnymi pocałunkami opowieści o badaniach, które Longbottom zwykł przeplatać wstawkami z obcych języków, nawet jeżeli rozmówca ich kompletnie nie rozumiał.
Jeżeli to miało nastąpić, to nie miało wyglądać w ten sposób.
Goście dopiero schodzili się na miejsce i mieli przeżywać swoje dramaty, a on przeżył ich w tej łazience już pięćdziesiąt. Morpheus mógł poczuć, jak drugi mężczyzna drży pod jego dotykiem. Dolohov zaciskał palce na kremowym materiale szaty coraz mocniej, aż do bólu, jakby miało mu to jakkolwiek pomóc z utratą kontroli.
Niestety nic nie mogło mu teraz pomóc.
- A ty jak zawsze kurwa wszystkowiedzący.
Fuknął to w charakterystycznym dla siebie stylu, solidnie udowadniając, że niewiele zmieniło się w jego porywczych wybuchach emocji od kiedy był dzieciakiem biegającym po szkolnych korytarzach.
Oczywiście, że Longbottom miał rację. Dolohov mógł sięgnąć po niego wcześniej. Mógł skonstruować o wiele bezpieczniejszą i o wiele bardziej romantyczną sytuację, gdyby tylko tego chciał. Sęk w tym, że on takich rzeczy nie robił. Dolohov kupował swoim kochankom ładne i drogie prezenty, układał im życie, służył radą i pomocą. I miał wielką, palącą wręcz potrzebę fizycznej bliskości, ale nie realizował jej w taki sposób. Za każdym razem kiedy musiał zagarnąć kogoś siłą, zmusić go do czegoś, zdominować go - pękał. Nie potrafił czuć się chciany, kiedy musiał się o cokolwiek „dopraszać”. Bo przecież to powinno być oddychanie. Przychodzić samo z siebie. Uwielbienie miało być dla jego męża jak powietrze.
Nie odtrącił jego rąk ze swojej twarzy, chociaż szyję miał już czerwoną, a oczy przeszklone jakby zaraz miał się tutaj popłakać. Sapnął, spróbował się jakoś opanować, ale jedynym co udało mu się osiągnąć, było zaciśnięcie ręki tak mocno, żeby wreszcie fiolka z wypitym eliksirem pękła wbijając mu się w skórę. Widać było, że ledwie sekundę temu chciał otworzyć usta żeby go zwyzywać (zupełnie jakby to była jego wina - tego cholernego Longbottoma i jego szeroko otwartych psich oczu), ale zamiast tego musiał go puścić, dać odłamkom szkła opaść na kafelki razem z pierwszymi kroplami krwi i wrzasnąć z narastającej frustracji. Oto stał przed Morpheusem ten Dolohov, najprawdziwszy z arsenału prezentowanych osobowości, jakie przybierał. Ten potrafiący ciąć słowami bardziej niż szkło i rozwalać własny gabinet w szale agresji, a później skomleć po tym, bo znowu przypominał własnego ojca i miał ochotę za karę wydrapać sobie oczy.
Uczynił najbardziej charakterystyczną rzecz, jaką mógł zrobić - zamiast spróbować to jakoś zatamować, przeprosić, rzucić zaklęcie usuwające odłamki szkła z otwartej rany - podszedł do umywalki przy lustrze w kształcie muszelki i zalał to wszystko strumieniem wody, jakby najgorszym elementem tego co się stało miało być zabrudzenie w bliżej nieokreślonej przyszłości, więc nie mógł pozwolić temu zaschnąć. Milczał przy tym. Przecież wszystko co miało się zdarzyć przewidział trzy minuty temu.
Powtarzał to w kółko w swojej głowie jak mantrę, ale nie chciało mu się to wyryć w niej na stałe. Bo całowanie Morpheusa, niezależnie od okoliczności w których się znaleźli, wciąż smakowało jak ziszczenie snów.
Dolohov nie miał pojęcia dlaczego jego życie musiało tak wyglądać.
Czekał na niego latami. Czekał na niego przygotowując się do wesela z panną Mulciber. Czekał na niego kiedy rodziło mu się dziecko. Czekał na niego stojąc na ołtarzu i przysięgając kobiecie, której nie kochał miłość i wierność do końca swojego życia. Czekał na niego rozwodząc się. Czekał na niego na konferencjach naukowych, na balach. Czekał na niego żeniąc się drugi raz, nawet jeżeli sam nie był tego świadomy - na niego, bo kto inny miał zauważyć, że coś z nim było nie tak, jeżeli nie jedyna osoba na świecie, która go wtedy znała. Morpheus nigdy po niego nie przyszedł. Dopiero kiedy jakiś dziwny, szczęśliwy traf uwolnił go spod działania amortencji, a on znalazł kogoś, kto mu wreszcie pomógł zaleczyć duszę, Morpheus raczył się zjawić. Nie pojawił się w Prawach Czasu aby uwolnić go od samotności, cierpienia ani trucizny. Pojawił się dopiero wtedy, kiedy wszystko w czym potrzebował pomocy zostało już zdobyte. Kiedy mógł rozlewać się już tylko wszerz, bo na górze zdążył sięgnąć gwiazd. Po co? Żeby czerpać przyjemność z tego, jak serce głupiego Dolohova wyrywało się w dwie strony naraz? Może chciał zobaczyć minę Peregrinusa po powiedzeniu mu, że spędzili razem noc? Nie wiedział. Jedynym czego nauczył się być pewnym przy Morpheusie, to że z dnia na dzień potrafił uczynić kogoś bliskiego zupełnie obcym, nawet jeśli przed chwilą obiecywał mu wieczność. Z miłości jego życia do obcego człowieka z branży w jeden dzień. A jednak nie potrafił nie zachłysnąć się tym pocałunkiem. Przecież myślał o tym już wcześniej. Chciał przesuwać palcami po tej szorstkiej brodzie, wplątać je w czarne loki i chwycić go mocno, nie wypuścić. Chciał słuchać o tym, co ten dureń odkrył w piwnicach Ministerstwa Magii. Kwitować kolejnymi pocałunkami opowieści o badaniach, które Longbottom zwykł przeplatać wstawkami z obcych języków, nawet jeżeli rozmówca ich kompletnie nie rozumiał.
Jeżeli to miało nastąpić, to nie miało wyglądać w ten sposób.
Goście dopiero schodzili się na miejsce i mieli przeżywać swoje dramaty, a on przeżył ich w tej łazience już pięćdziesiąt. Morpheus mógł poczuć, jak drugi mężczyzna drży pod jego dotykiem. Dolohov zaciskał palce na kremowym materiale szaty coraz mocniej, aż do bólu, jakby miało mu to jakkolwiek pomóc z utratą kontroli.
Niestety nic nie mogło mu teraz pomóc.
- A ty jak zawsze kurwa wszystkowiedzący.
Fuknął to w charakterystycznym dla siebie stylu, solidnie udowadniając, że niewiele zmieniło się w jego porywczych wybuchach emocji od kiedy był dzieciakiem biegającym po szkolnych korytarzach.
Oczywiście, że Longbottom miał rację. Dolohov mógł sięgnąć po niego wcześniej. Mógł skonstruować o wiele bezpieczniejszą i o wiele bardziej romantyczną sytuację, gdyby tylko tego chciał. Sęk w tym, że on takich rzeczy nie robił. Dolohov kupował swoim kochankom ładne i drogie prezenty, układał im życie, służył radą i pomocą. I miał wielką, palącą wręcz potrzebę fizycznej bliskości, ale nie realizował jej w taki sposób. Za każdym razem kiedy musiał zagarnąć kogoś siłą, zmusić go do czegoś, zdominować go - pękał. Nie potrafił czuć się chciany, kiedy musiał się o cokolwiek „dopraszać”. Bo przecież to powinno być oddychanie. Przychodzić samo z siebie. Uwielbienie miało być dla jego męża jak powietrze.
Nie odtrącił jego rąk ze swojej twarzy, chociaż szyję miał już czerwoną, a oczy przeszklone jakby zaraz miał się tutaj popłakać. Sapnął, spróbował się jakoś opanować, ale jedynym co udało mu się osiągnąć, było zaciśnięcie ręki tak mocno, żeby wreszcie fiolka z wypitym eliksirem pękła wbijając mu się w skórę. Widać było, że ledwie sekundę temu chciał otworzyć usta żeby go zwyzywać (zupełnie jakby to była jego wina - tego cholernego Longbottoma i jego szeroko otwartych psich oczu), ale zamiast tego musiał go puścić, dać odłamkom szkła opaść na kafelki razem z pierwszymi kroplami krwi i wrzasnąć z narastającej frustracji. Oto stał przed Morpheusem ten Dolohov, najprawdziwszy z arsenału prezentowanych osobowości, jakie przybierał. Ten potrafiący ciąć słowami bardziej niż szkło i rozwalać własny gabinet w szale agresji, a później skomleć po tym, bo znowu przypominał własnego ojca i miał ochotę za karę wydrapać sobie oczy.
Uczynił najbardziej charakterystyczną rzecz, jaką mógł zrobić - zamiast spróbować to jakoś zatamować, przeprosić, rzucić zaklęcie usuwające odłamki szkła z otwartej rany - podszedł do umywalki przy lustrze w kształcie muszelki i zalał to wszystko strumieniem wody, jakby najgorszym elementem tego co się stało miało być zabrudzenie w bliżej nieokreślonej przyszłości, więc nie mógł pozwolić temu zaschnąć. Milczał przy tym. Przecież wszystko co miało się zdarzyć przewidział trzy minuty temu.
with all due respect, which is none