28.02.2023, 18:16 ✶
- Co ty opowiadasz. Fajnie było w Hogwarcie – nawet jeśli zdecydowaną większość czasu spędziła nas książkami zamiast "korzystać z przemijającej młodości i niewinności". Zresztą teraz to profitowało prawdę powiedziawszy, a przynajmniej sama tak uważała. No i wykształciła w sobie całkiem… niezamknięty umysł, że tak się wyrażę. Sauriel mógł to odczuwać na własnej skórze. - No dobra, nigdy nie zarobiłam szlabanu. Tylko czasami musiałam kogoś na taki wysłać… – a wierzcie lub nie, ale to też była niewdzięczna praca. Sprawiać by ktoś inny dostawał karę. Za swoje zachowanie, jasne! Ale przecież wiedziała co też woźny potrafił robić o ile trafiło się na szlaban do niego. Bo bywało różnie. - To prawda, był. Ale w tej szkole wierzą w mnóstwo starych metod. W końcu do tej pory działały – i Sauriel nie był pierwszym ani nawet ostatnim buntownikiem. I tak, stare metody. Zupełnie jak stare metody rodzin czystej krwi. Czarodzieje wierzyli w tradycję. Victoria też w nią wierzyła… w większości. W bicie dzieciaków jakoś zdecydowanie mniej.
- No co? Nie patrz tak na mnie, przecież sobie żartuje. Kot ci znacznie bardziej pasuje. Podejrzewałabym, że jesteś jakimś nielegalnym animagiem, gdyby nie to, że sam mówiłeś że ci transmutacja niezbyt idzie – a taka zwłaszcza NIELEGALNA animagia bardzo by mu pasowała. W czarnego kociaka oczywiście. Wtedy to on byłby miziany. I Victoria mówiąc o tym skundleniu nie miała nic złego ani nic konkretnego na myśli. To była właściwie tylko gra słów i delikatne podszczypywanie o tego wilkołaka, żadnych ukrytych znaczeń. Zresztą uśmiechnęła się do niego całkiem ciepło. - Tak? A to co chciałeś zrobić? – kolejne uprzejme zdziwienie. Powstrzymywał się? A było przed czym? - Och, skoro tylko chcesz… zobacz, mam tutaj jeszcze jeden kociołek… – parsknęła i przeszła przez pomieszczenie, żeby wyciągnąć mały kociołek. Skoro tak chciaaaał eliksir na porost owłosienia… wszystko dało się załatwić. Zachichotała jeszcze przy tym, gdy go rozmawiała. O nie. Tego mu nie odpuści. Nawet jeśli miałyby się zmarnować składniki, bo wzgardzi prezentem. - Szkoda tego całego zachodu, żeby wdową zostawać – jednego narzeczonego już pochowała i przeżyła, drugiego ta szybko żegnać nie zamierzała. A jeśli miałoby mu sprawić przyjemność wyjście na słońce… no to ojeju, kim by była, by mu to utrudniać. Dlatego już zdecydowała, że da mu ten eliksir. I pewnie kolejne też. Jasne, że nie sądziła, że dotrą do tego punktu, w którym regularne mniej czy bardziej spotkania przestaną być tylko przykrym obowiązkiem. A sądząc po minie Isabelli – ona też się nie spodziewała. Ale byli właśnie w tym miejscu i w tym punkcie. I Lestrange nie miała nic przeciwko temu, by spędzić czas z Saurielem w piwnicy, przy okazji przygotowując eliksiry. Wcale nie musieli przy tym cały czas gadać. Ani o dementorach, ani o inferiusach. A było całe mnóstwo stworzen mniej czy bardziej ludzkich… takie wile – mogły cię zatańczyć na śmierć, mogły sprawić że stracisz zmysły. Mogły wiele. Ludźmi nie były, ale mogły się z nimi jakimś cudem krzyżować. Więc sobie tak podyskutowali, albo i pomilczeli. Victoria skomentowała te teatralne próby, a skrzatka przyniosła Saurielowi herbatę. Victorii zresztą też, bo w końcu usiadła na jednym z foteli i otworzyła przyniesione jej czekoladki.
- No co? Nie patrz tak na mnie, przecież sobie żartuje. Kot ci znacznie bardziej pasuje. Podejrzewałabym, że jesteś jakimś nielegalnym animagiem, gdyby nie to, że sam mówiłeś że ci transmutacja niezbyt idzie – a taka zwłaszcza NIELEGALNA animagia bardzo by mu pasowała. W czarnego kociaka oczywiście. Wtedy to on byłby miziany. I Victoria mówiąc o tym skundleniu nie miała nic złego ani nic konkretnego na myśli. To była właściwie tylko gra słów i delikatne podszczypywanie o tego wilkołaka, żadnych ukrytych znaczeń. Zresztą uśmiechnęła się do niego całkiem ciepło. - Tak? A to co chciałeś zrobić? – kolejne uprzejme zdziwienie. Powstrzymywał się? A było przed czym? - Och, skoro tylko chcesz… zobacz, mam tutaj jeszcze jeden kociołek… – parsknęła i przeszła przez pomieszczenie, żeby wyciągnąć mały kociołek. Skoro tak chciaaaał eliksir na porost owłosienia… wszystko dało się załatwić. Zachichotała jeszcze przy tym, gdy go rozmawiała. O nie. Tego mu nie odpuści. Nawet jeśli miałyby się zmarnować składniki, bo wzgardzi prezentem. - Szkoda tego całego zachodu, żeby wdową zostawać – jednego narzeczonego już pochowała i przeżyła, drugiego ta szybko żegnać nie zamierzała. A jeśli miałoby mu sprawić przyjemność wyjście na słońce… no to ojeju, kim by była, by mu to utrudniać. Dlatego już zdecydowała, że da mu ten eliksir. I pewnie kolejne też. Jasne, że nie sądziła, że dotrą do tego punktu, w którym regularne mniej czy bardziej spotkania przestaną być tylko przykrym obowiązkiem. A sądząc po minie Isabelli – ona też się nie spodziewała. Ale byli właśnie w tym miejscu i w tym punkcie. I Lestrange nie miała nic przeciwko temu, by spędzić czas z Saurielem w piwnicy, przy okazji przygotowując eliksiry. Wcale nie musieli przy tym cały czas gadać. Ani o dementorach, ani o inferiusach. A było całe mnóstwo stworzen mniej czy bardziej ludzkich… takie wile – mogły cię zatańczyć na śmierć, mogły sprawić że stracisz zmysły. Mogły wiele. Ludźmi nie były, ale mogły się z nimi jakimś cudem krzyżować. Więc sobie tak podyskutowali, albo i pomilczeli. Victoria skomentowała te teatralne próby, a skrzatka przyniosła Saurielowi herbatę. Victorii zresztą też, bo w końcu usiadła na jednym z foteli i otworzyła przyniesione jej czekoladki.
Koniec sesji