07.12.2025, 18:43 ✶
Do wybuchu wojny w świecie Brenny nie istniało coś takiego, jak złe Yule - było tylko jedno trudne, po śmierci babki, kiedy nagle ubyło jednej osoby przy stole, a w święta uderzyło ją to bardziej niż zwykle. Nie było też Yule, które uznałaby za najlepsze. W jej życiu każde kojarzyło się z zapachem piernika, żywej choinki w salonie, lepieniem bałwanów, smakiem gorącej czekolady, zapraszaniem gości, aby spędzali z nimi ten czas, wręczaniem prezentów (a dość szybko doszła do wniosku, że ich dawanie jest zabawniejsze od dostawania, co zapewne było związane po części z tym, że po prostu nie potrzebowała wielu rzeczy). W Warowni z jednej strony niczego nie brakowało, z drugiej atmosfera była raczej rodzinna i wesoła niż dostojna, a rzeczy takie jak ozdoby zrobione przez dzieci były ważniejsze niż te drogie, kupione na Pokątnej... więc właściwie każdego roku Brenna uznawała, że to Yule jest najfajniejsze i wszystkie zachowała w pamięci.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.