Prawdopodobnie ich wzajemne uzupełnianie się, czyniło ich sobie tak bliskimi – wypełniali braki osobowościowe, a relacja dzielona na dwoje opierała się na właściwym tego typu stosunkom bezgranicznym zaufaniu. Bo przecież wiedziała, iż gdyby miała problem wagi mniejszej, tudzież bardziej wydatnej – mogła na niego liczyć. Lubiła niepokornie to uczucie bliskości z nim; teraz z kolei uświadomiła sobie, jak ciepłe są jego dłonie i jak miękko opatula ją ramionami. Zatrwożona, zgubiła momentalnie całokształt animuszu, wszelki kuraż, przez spopielone sekundy pozostając przy nim bliżej, niż kiedykolwiek byli. Uniosła niepewnie wzrok, piwnymi tęczówkami świdrując jego oblicze.
Ckliwość tej sytuacji została raptem po chwili przerwana; oswobodziwszy się z ramion Theona, jeszcze przez chwilę patrzyła na niego jak zaklęta, a jej policzki pokryły się śladami czerwieni. Odwróciła wzrok równie prędko, jak uświadomiła sobie gorąc rozlewający się na twarzy, aby wetknąć dłonie w odmęty kieszeni i ponownie powziąć trasę ku cmentarzowi.
– Muszę stwarzać pozory samowystarczalnej. Nie mogę sobie pozwolić na wybawcę – odparła kąśliwie, odpalając kolejnego papierosa.
Droga nie była już wyściełana emocjonalnymi wybojami; krzewy nieśmiało wyglądające zza nagrobków, drzewa powoli gubiące liście – pokrywające pomarańczą i czerwienią nierówny chodnik i wreszcie one – nagrobki mrugające niepewnie zniczami i wieńcami kwiatowymi. Było w tej atmosferze coś tanatycznego, jednak niewspółgrające z potwornością. Aura zdawała się być rzewna i sentymentalna, a szereg światełek migających ogniem ku niebu, które zdawało się coraz bardziej okrywać szatą czerni, potęgował nastrój.
Nastrój romantyczny.
Przebiegło jej to jedynie przez umysł na palcach, zrzuciła jednak tę myśl na samo dno aberracji myśli. Przełknęła ślinę jednak ciężko, kierując się na jeden z opuszczonych, zaniedbanych nagrobków. Usiadła na jego płycie, unosząc piwne oczy na Theona.
– Naprawdę myślisz, że zmarli przejmują się tym, kto pije na ich nagrobku? Musisz być bardzo egocentryczny, Yaxley – rzuciła żartem.
Słuchała jego słów i gdy tylko zasugerował w barwnej ironii taniec, klasnęła w dłonie i zerwała się na równe nogi.
– No tak! Przecież to wspaniały pomysł – zawyrokowała, stając na surowej płycie i gdy tylko ten uczynił to samo, ułożyła ich w ramę do tańca. – Umiesz tańczyć? Mnie uczyła matka; niewiele z tego wyniosłam, ale nie podepczę cię. Brak muzyki może być przykry, więc musisz odtworzyć ją sobie w głowie i uwierzyć, że ją słyszysz.
Ponownie poczuła ciepło jego dłoni, ramion oplatających ją w ramie tanecznej. Otworzyło to mikrokosmos pamięci, jednak nie pozwoliła wciągnąć się w kalejdoskop myśli.