W głowie Morpheusa wyglądało to następująco. Siedzieli w Instytucie Dolohova, nad pracą badawczą. Miał nawet bardzo konkretną wizję, jakie to było badanie. Moment w którym prawie zapomnieliby, co ich kiedyś łączyło i zwyczajnie pracowali nad przełomem umieszczenia czystej energii wyciągniętej z któregoś z nich do fiołki, która wprawiała w ruch maszynę i eksponowała energie, jakie wpływają na danego człowieka i pozwalała je zmieniać, aby jednym przesunięciem palca oczyszczać ludzi z klątw oraz złej przyszłości. Nie będzie wypadków, hipnoz czy parszywych eliksirów. Praca wielu studentów pod ich okiem, owocująca w przełomowe odkrycie. I wtedy wróciłaby żarliwość, ciepło na widok drugiej osoby. Ale tak się nie wydarzyło i tak się nie wydarzy.
Dolohov go pocałował i przez chwilę Morpheus jeszcze myślał, że to coś zmieni, a rozmowa o lepszym jutro to tylko kwestia głębszych wdechów. To była bardzo krótka chwila, gdy myślał o tym, jak prorocze mogło być wróżenie rano Antoniuszowi, wraz z rewelacją, że zeszli się z Jonathanem. Bo przyjaźń się posypała i nie było nic, co można stracić, więc czemu nie spróbować. Byłoby to tak pięknie znamienne. Nie pozostało im nic innego, więc równie dobrze mogli spróbować i oni dwoje, w łazience w dworku Lestrange. Przez ten ułamek sekundy świat wrócił na swoje miejsce.
I znów się posypał, bo miecz z Asa ponownie przeciął marzenia. Bo Vakel miał wszystko i zwyczajnie Morpheusa nie potrzebował. Miał swój Instytut, lepszego znawcę run, córkę, karierę, podopiecznych. As zamiast niebios, wbijał się w ziemię. Nie będzie szczęśliwej rodziny, bo Morpheus Longbottom był dogłębnie osobą, której pisany jest koniec w szaleństwie i samotności. Nawet twój bóg cię nie kocha dostatecznie, szydził jego wewnętrzny głos. Może dlatego byli tą samą duszą z Antoniuszem. On miał miłość totalną więc dla równowagi, Morpheus nie będzie miał żadnej.
Nie mógł się ruszyć. Oczywiście, że był wszystkowiedzący. Spojrzał na rozbitą fiolkę bardzo powoli. Fiolkę, której on sam odmówił, a później uniósł palce do ust. Dopiero wtedy zauważył, że są lepkie od krwi.
Gdy odwrócił się w stronę Vasilija, jego odbicie w lustrze nosiło karmin jak rozmazaną szminkę. Mechanicznie schylił się po maski i położył je obok siebie. Czarną nicość i Księżyc.
— Gdybym był wszystkowiedzący, zdążyłabym cię powstrzymać przed wypiciem — spodziewał się, że jeśli to się wydarzyło, to albo wydarzyło się coś gorszego, albo nie był w stanie przebić się przez ochronę Lestrange, żeby zmienić fiolkę Vasilija na coś innego. Gdyby metaliczny posmak na ustach był czymś dobrowolnym, ich rozmowa wyglądałaby teraz zupełnie inaczej.
Nie wywróżył jednak Dwójki Pucharów.
— Przed przyjęciem wróżyłem dla mojego ojca. Chciałem, żeby przyszedł. Wywróciłem nietakt towarzyski i obawiałem się, że mógł coś zrobić, ale teraz myślę sobie, że wszystkie rodziny organizujące przyjęcia prześcigają się w robieniu z siebie kompletnych błaznów — powiedział głosem pełnym gniewu. Przysunął się do Vakela, na tyle aby go nie dotknąć i tym razem on wyciągnął w jego stronę rękę.
— Pokaż. Nie możemy pozwolić, żeby została blizna albo uszkodzony nerw.
Jak na zawołanie, wyciągnięta dłoń Morpheusa drgnęła w dziwnym spazmie, a on udawał, że to się nie wydarzyło.